Warkoczyki

1.       Warkoczyki
         Majowe słońce świeciło już bardzo mocno. W ogrodzie kwitły kolorowe bratki i inne roślinki, które akurat miały swój sezon. Dzieci z domu dziecka w podwarszawskich Jorkach gromadziły się na trawniku wokół pani psycholog Klaudii Berc.  Na dużej płachcie zmieściło się ośmioro dzieci, oraz pani. Wszyscy mieli w dłoniach różnego rodzaju sznureczki, koraliki w bardzo różnych kształtach, odbywało się tworzenie biżuterii. Wysoka brunetka w zaawansowanej ciąży dla każdego dziecka miała uśmiech i miłe słowo. Mimo swego stanu miała mnóstwo energii i zapału do pracy. Co chwila brała od kogoś dzieło i tłumaczyła jak nakładać, przeplatać. Małe rączki fachowo pokierowane potrafiły wykonać istne cuda.
- Słuchajcie, kochani. Jutro jedziemy do Warszawy, do Teatru, na premierę przedstawienia, w którym moja siostra gra główną rolę. – mówiła wesoło do otaczającej ją gromadki.
- Co to znaczy na premierę? – zapytała rudowłosa dziewczynka;
- To taki spektakl, Jagódko, który aktorzy grają po raz pierwszy. – wyjaśniła jej opiekunka.
Torebka pani Klaudii zagrała skoczną melodyjkę.
- Ala, dobrze się czuję, jeszcze jestem w pracy… Tak, dbam o siebie, nie martw się o mnie. Zaraz Antek po mnie przyjedzie. – mówiła do słuchawki. Jakby na potwierdzenie jej słów wkroczył do domowego ogrodu wysoki brunet w okularach.
*
- Dziękuję wam za dzisiejszą lekcję. Aha, przez najbliższych kilka dni nie będzie mnie w pracy, myślę, że Pani dyrektor wyznaczy osobę, która będzie mnie zastępować i proszę, abyście nie przynieśli mi wstydu. – wysoka, zadbana blondynka z finezyjnym koczkiem zamknęła dziennik i wzięła go w dłoń. Po chwili trzymała go na brzuchu. No tak, to podobno oznaka instynktu macierzyńskiego, który wylewał się  wszystkimi otworami jestestwa pani Alicji Koreckiej, polonistki. Od piętnastu lat instynkt ten zaspokajała  jedynie w szkole, wobec uczniów własnej klasy.  Kilka sal obok, kończył swoją lekcję przyrody pan Marcin Korecki, mąż Alicji, również niespełniony ojciec. Znajomi pary uważali jednak, że on chyba lepiej radzi sobie z zaistniałą sytuacją niż żona. Podobnie jak ona był pasjonatą. Jego lekcje przyrody były niezwykle ciekawe, pełne niesamowitych doświadczeń, wizyt w muzeach, ogrodach botanicznych, wycieczek do parków i lasów. Wydawało się, że brak mu czasu na myślenie o dzieciach, których nie ma. Zgodził się na adopcję, bo wiedział, jak jego żonie bardzo na tym zależy. Był też jeszcze jeden powód, dla którego jej bardziej zależało. Babcia Stefania, łączniczka podczas Powstania Warszawskiego ciągle powtarzała, że niczego tak w życiu nie żałuje, jak tego, że ma tylko jedno dziecko. Bo duża rodzina, to siła. Na jej nieszczęście, to jedyne dziecko – Halinka Rosek wybrała drogę kariery, została badaczką historii, również miała jedno dziecko – Alicję. Ona wprawdzie nie mówiła, że tego żałuje, ale wielokrotnie dawała do zrozumienia, że czeka na wnuki.
- Póki jestem jeszcze w miarę młoda i pełna sił, mogę Ci pomóc. Na co ty czekasz? – pytała mało delikatnie. Alicja po każdej takiej rozmowie długo płakała w poduszkę.  Inaczej wyglądało to w rodzinie Marcina, On miał trzech braci i siostrę, jego rodzice przeżywali właśnie maturę pierwszego wnuka, razem mieli już dwunastkę wnucząt, więc brak dzieci u najmłodszego syna nie robił na nich specjalnego wrażenia.
