Grunt to rodzinka

                                             12. Grunt to rodzinka!
W niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem ) zdrowych.
Zosia była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata, w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena, sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin, którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
                                                    *
Helena Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem. Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się do góry nogami.
Otóż ćwicząc niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści, usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna poznała prawdę.  Wtedy nadstawiła ucha i dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili.  Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach.  Osobę tę znała z różnych programów telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”, który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu powodów. 
Kiedy zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie do programu.
Dziewczyna z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
- Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
- Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała redaktorka.
Stali tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna, jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
- To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale nie są sprawdzone.
Szczęście dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala, zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na jego towarzyszkę.
Tuż przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat, Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca, męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu „Odnalezieni”.
Pani Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową. Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się trzech chłopców.
- Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia, nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
- A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
- A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni chyba oddawali gdzieś te dzieci.
- A wie Pani, ile tych dzieci było?
- Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak do  niej chodził, a tuż po jego wyjeździe urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z nimi zrobili.
Sytuacja zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę, dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską  placówkę.  Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki poszedł swoją drogą.
Bogdan po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
- Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny bardzo go zaintrygowały.
Stał tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze z paskami, nieco zarośnięty.
- Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa blondynka.
- Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie rozumiał.
- Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest córką twojej matki.
- Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach pojawiły się niesamowite iskierki.
- Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i wyrazisz zgodę.
- Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe  życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie. W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało, bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan, wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety, ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy, kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba przynależności.
Nie, nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek, ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła jego komórka.
- Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
- Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
- Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd nuty w mowie brata;
- To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na modlitwie.
Adam Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię. Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum, dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami ludzkimi.
Podczas studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej. Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych życiowego optymizmu psychologów.  Jedyna, konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem. A tu posada w szkole…
Na początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
- Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej. Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat. Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne, maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z Adamem może być tak samo.
Przywitali się bez nadmiernej czułości.
- Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
- Po Bożemu, braciszku, a ty?
- Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do Afryki.
- No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
- Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział Bogdan poważnie;
- Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
- Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny. Adam  również był zaskoczony wiadomością.
- Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało tak jak jest.
- No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
- Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję zmian. Niedługo się żenię.
- Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
- Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.  Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
- To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
- Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą, a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
- Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt nic o nich nie wiedział.
Z pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
                                              *
Maria Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił telefon.
- Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam z panią Marią Kwiatkowską? –
No cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie pojawiło jej się.
Spotkały się następnego dnia.
- Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za kamerami.
- A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w średnim wieku .
- Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
- Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z programem.
- Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
- Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe. Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w tym samym miejscu.
                                           

                                                                     *

Doktor Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się, kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć. Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci, niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
- Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
- Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.

Dowiedział się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog, to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina, no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne. Postanowił, że pojedzie na to spotkanie.                                             12. Grunt to rodzinka!
W niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem ) zdrowych.
Zosia była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata, w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena, sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin, którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
                                                    *
Helena Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem. Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się do góry nogami.
Otóż ćwicząc niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści, usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna poznała prawdę.  Wtedy nadstawiła ucha i dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili.  Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach.  Osobę tę znała z różnych programów telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”, który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu powodów. 
Kiedy zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie do programu.
Dziewczyna z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
- Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
- Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała redaktorka.
Stali tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna, jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
- To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale nie są sprawdzone.
Szczęście dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala, zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na jego towarzyszkę.
Tuż przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat, Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca, męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu „Odnalezieni”.
Pani Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową. Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się trzech chłopców.
- Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia, nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
- A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
- A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni chyba oddawali gdzieś te dzieci.
- A wie Pani, ile tych dzieci było?
- Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak do  niej chodził, a tuż po jego wyjeździe urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z nimi zrobili.
Sytuacja zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę, dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską  placówkę.  Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki poszedł swoją drogą.
Bogdan po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
- Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny bardzo go zaintrygowały.
Stał tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze z paskami, nieco zarośnięty.
- Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa blondynka.
- Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie rozumiał.
- Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest córką twojej matki.
- Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach pojawiły się niesamowite iskierki.
- Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i wyrazisz zgodę.
- Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe  życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie. W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało, bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan, wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety, ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy, kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba przynależności.
Nie, nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek, ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła jego komórka.
- Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
- Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
- Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd nuty w mowie brata;
- To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na modlitwie.
Adam Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię. Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum, dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami ludzkimi.
Podczas studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej. Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych życiowego optymizmu psychologów.  Jedyna, konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem. A tu posada w szkole…
Na początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
- Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej. Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat. Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne, maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z Adamem może być tak samo.
Przywitali się bez nadmiernej czułości.
- Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
- Po Bożemu, braciszku, a ty?
- Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do Afryki.
- No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
- Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział Bogdan poważnie;
- Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
- Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny. Adam  również był zaskoczony wiadomością.
- Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało tak jak jest.
- No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
- Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję zmian. Niedługo się żenię.
- Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
- Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.  Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
- To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
- Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą, a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
- Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt nic o nich nie wiedział.
Z pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
                                              *
Maria Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił telefon.
- Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam z panią Marią Kwiatkowską? –
No cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie pojawiło jej się.
Spotkały się następnego dnia.
- Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za kamerami.
- A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w średnim wieku .
- Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
- Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z programem.
- Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
- Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe. Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w tym samym miejscu.
                                           

