Galeria

6.      Galeria
- Cześć mamo, mogę pójść z chłopakami na boisko? – zapytał Staś rzucając plecak przed pokoju;
- Cześć synku, tylko wróć, za godzinę będzie obiad! – Emilka oderwała wzrok od laptopa, na którym robiła rozliczenie działalności swojej galerii. Po depresji nie było już śladu, znów była szczęśliwa, chociaż bez męża. I miała wpływ na zachowanie syna… Po odpowiedniej terapii i stosowaniu właściwych leków, chłopak funkcjonował prawie normalnie. Prawie robi różnicę. A różnica polegała na tym, że do końca życia będzie musiał być pod opieką specjalistów i brać leki. Ale odkąd nie ma kontaktu z ojcem, ani z jego rodziną, jest spokojniejszy i potrafi zgodnie bawić się z innymi dziećmi.
            *
To był piękny ślub.  Odbył się w kościele w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą, było ponad dwa tysiące gości.  Emilka wyglądała ślicznie w białej, koronkowej sukni i długim welonie niesionym przez czwórkę dzieci, Konrad  równie pięknie w skrojonym na miarę garniturze od Versacze. Oboje młodzi, szczupli, wysocy. I bardzo w sobie zakochani. Wyglądali razem zjawiskowo.
Zakochali się na spływie kajakowym. Emilka była studentką Akademii Sztuk Pięknych, zamierzała być malarką, miała już na swoim koncie kilka sprzedanych obrazów. Znawcy twierdzili, że ma talent. Konrad właśnie skończył architekturę, był szczęściarzem, który dostał pracę w dość dobrym biurze projektowym i miał na koncie pierwsze sukcesy. O nim też mówili, że ma talent. Przyszłość przed nimi była kolorowa. Obie rodziny wspólnie się złożyły i kupiły młodym mieszkanie w warszawskim Wilanowie.
Dwa lata po ślubie urodził się wymarzony i upragniony, oczekiwany syn. Otrzymał imię po dziadku – Stanisław.
Emilka przez całą ciążę była bardzo twórcza, namalowała chyba więcej obrazów niż przez poprzednie lata, większość udało się umieścić w renomowanych galeriach, a kilka zostawiła sobie, myśląc o założeniu własnej galerii. Narodziny syna nie pozbawiły jej pasji. Malowała między jednym karmieniem a drugim, po ułożeniu dziecka spać. Może malowanie jednego dzieła nieco się wydłużało, ale i tak niezwykła wena twórcza dodawała jej sił i chęci do życia. Synek  przestał być noworodkiem,  powoli zaczynał kontaktować się z matką i resztą świata, wyrastał na zdolnego (po rodzicach) plastycznie chłopca.
- Mamo, kupisz mi nową komórkę? – zapytało dziecko pewnego dnia. Emilia oczywiście kupiła, chociaż poprzednia miała zaledwie trzy miesiące. Ale wtedy zdała sobie sprawę, że nie potrafi chłopcu odmówić.
A dziecko potrafiło okręcić ją sobie wokół palca, tłumacząc, że nowa gra jest niezbędna, bo bez niej nie może osiągnąć wyższego levelu. A to byłaby jego życiowa porażka, albo musi pójść na podwórko, bo pani kazała ćwiczyć bieganie, bo on chce brać udział w zawodach. Kiedy prosił w sklepie o lizaka, batonika przybierał taką minę, że postronni świadkowie byli gotowi uwierzyć, że głodzi dziecko i zmusić ją do kupienia. Najlepsze były starsze panie oferujące:
- Pani się nie martwi, ja mu kupię tego batonika,  co pani będzie głodne dziecko trzymać.
Strach przed zwróceniem na siebie publicznej uwagi był większy niż świadomość wychowawcza naszej artystki. Co gorsza, nie była w stanie wyegzekwować od dziecka jego obowiązków szkolnych. Nie było mowy o odrabianiu lekcji, gdy mały twórca miał akurat wenę na malowanie. Gdy raz gwałtownie zażądała od  syna zajęcia się pracą domową, dostała od niego w twarz.
Konrad, kiedy to usłyszał, roześmiał się:
- No co ty, synku, matkę bijesz? Ogarnij się!
Do żony powiedział:
- Przestań histeryzować, to siedmioletnie dziecko.