- No, skończyłaś już, kochanie? – zawołał radośnie na jej widok – gotowa?
Dzisiejszy dzień był dla nich szczególnie ważny. O piętnastej w gmachu sądu rodzinnego miała odbyć się rozprawa wieńcząca adopcję przez nich dwóch dziewczynek. W mieszkaniu świetnie urządzone pokoje dziecięce, mnóstwo kolorowych ubranek, zabawek, książeczek.
Mieli nadzieję, że już dziś uda się odebrać dziewczynki, że już tej nocy będą spały w ich domu. Oboje mieli zaplanowany tydzień urlopu, starsza Klaudia zapisana do drugiej klasy w ich szkole, młodsza, Helena znalazła miejsce w przedszkolu integracyjnym. I wreszcie prawdziwa Wigilia, taka z dziećmi. Alicja uśmiechała się do swoich planów.
Prosto ze szkoły pojechali swoim srebrnym bmw do sądu, tam z drżącymi sercami wysłuchali wyroku sądu, następnie od razu udali się do domu dziecka, gdzie miały czekać na nich ich nowe córeczki.
Ale już w progu okazało się, że Helena wcale nie chce jechać. Razem z niejakim Witkiem schowali się tak, że nikt nie mógł ich odnaleźć. Klaudia najpierw przytuliła się do Ali, potem chwyciła za rękę dotychczasową opiekunkę panią Alicję Siemaszko, która zapewniała dziewczynkę, że będzie dobrze. Widać było, że dziecko nie bardzo wie, jakie uczucia powinno odczuwać i okazywać.
Marcin stał zdezorientowany,  Alicja  zaś próbowała działać, biegała za Klaudią, starała się  przekonać ją do siebie, natomiast reszta personelu szukała Heli.
Gdy ją znaleźli, było już dawno po kolacji. Zmęczona dziewczynka usnęła pod stołem w jadalni i tam  znalazła ją jedna z wychowawczyń.  Marcin wziął śpiącą dziewczynkę na ręce i umieścił w foteliku w aucie. Następnie wrócił, ale zobaczył, że Klaudia z Alicją już wychodzą, więc razem wsiedli do samochodu.
Po chwili Hela obudziła się i zaczęła płakać jak opętana. Alicja zwykle potrafiła opanować ataki dziecięcej histerii. Tym razem debiutowała w roli matki i okazało się, że to nie to samo.  Poczuła się bezsilna. To był pierwszy zawód Koreckiej. Spodziewała się, że będzie tulić dzieci do snu. Tymczasem one jej nie chciały. Gdy dotarli na miejsce, dziewczynki nie chciały słyszeć o spaniu w oddzielnych, miesiącami urządzanych pokoikach. Nie chciały się umyć, tylko wtulone  w siebie nawzajem ułożyły się pod kocem na większym tapczanie.
- Jak one mogą tak spać w ubraniach, nieumyte?  - złościł się Marcin. Nauczyciel przyrody był perfekcjonistą i nie wyobrażał sobie odstępstw od przyjętych reguł i norm.
- Pamiętasz, na tym kursie mówili, że na początku tak może być. – próbowała go pocieszyć żona, ale bardziej musiała przekonać samą siebie, że będzie dobrze.
Następnego dnia nie było lepiej. Ala wstała wcześnie, przyrządziła zdrowe śniadanie, zupę mleczną i kanapki z sałatą, wędliną i pomidorkiem. Ale dziewczynki nie chciały słyszeć o myciu, ani tym bardziej o zdrowym śniadaniu. Alicja dostrzegła, że ubyło jej przez noc z szafki kilkanaście deko surowego makaronu.
- O, nie. Zupę mleczną wam daruję, ale po jednej kanapce musicie zjeść. – Korecka przybierała swój nauczycielski ton, na który uczniowie zwykle reagowali posłuszeństwem.
- Nie, już zjadłyśmy – odpowiedziała butnie Klaudia;
- Nie możecie jeść surowego makaronu, dzieci – tłumaczyła przybrana matka.
