Dlaczego?
1.
Dlaczego?
Gmach
warszawskiego liceum dla dorosłych otoczony był różnobarwnym tłumem podzielonym
na mniejsze lub większe grupki. Wśród zaludniających teren okołoszkolny byli
tacy, którzy mogli zdawać w normalnych szkołach, ale różne doświadczenia
zaprowadziły ich do takiej placówki, jak i tacy którzy przygotowywali się do
matury razem ze swoimi wnukami. Wśród nich wysoka, ciemnowłosa, o ciemnej
karnacji dziewczyna w długiej kolorowej sukience, z przewieszoną torbą z
materiału. Wyglądała na studentkę. Sukienka dziewczyny nie kryła małego na
razie brzuszka. Nerwowo krążyła wokół budynku. W pewnym momencie kolorowa torba
zaczęła wygrywać skoczną melodyjkę.
-
Cześć, Julka, tu Karolina. Słuchaj, czy mogłabym się u Ciebie zatrzymać w
Warszawie przez kilka dni?
-
Jasne, wpadaj! – zawołała przyjaźnie;
No
tak, już trojaczki zaczynają uciekać z domu. Julia, tak bowiem miała na imię
owa dziewczyna w wielobarwnej sukience przyjechała do Warszawy, bo miała dosyć
swojej macochy. Ojciec nawet się starał, zgłosił się z nią na terapię, dzięki
której poukładała się jakoś wewnętrznie i mogła teraz wziąć się za bary z
życiem, które nie było łatwe. Miała już dwadzieścia pięć lat i musiała sobie
radzić sama w życiu. Mama trafiła niedawno do zakładu psychiatrycznego, zaś jej
brat Rafał trafił do ośrodka specjalnego. Tomek, sąsiad z Jasłowic, ojciec jej
dziecka wyjechał do Niemiec, nie wiadomo kiedy wróci. Raczej nie wróci do niej.
Postanowiła, że jej dziecko będzie miało lepsze dzieciństwo. Odwiedzi też
brata, żeby nie był taki samotny wśród obcych.
*
Zuzanna
Szymańska była rudowłosą, filigranową dziewczyną o cerze pełnej sympatycznych
piegów. W klasie drugiej liceum przeżyła swoją wielką, pierwszą miłość.
Nazywał
się Adrian Golecki, chodził do
równoległej klasy. Był wysokim brunetem, o ciemnej karnacji, przypominał nieco
Włocha. Ukochany był też sąsiadem Zuzy, dlatego wiele czasu spędzali razem
także po lekcjach.
Im
więcej czasu spędzali razem, tym Zuza była bardziej zakochana. Dbała o swoje
włosy, stroiła się nawet, gdy miała wynosić śmieci, bo zawsze mogła na klatce
schodowej spotkać miłość swojego życia. Tak przynajmniej uważała.
Wkrótce
ich relacje zaczęły nabierać coraz bardziej konkretnego kształtu. Zostali parą.
Taką na śmierć i życie. Przynajmniej Zuzka tak uważała. Oboje szczęśliwie zdali
maturę, Adrian dostał się na ekonomię, Zuza na romanistykę. Ale ona, w
przeciwieństwie do niego nie rozpoczęła studiów. W sierpniu okazało się, że
jest w ciąży.
Julka
urodziła się pod koniec kwietnia. Adrian nie był zachwycony decyzją Szymańskiej,
nie poczuwał się do pomocy. Ale uznał, że Julia jest jego córką i będzie miał
wpływ na jej wychowanie.
*
Mieszkanie
na warszawskim Żoliborzu było urządzone według najnowszych trendów. Nie ma w tym
nic dziwnego, gdyż urządzał je powszechnie ceniony architekt wnętrz – Jerzy
Makowski. Składało się z dwóch pokoi. Mniejszy stanowił sypialnię lokatorki,
jego centralnym punktem było łóżko w kształcie rombu, obok szafa na ubrania,
oczywiście z trójkątnym lustrem na wewnętrznej stronie drzwi, obok szafka nocna
z dizajnerską lampką, oraz niewielki regalik na książki. Większy salon miał być
wizytówką domu, dlatego na ścianach wisiały reprodukcje obrazów abstrakcyjnych,
okrągły stół, kilka krzeseł z trójkątnymi oparciami, mały stolik i fotele z
fikuśnie wypukłymi oparciami. Wszystko w ciepłych barwach, starannie wybranych
przez Artystę. A mieszkanie było prezentem pana Jurka dla ukochanej jedynaczki
– Ani.