                                                                     *

Doktor Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się, kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć. Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci, niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
- Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
- Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog, to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina, no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne. Postanowił, że pojedzie na to spotkanie.                                             12. Grunt to rodzinka!
W niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem ) zdrowych.
Zosia była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata, w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena, sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin, którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
                                                    *
Helena Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem. Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się do góry nogami.
Otóż ćwicząc niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści, usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna poznała prawdę.  Wtedy nadstawiła ucha i dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili.  Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach.  Osobę tę znała z różnych programów telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”, który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu powodów. 
Kiedy zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie do programu.
Dziewczyna z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
- Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
- Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała redaktorka.
Stali tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna, jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
- To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale nie są sprawdzone.
Szczęście dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala, zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na jego towarzyszkę.
Tuż przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat, Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca, męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu „Odnalezieni”.
Pani Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową. Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się trzech chłopców.
- Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia, nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
- A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
- A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni chyba oddawali gdzieś te dzieci.
- A wie Pani, ile tych dzieci było?
- Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak do  niej chodził, a tuż po jego wyjeździe urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z nimi zrobili.
Sytuacja zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę, dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską  placówkę.  Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki poszedł swoją drogą.
Bogdan po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
- Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny bardzo go zaintrygowały.
Stał tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze z paskami, nieco zarośnięty.
- Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa blondynka.
- Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie rozumiał.
- Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest córką twojej matki.
- Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach pojawiły się niesamowite iskierki.
- Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i wyrazisz zgodę.
- Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe  życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie. W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało, bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan, wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety, ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy, kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba przynależności.
Nie, nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek, ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła jego komórka.
- Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
- Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
- Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd nuty w mowie brata;
- To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na modlitwie.
Adam Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię. Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum, dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami ludzkimi.
Podczas studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej. Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych życiowego optymizmu psychologów.  Jedyna, konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem. A tu posada w szkole…
Na początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
- Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej. Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat. Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne, maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z Adamem może być tak samo.
Przywitali się bez nadmiernej czułości.
- Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
- Po Bożemu, braciszku, a ty?
- Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do Afryki.
- No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
- Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział Bogdan poważnie;
- Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
- Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny. Adam  również był zaskoczony wiadomością.
- Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało tak jak jest.
- No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
- Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję zmian. Niedługo się żenię.
- Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
- Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.  Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
- To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
- Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą, a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
- Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt nic o nich nie wiedział.
Z pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
                                              *
Maria Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił telefon.
- Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam z panią Marią Kwiatkowską? –
No cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie pojawiło jej się.
Spotkały się następnego dnia.
- Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za kamerami.
- A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w średnim wieku .
- Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
- Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z programem.
- Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
- Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe. Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w tym samym miejscu.
                                           

                                                                     *

Doktor Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się, kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć. Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci, niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
- Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
- Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog, to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina, no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne. Postanowił, że pojedzie na to spotkanie.                                             12. Grunt to rodzinka!
W niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem ) zdrowych.
Zosia była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata, w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena, sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin, którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
                                                    *
Helena Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem. Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się do góry nogami.
Otóż ćwicząc niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści, usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna poznała prawdę.  Wtedy nadstawiła ucha i dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili.  Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach.  Osobę tę znała z różnych programów telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”, który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu powodów. 
Kiedy zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie do programu.
Dziewczyna z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
- Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
- Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała redaktorka.
Stali tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna, jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
- To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale nie są sprawdzone.
Szczęście dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala, zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na jego towarzyszkę.
Tuż przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat, Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca, męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu „Odnalezieni”.
Pani Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową. Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się trzech chłopców.
- Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia, nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
- A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
- A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni chyba oddawali gdzieś te dzieci.
- A wie Pani, ile tych dzieci było?
- Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak do  niej chodził, a tuż po jego wyjeździe urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z nimi zrobili.
Sytuacja zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę, dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską  placówkę.  Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki poszedł swoją drogą.
Bogdan po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
- Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny bardzo go zaintrygowały.
Stał tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze z paskami, nieco zarośnięty.
- Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa blondynka.
- Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie rozumiał.
- Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest córką twojej matki.
- Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach pojawiły się niesamowite iskierki.
- Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i wyrazisz zgodę.
- Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe  życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie. W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało, bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan, wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety, ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy, kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba przynależności.
Nie, nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek, ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła jego komórka.
- Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
- Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
- Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd nuty w mowie brata;
- To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na modlitwie.
Adam Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię. Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum, dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami ludzkimi.
Podczas studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej. Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych życiowego optymizmu psychologów.  Jedyna, konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem. A tu posada w szkole…
Na początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
- Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej. Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat. Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne, maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z Adamem może być tak samo.
Przywitali się bez nadmiernej czułości.
- Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
- Po Bożemu, braciszku, a ty?
- Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do Afryki.
- No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
- Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział Bogdan poważnie;
- Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
- Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny. Adam  również był zaskoczony wiadomością.
- Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało tak jak jest.
- No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
- Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję zmian. Niedługo się żenię.
- Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
- Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.  Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
- To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
- Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą, a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
- Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt nic o nich nie wiedział.
Z pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
                                              *
Maria Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił telefon.
- Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam z panią Marią Kwiatkowską? –
No cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie pojawiło jej się.
Spotkały się następnego dnia.
- Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za kamerami.
- A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w średnim wieku .
- Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
- Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z programem.
- Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
- Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe. Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w tym samym miejscu.
                                           