- Ale my zawsze tak jemy. – wyjaśniła dziewczynka.
I tak minął tygodniowy urlop państwa Koreckich. Postanowili, że Ala przedłuży, zaś Marcin wróci już do pracy.
- I tak nie jestem w stanie Ci pomóc. Przynajmniej będę pracował. – tłumaczył się. Nie potrafił sam przed sobą przyznać się do tego, że chciałby uciec z własnego domu. W szkole przynajmniej miał autorytet, uczniowie i rodzice szanowali go, lubili. Widział, że jego działania mają sens. W domu brakowało mu tego.
- Ale, Marcin, nie zostawiaj mnie samej, ja się ich boję. – rozpaczliwie błagała go żona;
Klaudia powinna już pójść do szkoły.  Hela miała zapewnione miejsce w przedszkolu integracyjnym. Zdesperowana polonistka chciała wreszcie oddać dzieci w ręce fachowców. Miała nadzieję, że oni sobie lepiej poradzą z jej dziećmi.
W niedzielę wieczorem (Po prawie dwugodzinnej konsultacji z Beatą Olszewską, wychowawczynią klasy drugiej) spakowała plecak, przygotowała eleganckie ubranie (granatowe jeansy i bluzkę w granatowo – czerwoną kratę, przygotowała granatowe kokardy (nareszcie będzie mogła wiązać kokardy na dziewczęcych warkoczykach!)
W poniedziałek rano obudziła się z ciężkim sercem. Wstała, umyła się i ubrała, o śniadaniu dla siebie nawet nie pomyślała, nic nie mogła przełknąć.
O dziwo obudzenie dziewczynek nie było trudne. Zauważyła, że one, jak na tak małe dzieci, niewiele śpią. Udało się nawet przekonać Klaudię do umycia zębów i otarcia mokrym ręcznikiem reszty ciała, ubrania się w przygotowany strój. Na kokardy jednak mała się nie zgodziła. Hela została bez mycia ubrana i bez większych protestów udała się wraz z rodzicami i siostrą do szkoły.
Beata Olszewska (wysoka brunetka z długimi włosami), nauczycielka z kilkuletnim stażem, nie miała wprawdzie własnych dzieci, ale zazwyczaj radziła sobie z najtrudniejszymi dziećmi, Alicja miała więc nadzieję, że poradzi sobie i z Klaudią.
Ala po raz pierwszy chyba weszła do szkoły przez szatnię. Tam zgromadziły się już dzieci z drugiej b, znała niektóre z widzenia, czuła się bardzo niepewnie. Na szczęście szybko pojawiła się nauczycielka.
- Dzień dobry, ty zapewne jesteś Klaudia, prawda? – powiedziała do dziewczynki. – Witam Cię, moja droga, idziemy do klasy, dziś pójdziesz ze mną w pierwszej parze, dobrze?
Beata mówiła dość stanowczym tonem, tak że mała  bez słowa podała jej rękę.
Ala zapytała, czy ma czekać, ale wychowawczyni stwierdziła, że nie ma takiej potrzeby. Obiecała, że w razie czego zwróci się do Marcina, a Ala niech zajmie się młodszą córką i niech sama odpocznie. Powiedziała tak, bo widziała, jak koleżanka jest zmęczona i zdołowana.
Alicja zgodziła się. Ostatni tydzień bardzo ją wyczerpał. Potrzebowała tych kilku godzin. Dziś Marcin kończy o tej samej porze, co córka, więc miał ją odebrać. Ala wyszła wraz z Helą na marcowe słońce pełna nadziei. Próbowała porozmawiać z córką, ale ta nie chciała. Po krótkim spacerze, wróciły do domu i tu pani Korecka postanowiła zająć się edukacją higieniczną dziewczynki. Zaczęły od mycia zębów. Gdy próbowała jej powiedzieć, że niebawem udadzą się do dentysty, aby wyleczyć ząbki, dziewczynka dostała histerii.