Anna
Makowska była wysoką, szczupłą brunetką o długich, lekko kręconych włosach,
które lubiła upinać w różne fikuśne fryzurki. Może nie była typową jedynaczką
zapatrzoną w czubek własnego nosa, ale altruistką też nie była. Ojciec dużo od
niej wymagał. W szkole musiała przynosić jedynie najwyższe oceny. Poza tym
dostawała wszystko, co chciała. I przyzwyczaiła się do tego, że jej marzenia są
dla reszty świata rozkazem. Życie zawodowe także miała starannie zaplanowane.
Otóż marzyło jej się gospodarstwo agroturystyczne na południu Polski. Do tego
celu prowadziły ją studia na wydziale marketingu i zarządzania, oraz praca w
firmie komputerowej. Przydałby się jeszcze odpowiedni partner.
Pewnego
dnia idąc ulicą przypadkiem wpadła na wysokiego chłopaka o urodzie Włocha.
Postanowiła, że to będzie jej mąż. Sytuacja życiowa owego pana nie za bardzo ją
interesowała. Śledziła go, zaaranżowała kilka przypadkowych spotkań i po
miesiącu byli już parą. Dowiedziała się, że mężczyzna jej życia właśnie rozstał
się z wieloletnią partnerką, z którą miał dziecko. To była nawet dobra wiadomość,
bowiem nasza bohaterka w wieku kilkunastu lat przeszła poważną operację
jajnika, nie była więc pewna, czy będzie mogła mieć dzieci.
Ale
w miarę zaangażowania się w nowy związek pragnęła, by mała Julia jak
najczęściej przebywała z ojcem, najlepiej byłoby, gdyby zamieszkała z nimi na
zawsze.
*
Adrian
wkrótce przeniósł się do Anny. Zuzanna odetchnęła z ulgą. W ostatnim czasie
spotkania z nim nie powodowały już przyspieszonego bicia serca, a jedynie gulę
w gardle. Jego starania o przejęcie całkowitej opieki nad Julką budziły w niej
przerażenie. Zuzia nie rozpoczęła studiów, ale znalazła pracę w sklepie
spożywczym, którą to pracę przy pomocy rodziców mogła godzić z opieką nad
dzieckiem. Dzięki wsparciu najbliższych dzielnie zniosła wizyty pracowników
opieki społecznej, kuratora, którzy starali się za wszelką cenę znaleźć na nią
haka. Ale za każdym razem widzieli zdrowe, zadbane dziecko, dlatego sąd nie
znalazł podstaw, aby jej odebrać prawa do opieki. Pokrzyżowało to plany Adriana
i Anki, którzy musieli zadowolić się spotkaniami co dwa tygodnie. Przestrzegali
tego, trzeba przyznać, skrupulatnie. Zuzanna starała się pracować w te dni, aby
ich nie widzieć, Tak było też pewnej
zimowej soboty, gdy dziewczynka gorączkowała. Adrian z narzeczoną zjawili się
punktualnie i chcieli zabrać dziewczynkę do siebie. Wtedy mama Zuzanny
zaprosiła ich do środka i zaproponowała spotkanie z dzieckiem w domu. Wezwali
policję, skarżąc się na utrudnianie kontaktów, jak to się fachowo nazywa. Wtedy
po raz pierwszy w życiu Zuzy pojawiła się para bardzo mądrych policjantów
- Marek Dąbrowski i Dorota Wilkowska,
którzy wytłumaczyli im, że wynoszenie gorączkującego dziecka na mróz nie jest
dobrym rozwiązaniem. Zostali wtedy z nią w domu traktując babcię dziewczynki
jak powietrze.
Wkrótce
sytuacja między nimi stała się jeszcze bardziej napięta. Zuzanna nigdy nie
zapomni wiosennego dnia, gdy szła na spacer z małą Julką w wózeczku. Właśnie
miała przejść przez pasy, gdy zobaczyła zatrzymujący się samochód byłego
chłopaka. Adrian wysiadł i oznajmił, że dzisiaj zabiera córkę.
-
Ale przecież to nie jest twój dzień! – próbowała mu tłumaczyć.
-
Mam gdzieś jaki dzień, wyjeżdżamy dziś na wieś i ją zabieramy! – wykrzyczał jej
prosto w twarz, próbując wyjąć dziecko.
