Bohema


                                    16. Bohema
- Mama bach! – mała Gienia po raz kolejny zburzyła pracowicie budowaną wspólnie z matką wieżę z klocków Lego.
- Mamo, czy dziś przyjdzie wujek Daniel? – zapytała starsza siostra Gieni, Otylia;
- Wiesz, kochanie, nie dzwonił do mnie, ale myślę, że przyjdzie? – spokojnie odpowiedziała jej matka;
- buu – rozległ się mruk niezadowolenia.
- Nie chcesz, żeby przychodził? – starała się łagodnie zapytać matka.
- Nie, chcę, żebyśmy były same z Gienią i z tobą. Żadnych wujków już nie chcę. – niemal jednym tchem powiedziała dziewczynka.
Mirka Szpak znów była na zakręcie. Wysoka, chociaż po dwóch porodach już niezbyt szczupła, z jasnorudymi włosami upiętymi w kok, gdzieniegdzie przeplatanymi siwymi, wciąż jeszcze czuła się atrakcyjna, chociaż nadmiar kilogramów (efekt depresji i ogólnego zaniedbania) zaczynał jej ciążyć. Należała do kobiet, które nie potrafią być same. Od kiedy wyszła zamąż za Stefana, przez cały czas była związana z mężczyzną. Po pierwszym rozwodzie miała jakieś dwie przygody, zanim poznała Damiana, ojca małej Eugenii. Teraz, gdy i to małżeństwo zakończyło się rozwodem, desperacko rozglądała się za męskim ramieniem gotowym wziąć na siebie ciężar wspólnego życia. Duże szanse miał pan Daniel Jędłocha, terapeuta, który pomagał jej poradzić sobie z depresją. Gdy tylko stanęła na nogi, odkurzyła swój dyplom, uzupełniła wiedzę, i założyła jednoosobowe biuro rachunkowe. Dzięki temu mogła pracować w domu, zajmując się dziećmi. Zazwyczaj wyglądało to tak, że rano matka biorąc Gienię pod pachę, szła odprowadzić Otylkę do szkoły, po powrocie mała bawiła się na dywanie, zaś matka z laptopem na kolanach jednocześnie uczestniczyła w zabawie córki i obliczała przychody i rozchody swoich klientów. Raz tylko zdarzyło się, że mała dziewczynka ozdobiła fakturę kolorowymi kwiatkami, trzeba było drukować jeszcze raz. Poza tym nie było większych kolizji. Coraz częściej odbieraniem uczennicy ze szkoły zajmował się upoważniony przez matkę psycholog. Otylia bardzo się buntowała i urządzała w szkole sceny. Jednak jej mama ani myślała zmienić sytuacji.
- Musi się przyzwyczaić. Przecież nie będę sama do końca życia z powodu jej fanaberii.
                                              *
Mirka Szpak była piękną dziewczyną. Wysoka, szczupła, z burzą jasnorudych loków otaczających podłużną twarz i opadających na ramionach. Studiowała ekonomię i szukała swojego miejsca w życiu. Oczywiście wybór kierunku studiów był wyrazem pewnego rodzaju asekuracji dziewczyny. Była ona bowiem artystyczną duszą, malowała, pisała wiersze, lubiła wszelkie wieczory poezji śpiewanej, grała na gitarze i flecie. Jednak wcześnie straciła rodziców i nie posiadała większego majątku poza niewielkim mieszkankiem na warszawskim Mokotowie. Dlatego już podczas studiów dorabiała w biurze projektów jako goniec, potem sekretarka, opiekowała się dziećmi i robiła różne tłumaczenia. A sztuką zajmowała się w weekendy. Poza tym nasza Wiewiórka lubiła życie towarzyskie. I jak wiele kobiet marzyła o przybyciu rycerza na białym koniu. I od razu miała problem, bo kandydatów było dwóch…
Pierwszy – Stefan Grądziela poznany w biurze, w którym przez pewien czas pracowała, był wysokim brunetem o południowej karnacji i trzydniowym zaroście. Jego uśmiech odkrywał dwa rządki lśniąco białych, zadbanych zębów. Tuż po dyplomie zarządzania i administracji dostał od ojca biuro projektów, które przynosiło znaczne dochody. Chodził ubrany w garnitury dobrych marek, nosił czyste, eleganckie koszule nie mające nigdy najmniejszego zgniecenia. Kiedyś nie wytrzymała i zapytała, kto tak dba o jego garderobę. Dowiedziała się, że koszule pierze i prasuje sobie sam, garnitury oddaje do pralni. Mirka, która kupując ubrania brała pod uwagę przede wszystkim stopień gniecenia materiału, gdyż prasowania nienawidziła, była pod wrażeniem. Taki mąż…