Młody architekt był akurat na etapie tworzenia własnego biura projektowego, spędzał w pracy kilkanaście godzin dziennie.  W domu oczekiwał spokoju i zaspokojenia swoich potrzeb. Problemów wychowawczych starał się nie zauważać.
- Konrad, pójdziesz ze mną do szkoły, jutro rano? – zapytała Emilka
- A po co? – mąż odpowiedział jej pytaniem znad talerza zupy ogórkowej;
- Bo pani Domicka chce porozmawiać o zachowaniu Stasia w szkole – wyjaśniła.
Poszli. To, co usłyszeli, przerosło ich największe obawy. Wychowawczyni, wspólnie z panią pedagog Dominiką Jasińską poprosiły do gabinetu ku zdziwieniu obojga, najpierw pana Konrada.
- Panie Konradzie, ja wiem, że nasza rozmowa może być dla pana trudna, ale zapewniam, że jesteśmy po pana stronie – zaczęła delikatnie pedagog;
- Nie rozumiem – Konrad, kompletnie zdezorientowany, zaczął dudnić palcami o biurko;
- Proszę się nie denerwować. Staś nam opowiedział, jaką gehennę przeżywa pan w domu – powiedziała pani Kasia
- Słucham? – tu ojciec Stasia nie wytrzymał, podniósł się z krzesła, opierając prawą dłoń na biurku, za którym siedziały obie kobiety nachylił się w ich stronę.
- O czym panie do jasnej cholery mówią? – zapytał grzmiącym głosem
- Proszę się uspokoić. Staś mówił, że żona pana bije, dokucza panu na wiele sposobów.
Konrad był w szoku. Nauczycielki patrzyły na niego jak na ofiarę przemocy, która wstydzi się przyznać. A to był wielki cios dla jego męskiej dumy. Przecież on swoją żonę odepchnąłby małym palcem, gdyby przyszło jej do głowy podnieść na niego rękę. Zdał sobie sprawę, że nie wie, czy ta rozmowa bardziej go śmieszy, czy wkurza.
Próbował porozmawiać o tym z synem, zapytać dlaczego opowiada w szkole takie farmazony. Dziecko odpowiedziało krótko:
- Dla jaj.
Wkrótce znów zostali wezwani do szkoły, okazało się, że Stanisław ciągle bije dzieci, ostatnio bardzo dotkliwie pobił kolegę, którego rodzice zgłosili sprawę na policję.  Zaczęły się problemy z prawem, rodzinie przyznano kuratora. Przyszła może dwudziestoletnia dziewczyna i zapytała, czy Stasiek chodzi do szkoły, czy jest bity w domu, uzyskawszy właściwe odpowiedzi rozejrzała się po mieszkaniu i poszła. A problemy z dzieckiem zostały. Nauczyciele dzwonili do Emilii z coraz dziwniejszymi pytaniami:
- Dlaczego dziś nie dała dziecku śniadania? (przecież dostał serek, kanapkę, banana i dwie butelki wody do picia)
- Dlaczego nie pozwoliła mu spać do północy? (przecież od dwudziestej walczyła z nim, aby się położył)
- Dlaczego schowała mu skarpetki i musiał przyjść do szkoły z gołymi nogami? (Przecież jak co wieczór przygotowała mu kompletne ubranie na jutro)
Konrad coraz bardziej wycofywał się z domu, Emilka zaczęła podejrzewać, że jest zdradzana, ale nie miała siły się tym zajmować. Za namową nauczycieli zgodziła się pójść z synem na badania. Okazało się, że Staś cierpi na schizofrenię dziecięcą, stąd jego skłonność do konfabulacji, poza tym jest nadpobudliwy, oraz ma zespół Aspergera. Czyli najbardziej szokująca mieszanka, jaką można sobie wyobrazić. Lekarz zalecił obserwację w szpitalu, próbowała rozmawiać o tym z mężem.
- Co robimy? – zapytała;
- Ja wyjeżdżam do Francji. – oznajmił krótko;

Emilka długo płakała. Potem udała się do specjalisty, który stwierdził u niej ciężką depresję. Nie chciała patrzeć na Stasia, oddała go do szkoły z internatem. Postanowiła wrócić do pomysłu założenia własnej galerii. Za pieniądze, które na odchodnym dostała od męża, kupiła niewielkie pomieszczenie w centrum, gdzie umieściła swoje dzieła i zaczęła je sprzedawać. Zaczęła tworzyć nowe. To miała być autoterapia. 

Komentarze