Nie
myślała, że posunie się aż tak daleko. Zaczęła głośno krzyczeć, zasłaniając
wózek swoim ciałem. Na szczęście niedaleko przechodziła para starszych ludzi,
którzy szybko zorientowali się, co się dzieje. Pani energicznym ruchem wyjęła z
torebki telefon i wezwała pomoc, a jej mąż, jak na sześćdziesięciolatka
niezwykle sprawny wraz z młodym chłopakiem nadchodzącym z naprzeciwka powstrzymali Adriana. Po chwili przyjechała
policja, znów Marek z Dorotą, którzy znali sprawę, powstrzymali Adriana,
tłumacząc, że pogarsza swoją sytuację.
Zobaczyła
tylko wściekłość w oczach jego i Anki siedzącej za kierownicą samochodu.
*
Anna
ruszyła z piskiem opon. Co za pech. Śledzili ją od rana, ten moment wydawał się
idealny do zabrania dziecka. Że też musiała się napatoczyć ta para staruchów,
którzy musieli się wtrącić. Tyle sobie obiecywała po weekendzie u ciotki na
wsi. Miała udowodnić rodzinie, że potrafi założyć rodzinę, opiekować się
dzieckiem.
A
tymczasem będą musieli spędzić sobotę i niedzielę sami.
Znów
przyszło jej przez chwilę przez myśl, że to okropne zabierać dziecko matce, ale
przecież nie musiała się tak szarpać i ograniczać jej kontaktów z Julką.
Co
z tego, że ich dzień będzie w środę. Oni mieli plany na dziś. Pieprzone prawo w
Polsce!
Wkrótce
Adrian wziął ślub ze swoją narzeczoną. Kupili niewielkie gospodarstwo na
południu Polski, w którym zamierzali prowadzić agroturystykę. Zabierali Julkę
do siebie regularnie co dwa tygodnie. Ale zdarzył się cud. Anka urodziła … trojaczki. Dwóch chłopaków i
dziewczynkę. Julka miała wtedy sześć lat. Pojechała na wakacje do ojca i po
tygodniu dzwoniła do matki, że jest jej źle. Anka i Adrian zajęci byli
trojaczkami, które non stop wymagały karmienia, zmieniania pieluch, darły się w
niebogłosy. Poza tym zaczęli pojawiać się pierwsi goście, młodzi oszczędzali na
personelu. Julka nie mogła spać. Zuzanna przyjechała po nią sama, bo i tak nie
miałby kto jej odwieźć.
-
Nieźle wychowujesz dziecko. – powitała ją Anna. – skarży się na niemowlęta.
-
Ja? To wy, zaprosiliście ją na wakacje, a nie macie czasu się nią zająć. –
Zuzanna stanęła w obronie córki.
-
Taka duża dziewczyna mogłaby czasem pomóc, a nie tylko domagać się opieki. –
wykrzyczała Anka;
-
A, to trzeba było mówić, że potrzebujesz niańki. To może ja bym się u Ciebie
najęła, za odpowiednią zapłatą, a nie moje dziecko. – Wycedziła przez zęby Zuza
i zabrała Julkę do domu.
Zainteresowanie
Adriana córką znacznie osłabło. Przyjeżdżał raz w miesiącu i zabierał Julkę na
sobotę i niedzielę. Dziewczynka bardzo nie lubiła tych wyjazdów, zwykle chowała
się w różnych zakamarkach mieszkania. Raz Zuzanna znalazła ją za szafą,
osłoniętą torbami i pudłami. Dużo wysiłku kosztowało dziewczynkę stworzenie
takiej kryjówki.
Wkrótce
Julka rozpoczęła naukę w szkole. Okazało się, że dziewczynka ma duże problemy z
koncentracją, jest nieposłuszna, utrudnia prowadzenie każdej lekcji. Adrian
czytając uwagi w jej dzienniczku mówił:
-
No ładnie wychowujesz naszą córeczkę.
-
Myślisz, że ja ją tego uczę. To jak od was wraca, to nie mogę sobie poradzić. –
złościła się Zuza.
*
Gospodarstwo
Adriana i Ani rozwijało się. Było jedynym tak dużym miejscem pracy w promieniu
pięćdziesięciu kilometrów, dlatego oboje byli szanowani w okolicy. Zatrudniali
kilkanaście osób, ale i tak sporo było pracy, którą musieli wykonywać sami.