Niestety, Hela nie zaaklimatyzowała się w przedszkolu. Codzienne skargi na niesubordynację, agresywne zachowania małej potęgowały u jej opiekunki poczucie bezsilności. Alicja zrezygnowała więc z pracy, próbując samej opiekować się dziećmi.
Ale nie było łatwo.
Beata skarżyła się, że Klaudia przez swoje destrukcyjne zachowania dezorganizuje jej klasę, przeszkadza w lekcjach, niszczy rzeczy swoje i innych dzieci. Ciągle odkupywali komuś kredki, długopisy. Ala próbowała robić korekty dla wydawnictw, ale nie była w stanie wywiązać się z terminów, musiała zrezygnować. Czas płynął. Klaudia nauczyła się wprawdzie myć i jeść posiłki przy stole, czasem tylko zdarzało się jej schować jakąś kanapkę pod poduszką, ciągle była agresywna w stosunku do rodziców, lubiła niszczyć rzeczy, krzyczeć, płakać, co gorsza, od kiedy zaczęła dojrzewać, nabrała ciała, a wraz z nim siły, stawała się agresywna w stosunku do innych dzieci. Marcin ciągle musiał wychodzić ze swoich lekcji, aby pacyfikować Klaudię. W końcu pani Anna Molendowska, dyrektorka, osoba niezwykle łagodna i ciepła, która długo tolerowała sytuację,  podjęła wreszcie decyzję o przeniesieniu dziewczynki do innej szkoły.  W tym czasie naukę rozpoczęła  też Helena. Z nią nie było łatwiej. Brała przykład ze starszej siostry.
To był czas, kiedy cała Polska płakała po śmierci Papieża Jana Pawła drugiego. Koreccy nie byli specjalnie wierzący, nie przeżywali tego aż tak mocno, jak inni. Oni mieli swoją własną żałobę.
Otóż zaczęli tracić nadzieję na to, że będą kiedyś szczęśliwymi rodzicami. Tego dnia w szkole odbywała się akademia poświęcona Zmarłemu i Marcin musiał zostawić klasę, za którą był odpowiedzialny, i na oczach całej szkoły wynosił Helenę, która rzuciła się na kolegę z klasy i omal go nie udusiła. Wstydził się potem wejść do pokoju nauczycielskiego. Wtedy pomyślał po raz pierwszy: nie udało się i już się nie uda.
Szkolna pedagog, Dominika Jasińska, niewysoka, krótko ostrzyżona blondynka, osoba niezwykle energiczna i zaangażowana w swoją pracę, próbowała ich wspierać, ale nie było to łatwe, Marcin jako mężczyzna czuł się przegrany, sfrustrowany. Opowiadanie koleżance z pracy, (nawet jeśli była specjalistką) nie było proste dla męskiego ego Marcina. Starał się coraz mniej czasu spędzać w domu. Nie czuł się w porządku wobec żony, ale nie miał siły, aby postąpić inaczej.
Alicja, która od czterech lat nie miała kontaktu ze swoim zawodem, każdego dnia od rana do wieczora walczyła o odpowiednie jedzenie, codzienne mycie, odrabianie lekcji, nie używanie agresji wobec siebie i innych ludzi, była już wrakiem człowieka. Bywało, że budziła się rano przerażona, czy któraś z córek dziś nie zaatakuje jej.  W niej też (chociaż nie rozmawiała o tym z mężem) rodziła się ta sama myśl.
Pani Alicja Siemaszko, dyrektorka Domu Dziecka była wstrząśnięta ich decyzją. Nie chciała z nimi rozmawiać. Gdy sąd unieważnił adopcję, przyjęła dziewczynki i zabrała je do pokoju. Musiała jakoś wytłumaczyć im zaistniałą sytuację. One wiedziały, dlaczego z powrotem znalazły się w placówce i czuły się winne. Serce kobiety, która całe życie poświęciła opuszczonym dzieciom było po ich stronie. Ona miała dobry (może dlatego, że sporadyczny kontakt) z dziećmi, radziła sobie z nimi, chociaż większą część jej pracy stanowił kontakt z dorosłymi – sędziami, nauczycielami, rodzicami, kuratorami – ludźmi, którzy decydowali o losie dzieci. Nie była specjalnie lubiana w środowisku, bo walczyła o dzieci jak lwica. Natomiast bezpośredni kontakt z nią był dla dzieci rzadką atrakcją, dlatego przy niej zachowywały się jak aniołki. Jej przyjaciółki wyczuwały, że za jej postawą kryje się jakaś tajemnica. Nigdy jednak nie zwierzała się z tego, dlaczego nie ma dzieci i dlaczego, mimo że jest atrakcyjną kobietą wciąż jest sama.