                                                                     *

Doktor Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się, kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć. Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci, niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
- Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
- Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog, to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina, no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne. Postanowił, że pojedzie na to spotkanie.                                             12. Grunt to rodzinka!
W niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem ) zdrowych.
Zosia była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata, w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena, sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin, którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
                                                    *
Helena Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem. Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się do góry nogami.
Otóż ćwicząc niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści, usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna poznała prawdę.  Wtedy nadstawiła ucha i dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili.  Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach.  Osobę tę znała z różnych programów telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”, który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu powodów. 
Kiedy zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie do programu.
Dziewczyna z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
- Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
- Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała redaktorka.
Stali tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna, jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
- To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale nie są sprawdzone.
Szczęście dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala, zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na jego towarzyszkę.
Tuż przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat, Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca, męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu „Odnalezieni”.
Pani Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową. Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się trzech chłopców.
- Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia, nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
- A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
- A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni chyba oddawali gdzieś te dzieci.
- A wie Pani, ile tych dzieci było?
- Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak do  niej chodził, a tuż po jego wyjeździe urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z nimi zrobili.
Sytuacja zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę, dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską  placówkę.  Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki poszedł swoją drogą.
Bogdan po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
- Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny bardzo go zaintrygowały.
Stał tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze z paskami, nieco zarośnięty.
- Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa blondynka.
- Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie rozumiał.
- Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest córką twojej matki.
- Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach pojawiły się niesamowite iskierki.
- Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i wyrazisz zgodę.
- Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe  życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie. W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało, bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan, wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety, ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy, kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba przynależności.
Nie, nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek, ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła jego komórka.
- Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
- Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
- Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd nuty w mowie brata;
- To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na modlitwie.
Adam Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię. Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum, dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami ludzkimi.
Podczas studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej. Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych życiowego optymizmu psychologów.  Jedyna, konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem. A tu posada w szkole…
Na początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
- Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej. Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat. Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne, maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z Adamem może być tak samo.
Przywitali się bez nadmiernej czułości.
- Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
- Po Bożemu, braciszku, a ty?
- Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do Afryki.
- No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
- Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział Bogdan poważnie;
- Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
- Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny. Adam  również był zaskoczony wiadomością.
- Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało tak jak jest.
- No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
- Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję zmian. Niedługo się żenię.
- Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
- Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.  Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
- To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
- Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą, a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
- Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt nic o nich nie wiedział.
Z pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
                                              *
Maria Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił telefon.
- Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam z panią Marią Kwiatkowską? –
No cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie pojawiło jej się.
Spotkały się następnego dnia.
- Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za kamerami.
- A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w średnim wieku .
- Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
- Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z programem.
- Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
- Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe. Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w tym samym miejscu.
                                           