Poza tym młody biznesmen miał głowę do interesów, każda inwestycja przynosiła mu podwójne zyski. Dlatego dwa lata po dyplomie kupił dwie kawalerki na wynajem, co było dodatkowym  źródłem dochodów.  Życie u boku takiego mężczyzny jawiło się jako oaza bezpieczeństwa. Problem zaczynał się, gdy dziewczyna żądna artystycznych wrażeń usiłowała wyciągnąć go do teatru, czy na koncert, gdy idąc ulicami Starówki chciała zatrzymać się przy ulicznych malarzach, podziwiać ich dzieła. Dla niego istniał tylko taki rodzaj rozrywki, który mógł przynieść jakieś wymierne efekty. Jeśli wyjście do opery, gra w tenisa, koncert, to tylko w towarzystwie klientów, bądź kontrahentów, których w takiej swobodnej atmosferze łatwiej przekonać do swoich racji. Mirka kiedyś uczestniczyła w takim służbowym wyjściu do opery, w towarzystwie gości spod Krakowa, w czasie której Stefan zwyczajnie zasnął i zaczął chrapać. Miał potem do niej pretensje, że go nie obudziła, bo było mu wstyd, bo z tymi klientami miał podpisać jakiś mega ważny kontrakt. Nie wie, czy tamto faux pas zagroziło w jakiś sposób jego interesom.
Drugim kandydatem zaś był niejaki Joachim Starczyński, wysoki, chudy, długowłosy blondyn o zamyślonej, choć uśmiechniętej twarzy. Młody człowiek, podobnie jak Mirka niebogaty z domu, kończył Akademię Sztuk Pięknych, na życie zarabiał malując obrazy i wydając tomiki swoich wierszy. Mieszkał w wynajętej kawalerce na warszawskim Żoliborzu, gdzie miał tylko łóżko, szafę i stół i niewielki telewizor. Większość miejsca w kawalerce zajmowały pudła z akcesoriami malarskimi. Jak nietrudno się domyślić, Artysta nie zarabiał kroci. Ale nie przeszkadzało mu to. Z nim Mirka mogła godzinami chodzić po Starówce, podziwiać różnych artystów, za ostatnie pieniądze szli na koncert lub do teatru, on interesował się szczególnie teatrem ulicznym. Kiedy komuś wokół niego komuś działa się krzywda, natychmiast rzucał się na pomoc na miarę swoich niewielkich możliwości. Przy nim Mirka czuła, że żyje. Po spotkaniach z nim zazwyczaj w zaciszu swej kawalerki pisała wiersze lub malowała obrazy.
Była bardzo dumna z siebie, gdy udało jej się kilka dzieł sprzedać.
Obydwaj oferowali dziewczynie bardzo różne wartości, które doskonale się uzupełniały. Żałowała, że nie można Stefana i Achima złączyć w jedną osobę. Wtedy miałaby męża idealnego. Mirka często łapała się na tym, że przy Stefanie zwyczajnie się nudzi. Imponowała jej natomiast jego zaradność życiowa. Joachim natomiast gwarantował jej kolorowe życie, jakie uwielbiała.
Wychodząc zamąż za Stefana łudziła się, że przynajmniej będzie miała pieniądze na sztukę. Nie wiedziała, jak bardzo się myli.
Marzyła o posiadaniu dzieci, wiedziała, że trzeba będzie je utrzymać. Chciała mieć bezpieczną przyszłość. Tak tłumaczyła sama przed sobą swój wybór.
Dwa lata po dyplomie wzięli ślub, a po półtora roku na świecie pojawiła się Otylia.  Na początku wszystko układało się dobrze. Dzielili się obowiązkami, opiekowali małą, kochali się. Jednak opieka nad dzieckiem zaczęła szybko męczyć Mirkę. Spędzając całe dnie w luksusowym domku, mając  za jedyną atrakcję wyprawy do pobliskiego parku i rozmowy z mamuśkami, które poza dziećmi nie miały innych spraw, szybko zaczęła się nudzić. Czuła się zniechęcona i stłamszona.  Z mediów wiedziała, że Joachim odnosi coraz większe sukcesy, związał się z aktorką Martą, często mogła czytać o nim w kolorowych pismach i internecie. I na pewno już nie klepie biedy. Wtedy tęsknota za odrzuconym życiem przybrała na sile. Zazdrościła tej Marcie, która obok sukcesów aktorskich miała przy sobie kochającego mężczyznę.