Wkrótce przez media przetoczyła się nagonka na Koreckich. Jak oni mogli. Dziecko to nie przedmiot, który można oddać kiedy się znudzi. Jedna z celebrytek opowiedziała w telewizji śniadaniowej, jak to nie potrafi oddać psa, chociaż nie ma czasu zajmować się nim, tak go kocha.
Ciekawe, co powiedziałby taki dziennikarzyna jeden z drugim, gdyby tak musiał swoje agresywne dziecko odciągać od dzieci, które bije, kopie, dusi, gdyby co rano budził się przerażony, czy dzisiaj nie rzuci się na niego.  – zżymał się Marcin. Klaudia była już całkiem dużą i silną dziewczyną, opanowanie jej ataku szału nie było proste. Zrezygnował ze szkoły, dzięki pomocy rodziców otworzył wraz z żoną sklep spożywczy na drugim końcu miasta, gdzie się przeprowadzili. Alicja zaczęła pisać książkę, bo jak wiadomo pisanie jest dobrym sposobem na odreagowanie swoich emocji, w tym wypadku frustracji.
Do dziewczynek jednak los się uśmiechnął. Pod koniec 2006 roku, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, gdy Klaudia chodziła już do gimnazjum w  ośrodku szkolno – wychowawczym, Hela zaś do najbliższej domu dziecka podstawówki, do trzeciej klasy, zdarzył się cud.
                                                  *
Magda Szymkowiak kończyła już dyżur w szpitalu przy ulicy Kasprzaka, gdy przywieziono tam kobietę w jej wieku, cierpiącą na bóle jelitowe. Pacjentka wydała się jej znajoma.  No tak, to matka tej okropnej Helki, która dwa lata temu omal nie udusiła jej Rafałka. Pierwsza myśl była taka, że dobrze, że ta okropna dziewczynka nie chodzi już do tej szkoły.
Dopiero następnego dnia, gdy przyszła na nocny dyżur, porozmawiała chwilę z matką Heli. Wiadomość o tym, że rodzice pozbyli się tych dziewczynek bardzo ją zszokowała. Z jednej strony trochę ich rozumiała, miała przecież wątpliwą przyjemność poznać Helenkę, ale z drugiej … Jak można oddać własne dziecko?! To nieludzkie! Nawet, jeśli dziecko jest przybrane.
Rano wróciła do domu bardzo podekscytowana. Rafałek już szykował się do szkoły. Był nadzwyczaj samodzielny. Tata, kierowca miejskiego autobusu musiał wyjść do pracy o trzeciej nad ranem, dlatego z poranną toaletą i śniadaniem musiał radzić sobie sam. I radził sobie.
Odprowadziła syna do szkoły, po drodze zrobiła zakupy i wróciła do domu, gdzie przygotowała obiad i położyła się spać na trzy godziny.
Obudził ją zgrzyt mężowskiego klucza w zamku.
- O, przepraszam, kochanie, nie chciałem Cię obudzić. – Jacek Szymkowiak był wysokim, szczupłym brunetem o pogodnej twarzy i niebieskich, wesołych oczach.
Wysłuchał żony uważnie.
- Kochanie, to straszne, ale czy my sobie damy radę? Pamiętasz, jak Rafałek bał się chodzić do szkoły przez tę dziewczynkę? – próbował bronić się przed pomysłem żony.
- Pamiętam, ale tak mnie jakoś ta historia prześladuje od dwóch dni. One znów są w placówkach, wśród obcych, pomyśl, jaka przyszłość je czeka?