                                                                     *

Doktor Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się, kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć. Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci, niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
- Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
- Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog, to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina, no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne. Postanowił, że pojedzie na to spotkanie.                                             12. Grunt to rodzinka!
W niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem ) zdrowych.
Zosia była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata, w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena, sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin, którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
                                                    *
Helena Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem. Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się do góry nogami.
Otóż ćwicząc niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści, usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna poznała prawdę.  Wtedy nadstawiła ucha i dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili.  Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach.  Osobę tę znała z różnych programów telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”, który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu powodów. 
Kiedy zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie do programu.
Dziewczyna z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
- Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
- Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała redaktorka.
Stali tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna, jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
- To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale nie są sprawdzone.
Szczęście dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala, zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na jego towarzyszkę.
Tuż przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat, Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca, męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu „Odnalezieni”.
Pani Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową. Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się trzech chłopców.
- Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia, nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
- A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
- A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni chyba oddawali gdzieś te dzieci.
- A wie Pani, ile tych dzieci było?
- Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak do  niej chodził, a tuż po jego wyjeździe urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z nimi zrobili.
Sytuacja zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę, dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską  placówkę.  Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki poszedł swoją drogą.
Bogdan po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
- Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny bardzo go zaintrygowały.
Stał tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze z paskami, nieco zarośnięty.
- Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa blondynka.
- Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie rozumiał.
- Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest córką twojej matki.
- Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach pojawiły się niesamowite iskierki.
- Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i wyrazisz zgodę.
- Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe  życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie. W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało, bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan, wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety, ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy, kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba przynależności.
Nie, nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek, ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła jego komórka.
- Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
- Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
- Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd nuty w mowie brata;
- To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na modlitwie.
Adam Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię. Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum, dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami ludzkimi.
Podczas studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej. Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych życiowego optymizmu psychologów.  Jedyna, konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem. A tu posada w szkole…
Na początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
- Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej. Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat. Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne, maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z Adamem może być tak samo.
Przywitali się bez nadmiernej czułości.
- Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
- Po Bożemu, braciszku, a ty?
- Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do Afryki.
- No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
- Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział Bogdan poważnie;
- Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
- Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny. Adam  również był zaskoczony wiadomością.
- Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało tak jak jest.
- No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
- Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję zmian. Niedługo się żenię.
- Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
- Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.  Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
- To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
- Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą, a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
- Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt nic o nich nie wiedział.
Z pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
                                              *
Maria Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił telefon.
- Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam z panią Marią Kwiatkowską? –
No cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie pojawiło jej się.
Spotkały się następnego dnia.
- Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za kamerami.
- A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w średnim wieku .
- Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
- Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z programem.
- Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
- Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe. Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w tym samym miejscu.
                                           

                                                                     *

Doktor Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się, kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć. Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci, niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
- Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
- Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog, to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina, no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne. Postanowił, że pojedzie na to spotkanie.                                             12. Grunt to rodzinka!
W niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem ) zdrowych.
Zosia była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata, w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena, sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin, którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
                                                    *
Helena Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem. Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się do góry nogami.
Otóż ćwicząc niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści, usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna poznała prawdę.  Wtedy nadstawiła ucha i dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili.  Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach.  Osobę tę znała z różnych programów telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”, który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu powodów. 
Kiedy zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie do programu.
Dziewczyna z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
- Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
- Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała redaktorka.
Stali tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna, jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
- To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale nie są sprawdzone.
Szczęście dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala, zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na jego towarzyszkę.
Tuż przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat, Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca, męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu „Odnalezieni”.
Pani Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową. Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się trzech chłopców.
- Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia, nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
- A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
- A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni chyba oddawali gdzieś te dzieci.
- A wie Pani, ile tych dzieci było?
- Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak do  niej chodził, a tuż po jego wyjeździe urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z nimi zrobili.
Sytuacja zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę, dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską  placówkę.  Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki poszedł swoją drogą.
Bogdan po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
- Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny bardzo go zaintrygowały.
Stał tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze z paskami, nieco zarośnięty.
- Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa blondynka.
- Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie rozumiał.
- Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest córką twojej matki.
- Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach pojawiły się niesamowite iskierki.
- Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i wyrazisz zgodę.
- Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe  życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie. W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało, bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan, wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety, ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy, kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba przynależności.
Nie, nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek, ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła jego komórka.
- Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
- Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
- Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd nuty w mowie brata;
- To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na modlitwie.
Adam Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię. Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum, dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami ludzkimi.
Podczas studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej. Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych życiowego optymizmu psychologów.  Jedyna, konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem. A tu posada w szkole…
Na początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
- Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej. Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat. Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne, maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z Adamem może być tak samo.
Przywitali się bez nadmiernej czułości.
- Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
- Po Bożemu, braciszku, a ty?
- Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do Afryki.
- No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
- Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział Bogdan poważnie;
- Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
- Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny. Adam  również był zaskoczony wiadomością.
- Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało tak jak jest.
- No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
- Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję zmian. Niedługo się żenię.
- Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
- Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.  Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
- To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
- Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą, a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
- Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt nic o nich nie wiedział.
Z pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
                                              *
Maria Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił telefon.
- Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam z panią Marią Kwiatkowską? –
No cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie pojawiło jej się.
Spotkały się następnego dnia.
- Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za kamerami.
- A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w średnim wieku .
- Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
- Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z programem.
- Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
- Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe. Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w tym samym miejscu.
                                           

                                                                     *

Doktor Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się, kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć. Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci, niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
- Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
- Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog, to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina, no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne. Postanowił, że pojedzie na to spotkanie.

Komentarze