Przy trójce dzieci nie było to łatwe, oczekiwali pomocy od Julki. A ona miała
dopiero osiem lat. Chciała bawić się z dziećmi gości i sąsiadów, biegać po
lesie, czasem coś poczytać czy narysować. A trojaczki – Karolina, Jan i Albert
byli nieznośni. Po tygodniu chłopcy zniszczyli jej kredki. Bardzo rozzłoszczona
dziewczynka odepchnęła małego Jaśka i kopnęła Alberta, tak że obaj zaczęli
płakać tak głośno, iż zakłócali odpoczynek gościom. Zmęczona, wściekła Anka
zamknęła dziewczynkę w komórce na szczotki.
*
Do
Zuzanny los się uśmiechnął. Dostała pracę w sklepie odzieżowym w galerii
handlowej. Jej uroda, wdzięk, pracowitość sprawiały, że właściciele byli
zadowoleni, co znajdowało odbicie w różnego rodzaju premiach. Atrakcyjność tej
posady wzmacniał taki drobny szczegół, że w boksie obok mieścił się salon z
telefonami komórkowymi prowadzony przez uroczego szatyna o dużych niebieskich
oczach. Miał na imię Piotr. Szybko został przyjacielem Zuzy, którego Julia
bardzo pokochała. Rozmawiali sobie właśnie na granicy swoich salonów, gdy
odebrała telefon od córki, że jest zamknięta w komórce na narzędzia, głodna i
zasikana. Piotr szybko zamknął swój salon i zaprosił ją do swojego samochodu.
Pojechali razem.
Anka w obecności Piotra nie czuła się pewnie. Dość mętnie tłumaczyła
się, że dziewczynka musiała ponieść karę za to, że pobiła swoich przyrodnich
braci.
-
A gdzie Pani wtedy była? Półtoraroczne dzieci zostały pod opieką ośmiolatki? W
sądzie by się Pani nie wybroniła. – Jego stanowczy, głęboki głos budził u Anny
respekt. Nic już nie odpowiedziała.
*
Od
tej pory Julia jeździła do ojca raz na dwa, trzy miesiące, jeśli tylko ojcu się
o niej przypomniało. Zawsze z pobytu tam dziewczynka wracała rozdrażniona,
niegrzeczna, nieposłuszna. Potrafiła powiedzieć, że nie będzie sprzątać, bo u
ojca jest sprzątaczka. Biła dzieci na podwórku i w klasie, ciągle była w ruchu,
krzyczała, właziła w różne niebezpieczne miejsca, nie można było spuścić z niej
oka.
Julia
miała dziesięć lat, gdy Zuzanna urodziła syna, dziecko Piotra. Rafał urodził
się z zespołem Downa, wymagał bardzo dużo opieki, terapii. W tym samym czasie u
Julki zdiagnozowano bardzo ciężką postać adhd i Zespół Aspergera. Nikt nie
potrafił sobie z dziewczynką poradzić, do nowego brata też odnosiła się źle. W
domu swojego ojca słyszała, że nie powinna mieszkać z debilami.
Źle
się czuła w domu ojca i Anny, która kazała jej do siebie mówić mamo, żeby nie
zwracała się do niej inaczej niż trojaczki.
Nie chciała do niej mówić mamo. Będąc u ojca czuła się winna zdrady
wobec matki. Z kolei w domu też nie czuła się dobrze, matka przeżywała odejście
Piotra, który nie wytrzymał napięcia związanego z narodzinami bardzo chorego
dziecka, była w depresji. Dziewczyna była coraz bardziej agresywna,
nieposłuszna. Anka i Adrian wycofali się z zajmowania dziewczynką, ponieważ
uznali, że może demoralizować trojaczki.
Zuza
zajmowała się Rafałem, który wymagał ciągłej rehabilitacji, sprawiał wiele
trudności.
Julia
wyrosła na piękną dziewczynę – miała ciemną karnację swojego ojca i długie,
gęste, czarne włosy. Być może dlatego Zuza miała coraz mniej serca dla niej.
Była już w pierwszej gimnazjum. Nie liczyła się ze zdaniem matki, wychodziła z
domu, kiedy chciała, słuchała muzyki wtedy, kiedy miała ochotę, nie trafiały do
niej argumenty, że Rafał śpi.
-
To twój bachor, nie mój, mnie nie obchodzi. – odpowiadała.