Oboje byli członkami domowego Kościoła. Wieczorem na spotkaniu poprosili przyjaciół o modlitwę wstawienniczą w tej sprawie.
Po tygodniu zgłosili się do ośrodka adopcyjnego. Tam wywołali spore zamieszanie swoim pomysłem.
Alicja Siemaszko długo, bardzo emocjonalnie,  tłumaczyła im, jak wielką traumę przeżyły te dziewczynki, jakie są trudne i zdemoralizowane.
Magda słuchała, jednak była przekonana, że Bóg stawia przed nią wyzwanie, któremu, dzięki Jego pomocy, stawi czoła.
Nawiązanie pierwszego kontaktu nie było łatwe, ale kobieta nie zrażała się.
Kiedy zapadła decyzja sądu, pełni emocji udali się do domu dziecka.
Klaudia była już wysoką, brunetką z temperamentem wypisanym na twarzy.  Sąd wyraził zgodę, aby opuściła ośrodek. Hela włosy miała jaśniejsze, była nieco krępa, o błękitnych oczach. Przywitały ich z chłodnym dystansem.
- Dzień dobry, dziewczynki, zabieramy was do domu! – powitała je Magda kryjąc własną niepewność i strach pod życzliwym uśmiechem.
- Jeśli nie macie nic innego do roboty… – odpowiedziała Helena nieco zadziornie;
- No, można tak powiedzieć, dawajcie swoje bagaże. – odpowiedział Jacek pogodnie. Chociaż i on pełen był obaw;
W domu wskazali dziewczynkom pokój z piętrowym łóżkiem, łazienkę. 
Magda poszła do kuchni robić kolację, kazała dziewczynom umyć ręce.
Oczywiście nie chciały.
- Słuchajcie, mycie rąk przed jedzeniem to podstawa. Bez tego nie będzie kolacji.
Dziewczynom zaczynało już powoli burczeć w brzuchu, dlatego ustąpiły. Wybrały z chleba samą wędlinę, pozrzucały pomidory i ogórki oraz sałatę. Zbyt mocno  przypominały im poprzedni, tak bardzo nieudany dom.
- Jutro jeszcze robimy sobie wagary, ja mam wolne, Jacek idzie na noc do pracy, ale od środy idziecie do szkół, już załatwiłam wam miejsce.
- Do szkoły? A po co? – buntowała się Helena; - myślałam, że tu nie będę musiała chodzić.
- Bo taki jest wasz obowiązek. – wyjaśniła jej Magda;
- Mam gdzieś taki obowiązek, nie będę chodziła do szkoły. – poparła ją siostra;
- Dobra, dziewczyny, musimy, ustalić pewne reguły wspólnego mieszkania. – zaczął Jacek poważnie.
- To znaczy? – zaniepokoiła się Klaudia;
- Na początek: codzienna toaleta, sprzątanie swojego pokoju, oraz szkoła. W zamian wszelkie atrakcje życia rodzinnego. – wyjaśniła Magda.
Odpowiedziało jej milczenie.
Magda, w przeciwieństwie do Alicji, miała już doświadczenie w wychowaniu jednego dziecka, wiedziała, jak ważne są granice i jasne zasady. Wspierali ją mąż i przyjaciele ze wspólnoty.
Przez pierwsze miesiące dziewczyny rzeczywiście kombinowały, jak tu obejść zasady. Nie myły rano zębów, nie jadły śniadania, za kieszonkowe kupowały sobie hot – dogi.
Brudną bieliznę wrzucały za łóżko, tak jak resztki jedzenia i inne śmieci. Ale w domu były jasne zasady, dostęp do komputera, możliwości wyjścia z przyjaciółmi na imprezę, możliwość oglądania telewizji i dvd - tylko w przypadku wypełnienia obowiązków.
Szymkowiakowie, wspólnie z Rafałkiem co wieczór modlili się. Postanowili, że dziewczyn nie będą do tego zmuszać. Po dwóch latach, Helena jako piątoklasistka dołączyła do nich tak na chwilę. Wtedy po raz pierwszy długo rozmawiała w nocy z Magdą. Opowiedziała o tym, jak bardzo chciała do kogoś mówić mamo i czuć, że komuś na niej zależy. Mówiła też, że chciała słuchać Alicji, ale sama nie wiedziała, dlaczego robi inaczej. Jak bardzo bolało, gdy ich oddali do domu dziecka.