Gdy czuła, że może zrobić krzywdę własnemu dziecku, zaczęła pisać wiersze. Mąż nawet pomógł jej wydać tomik wierszy, uznając to za fanaberie kury domowej, którą on jest w stanie zaspokoić. Ma dużo, to może wydawać na głupstwa. Tak myślał. Tomik rozszedł się niespodziewanie szybko, okazał się kolejną inwestycją Stefana, która przyniosła zysk. Wtedy do Mirki odezwał się dawny przyjaciel. Spotkali się w kawiarni na Starym Mieście.
- Witaj niewierna kobieto – przywitał ją całując w czoło.
- Achiś, witaj kochany – niemal rzuciła mu się na szyję, jednak jego dystans zatrzymał ją w połowie gestu.
Usiedli przy stoliku. Zamówili espresso i sernik z polewą czekoladową, stanowiący specjalność lokalu. Podczas tej rozmowy Mirka zrozumiała, że popełniła błąd. Nazwisko Starczyński jest już znane w świecie artystycznym. Państwo Starczyńscy posiadają dwie galerie, pani Marta oprócz tego, że jest znaną aktorką również trochę maluje, a Joachim wydał już cztery tomy poezji. Mieszkali w willi w Konstancinie, mieli dwójkę dzieci. Achiś już nie miał swoich długich włosów, a krótkoostrzyżone, mocno przerzedzone blond kosmyki, z zakolami. Ale wciąż miał te same twórcze iskierki w oczach. Rozmawiali dwie godziny, wspominali dawne czasy – wyprawy nad Maltę, do filharmonii, nocne przygody na warszawskiej Starówce. A mieli tego sporo. Gdy już wypili kawę, zjedli po serniczku, potem po ogromnej porcji lodów. I wrócili każde do swojego życia.
Natomiast kryzys w małżeństwie Grądzielów pogłębiał się. Mirka coraz częściej zostawiała dziecko pod opieką męża i szła na koncerty, do teatru, czy choćby przejść się po Starówce, wesprzeć ulicznych malarzy, podziwiać Wisłę wieczorem. Jemu bardzo się nie podobała ta sytuacja. Gdy Ocia miała pięć lat rozstali się z klasą. Córka została z Mirką, Stefan płacił bardzo wysokie alimenty. Znów mogła żyć swoim życiem. Malowała, pisała, jeździła na koncerty, wystawy, dbała o rozwój kulturalny córki. Podczas jednej z imprez poznała Damiana, młodego aktora. Aktualnie był filmowym partnerem Marty Starczyńskiej. Zaprzyjaźnili się, wkrótce artysta stał się częstym gościem w jej mieszkaniu. Mała Ocia owinęła go sobie wokół palca, spełniał jej zachcianki. Gdy pojawiał się na ekranie, nie słuchała matki, która mówiła, że to nie jest film dla dzieci. Tam jest wujek Damian i ona go musi zobaczyć. I tyle.
Stefan też znalazł sobie partnerkę, prawniczkę Dorotę. Życie Otylki od tej pory toczyło się w dwóch domach. U matki spotykała dużo artystów różnej maści, odbywały się rozmaite próby teatralne, przygotowywanie scenografii do różnych przedsięwzięć, nocowali ludzie w drodze na rozmaite imprezy. W domu ojca słyszała, że ten artystyczny styl życia to durnota. W domu matki czuła się samotna, bo ona i jej mąż często przyjmowali gości, było głośno, tłoczno. Mama zaprowadziła ją do fryzjera i zażyczyła sobie  dość awangardowej fryzury jak dla dziecka. W sobotę usłyszała od ojca, że wygląda jak kretynka. Za to, gdy wróciła do domu matki w nowej sukience, którą wybrała dla niej Ciocia Dorota, dowiedziała się, że wygląda jak sierotka. Gdy urodziła się Gienia, Otylka bardzo się cieszyła, ale wkrótce zaczęła sprawiać problemy wychowawcze. Musieli zmienić szkołę na integracyjną, ponieważ w normalnej szkole dziewczynka dokuczała innym dzieciom, kradła im rzeczy, biła.
W szkole integracyjnej było podobnie. Szczególnie wówczas, gdy Damian uległ wdziękom młodziutkiej piosenkarki Olgi Tarnackiej.
                                       


Komentarze