Tamtego
wieczoru też wyszła z domu mimo protestów matki. Rafał miał gorączkę, niemal
cały czas płakał. Wykończona Zuza nie miała siły z nią walczyć. Po mniej więcej
dwóch godzinach odebrała telefon.
Tam
rzeczowy głos policjantki poinformował ją, że jej córka została przyłapana w
Arkadii na kradzieży i proponowaniu klientom nierządu. Zadzwoniła do Adriana.
Trzeba
przyznać, że zaskoczył ją. Przyjechał prawie natychmiast, nie opowiadając się
żonie. Nawet rzeczowo, bez emocji rozmawiał z Zuzą, ale niezbyt dyskretnie
odwracał wzrok od Rafałka. Widać było coś w rodzaju obrzydzenia w jego oczach.
-
Zabieram Julkę do siebie. – oznajmił nie pytając jej o zdanie. Nie miała siły
walczyć, zgodziła się.
*
Sezon
wakacyjny na szczęście jeszcze się nie rozpoczął. Anna rano odprowadziła
trojaczki do zerówki, potem zajęła się sprawdzaniem stanu pokoi przed
spodziewanym najazdem letników. Była zła, że Adrian zostawił ją z elektrykami i
hydraulikami, którzy mieli wykonać drobne naprawy. Z ulgą przyjęła znajomy
warkot silnika, a potem auto męża. To, co zobaczyła potem, ucieszyło ją
znacznie mniej.
-
Cześć, Anka! – Julka już dawno zapowiedziała, że nie będzie mówić do niej mamo,
ciocia z niej również żadna. W Annie zagotowało się. Rzuciła mężowi sztylet
zamiast spojrzenia.
-
Przepraszam, że Ci nie powiedziałem, ale wiedziałem, że tak zareagujesz. Nie
mogę pozwolić, aby dziewczyna stoczyła się całkiem.
-
Teraz o tym myślisz. Kiedyś ustąpiłeś, przypominam Ci. - jej pełen złości głos dźwięczał niczym
brzytwa;
-
Może głupio zrobiłem, ale teraz muszę stanąć na wysokości zadania. – próbował
się bronić.
-
Ja nie chcę mieć z nią nic wspólnego. – oznajmiła krótko tonem nie znoszącym
sprzeciwu i stukając obcasami udała się do biura, gdzie miała zamiar
uporządkować papiery.
Jak
już wiemy, państwo Goleccy byli jedynymi pracodawcami w Jasłowicach i okolicy. Dlatego
byli powszechnie szanowani. Tymczasem córka Adriana zaczęła wagarować, wdawać
się w bójki, popalać papierosy w szkolnej łazience. Dyrektor szkoły tolerował
wybryki Julki, ponieważ nie chciał się narazić jej ojcu, który był pracodawcą
jego żony i syna. Rodzice pozostałych uczniów też myśleli przede wszystkim o
tym, aby nie narazić się jej rodzicom. Państwo Toporowscy też przyjechali do
Jasłowic z Warszawy, oni swoją firmę prowadzili w terenie, nie byli zależni od
Goleckich. Gdy ich jedynaczka Ola zaczęła sprawiać problemy wychowawcze pod
wpływem Julii, ostro zareagowali. Dyrektor prosił tylko cicho Adriana, żeby coś
zrobił z córką, bo mogą być problemy.
Wtedy
po raz pierwszy Adrian pomyślał o tym, aby skontaktować się z psychologiem.
Wyszukał w internecie adres prywatnej poradni, która oferowała terapię rodzinną
także w domu klienta. Zostało mu jeszcze przekonanie Anki.
*
Zuzanna
natomiast borykała się z samotnym macierzyństwem chorego dziecka. Rafał często
chorował, robił się złośliwy, niegrzeczny, uciekał, niszczył wszystko w
mieszkaniu. Córka dzwoniła do niej coraz rzadziej. Widać zadomowiła się u ojca.
Piotr najwyraźniej zapomniał o tym, że ma syna, nie odzywa się. Gdyby nie pomoc
rodziców, Zuza żyłaby w nędzy. Ze względu na opiekę nad Rafałkiem nie mogła
podjąć żadnej pracy.
Kiedy
Rafał spał, leżała na łóżku i myślała o tym, co takiego się stało, że jest
sama, ma dwoje dzieci z różnymi mężczyznami, jedno daleko, drugie chore. I
dlaczego jest tak przeraźliwie sama.
Komentarze
Prześlij komentarz