Magda słuchała. Pamiętała rozmowę z Alicją, która miała za sobą lata leczenia niepłodności, marzyła o zaplataniu warkoczyków i nie potrafiła ogarnąć swoją myślą ogromu spustoszenia, jakie w dziecięcej psychice powoduje życie w rodzinie ogarniętej alkoholizmem i przemocą.
Wtedy po raz pierwszy przytuliła swoją córeczkę i … zaplotła jej warkoczyki.
Z Klaudią było nieco inaczej. Wciąż była zbuntowaną nastolatką, Przybrani rodzice z niepokojem myśleli o zbliżających się egzaminach gimnazjalnych. Magda i Jacek razem z Rafałem uczestniczyli w spotkaniu modlitewnym, które odbywało się w pomieszczeniu piwnicznym budynku parafialnego. W pewnym momencie Magda spojrzała mimowolnie w jedno z okienek i z zaskoczeniem dostrzegła tam postać swej starszej córki, która napotkawszy wzrok przybranej matki natychmiast się schowała.
Po spotkaniu okazało się, że była umówiona z Antkiem, synem Joli i Adama, ich przyjaciół.
I tak, powoli, bez niepotrzebnego napięcia, wykazując mega cierpliwość, Magda i Jacek nawiązali coraz lepszy kontakt z córkami.  Rafał, który miał na początku traumę związaną z próbą uduszenia przez Helenę, także zaprzyjaźnił się z nowymi siostrami. Wprawdzie marzył o młodszym bracie, ale starsza siostra i rówieśniczka też mogły być.
Czas mijał nieubłaganie. Klaudia szczęśliwie skończyła gimnazjum, potem zdała maturę z bardzo dobrym wynikiem i dostała się na psychologię. Tak, postanowiła, że będzie doradzać takim rodzinom, jak Koreccy, aby z nadmiaru miłości nie krzywdziły przybranych dzieci.
Helena kończy właśnie gimnazjum i przeżywa swoją pierwsza miłość. Postanowiła, że zostanie aktorką, należy do ogniska teatralnego przy Teatrze Ochoty, grała już dwa epizody w serialach. W jednym zagrała samą siebie, jak przynajmniej uważała, czyli bardzo zbuntowaną i niegrzeczną dziewczynę.
W obu głowach myśl ta zrodziła się niezależnie, chociaż prawie jednocześnie.
Pewnego dnia dziewczyny poszły do kwiaciarni, kupiły każda po ogromnym bukiecie kwiatów i udały się na drugi koniec miasta, do niewielkiego, osiedlowego sklepiku.
                                        *
Alicja zakończyła właśnie wykładanie towaru i czekała na klientów. Od kiedy niedaleko postawiono Biedronkę, nie było łatwo. Nie pomagały ciągłe promocje i obniżki cen. Interes kręcił się na granicy opłacalności. Na szczęście dostała niedawno honorarium za pierwszą książkę i właśnie obmyślała drugą. Usłyszała głosy za drzwiami, spojrzała z nadzieją, Wchodziły dwie piękne dziewczyny. Starsza – wyglądała na studentkę – wysoka, energiczna brunetka z włosami upiętymi w kucyk i młodsza, niewysoka szatynka z warkoczykami,
Weszły i miny miały jakieś nietęgie. Wstydzą się, że kupują w takim sklepie, czy co? – próbowała znaleźć jakieś wytłumaczenie Alicja.
- Dzień dobry, zapraszam! – uśmiechnęła się zachęcająco.
- Pani nas nie poznaje, prawda? – odezwała się starsza;
Czyżby jakieś dawne uczennice przypomniały sobie o niej?  Nie, to niemożliwe. Tamten etap jest już zamknięty żelazną bramą, nie do otwarcia. W akcie desperacji wyrzuciła nawet wszystkie zdjęcia z tamtego okresu.
- A powinnam? – zapytała starając się, aby jej głos brzmiał życzliwie, chociaż pojawiło się jakieś niejasne przeczucie.
- Ja jestem Klaudia, a to Helena – wyjaśniła starsza.
Alicja pobladła, jakby zobaczyła ducha.
- Wszystko w porządku? – Helena natychmiast znalazła się przy dawnej opiekunce.  Po chwili drzwi otworzyły się jeszcze raz, pojawiła się w nich zadbana kobieta w średnim wieku. Miała w ręku ogromne bukiety kolorowych kwiatów. Wręczyła je dziewczynom i powiedziała:
- To do zobaczenia w domu. – i wyszła wprawiając Korecką w jeszcze większe osłupienie. Rozpoznała dawną pielęgniarkę, matkę chłopca zaatakowanego niegdyś przez Helenę.
Po chwili znała już prawdę, przyjęła przeprosiny i zaproszenie na obiad. Bez wahania zamknęła sklep i udała się wraz z dziewczynami do domu.
Nie miała za wiele do stracenia.
Marcin po dwóch latach od … No właśnie. Od czego? Od dnia, w którym się poddali, chyba tak należałoby powiedzieć, znalazł pracę w liceum jako nauczyciel geografii,  znów zaangażował się w pracę z uczniami. Ona nie miała już na to odwagi. Te komentarze telewizyjne, wypowiedzi celebrytek, które opowiadały, jak to one nie potrafią oddać psa, choć nie bardzo mogą się nim zajmować, bo tak strasznie go kochają, bardzo ją bolały i wykańczały psychicznie. Przecież ona też kochała te dzieci, tylko nie potrafiła znaleźć do nich klucza.
Potem mąż zaczął się coraz bardziej oddalać, popadać w alkoholizm. W pracy już dostał raz naganę za nadużywanie alkoholu, ale na tym się skończyło. Bo jest dobry i dyrektor go ceni. A ona boryka się sama z tym sklepem, który miał być ich wspólnym interesem.  A on wraca z kolejnej wycieczki, lekcji pokazowej, rady pedagogicznej, siada w domu niedaleko barku i pije. Rano jest już trzeźwy i idzie do pracy, znów budzić zainteresowanie geografią wśród młodzieży.
Alicja była wdzięczna Magdzie za zaproszenie. I za to, że podjęła się naprawienia tego, co ona, mimo swej dobrej woli, zepsuła. I to z takim skutkiem.
- Jak ty to zrobiłaś? – zapytała nieśmiało Magdę, gdy poszła jej pomóc w zmywaniu po obiedzie, który podobno przyrządziła Klaudia.
- Wiesz przecież, że nie było łatwo, ale wiedziałam, że ja tu rządzę i byłam po prostu konsekwentna. Dopiero po dwóch latach szczerze porozmawiałam z Heleną, a Klaudia dopiero jak zakochała się w synu naszych przyjaciół, jakby nas zauważyła.
- Czyli mi zabrakło cierpliwości. Ja miałam dużo serca, marzyłam, że będę miała córeczki, które będę ubierać i zaplatać im warkoczyki, robiłam dla nich zdrowe kanapki, a one jadły suchy makaron.
- Trzeba było to przeczekać. Zaczęły jeść normalnie chyba też jakoś po dwóch, trzech latach.
Alicja cieszy się, że dziewczynom jednak się udało, że znalazły wspaniały, kochający dom, w którym umiano sobie poradzić. Mimo, że nikt tam nie był nauczycielem.

Postanowiła, że zlikwiduje sklep i spróbuje wrócić do pracy w szkole. Jedna z nielicznych już stałych klientek, okazała się być dyrektorką szkoły. Powiedziała, że właśnie straciła polonistkę, zgodziła się na to miejsce zatrudnić Alicję. Marcin też przyjął przeprosiny od córek, razem z żoną biorą czasem udział w szkoleniach dla rodzin zastępczych, aby opowiedzieć swoją historię. Obie rodziny żyją w przyjaźni.

Komentarze