Grunt to rodzinka
12.
Grunt to rodzinka!
W
niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt
dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu
lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich
sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny
naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla
sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu
prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem )
zdrowych.
Zosia
była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad
osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego
życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie
była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie
sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne
życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez
ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym
mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie
mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata,
w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna
uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi
Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów
programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena,
sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez
dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało
się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej
najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin,
którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko
Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
*
Helena
Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na
warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą
Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem.
Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie
gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego
kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się
do góry nogami.
Otóż ćwicząc
niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i
różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści,
usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą
Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to
dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie
zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna
poznała prawdę. Wtedy nadstawiła ucha i
dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie
im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili. Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna
połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie
wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej
miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli
jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy
nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale
dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych
zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach. Osobę tę znała z różnych programów
telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w
jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”,
który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu
powodów.
Kiedy
zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie
podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani
Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała
wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie
do programu.
Dziewczyna
z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do
powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
-
Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi
Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie
przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu
ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce
podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły
brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach
małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
-
Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała
redaktorka.
Stali
tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna,
jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku
odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
-
To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale
nie są sprawdzone.
Szczęście
dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala,
zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką
ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na
jego towarzyszkę.
Tuż
przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat,
Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo
Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od
Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca,
męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z
powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas
obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę
Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy
weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś
takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła
się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego
życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na
wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej
ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego
matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu
dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu
„Odnalezieni”.
Pani
Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową.
Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze
świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się
trzech chłopców.
-
Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu
czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w
okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia,
nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
-
A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
-
A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni
chyba oddawali gdzieś te dzieci.
-
A wie Pani, ile tych dzieci było?
-
Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak
do niej chodził, a tuż po jego wyjeździe
urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z
nimi zrobili.
Sytuacja
zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie
mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan
odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę,
dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował
się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską placówkę.
Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu
przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się
ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało
się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od
czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki
poszedł swoją drogą.
Bogdan
po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
-
Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu
ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny
bardzo go zaintrygowały.
Stał
tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze
z paskami, nieco zarośnięty.
-
Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa
blondynka.
-
Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie
rozumiał.
-
Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych
rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała
się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest
córką twojej matki.
-
Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach
pojawiły się niesamowite iskierki.
-
Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i
wyrazisz zgodę.
-
Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie.
W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało,
bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas
połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził
zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec
Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za
nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i
ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie
nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan,
wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas
pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety,
ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na
dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał
specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie
miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy,
kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba
przynależności.
Nie,
nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą
ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o
to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek,
ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do
matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt
nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A
z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby
lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła
jego komórka.
-
Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
-
Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę
przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
-
Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd
nuty w mowie brata;
-
To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan
poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie
niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na
modlitwie.
Adam
Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię.
Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki
braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum,
dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie
siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami
ludzkimi.
Podczas
studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej.
Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że
wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych
życiowego optymizmu psychologów. Jedyna,
konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada
psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju
dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego
w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem.
A tu posada w szkole…
Na
początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na
nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
-
Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są
problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej.
Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która
przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą
na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat.
Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go
miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie
w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon
od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi
bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz
żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł
czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że
jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan
od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do
szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał
przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich
szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co
ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą
dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy
przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą
bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był
nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne,
maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym
mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z
Adamem może być tak samo.
Przywitali
się bez nadmiernej czułości.
-
Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
-
Po Bożemu, braciszku, a ty?
-
Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do
Afryki.
-
No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
-
Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział
Bogdan poważnie;
-
Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład
myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni
do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali
się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
-
Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny.
Adam również był zaskoczony wiadomością.
-
Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało
tak jak jest.
-
No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
-
Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś
przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję
zmian. Niedługo się żenię.
-
Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
-
Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.
Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
-
To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać
siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
-
Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i
udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie
nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze
wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale
również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które
zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do
redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po
śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od
ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić
korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą,
a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było
podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania
została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego
domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała
identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w
dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania
programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop
znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok
mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z
kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur
był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała
prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
-
Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale
ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę
dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To
było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę
wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam
informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt
nic o nich nie wiedział.
Z
pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W
różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent
show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która
przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w
warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na
niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła
skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie
od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po
śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej
szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją
siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
*
Maria
Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie
mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił
telefon.
-
Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam
z panią Marią Kwiatkowską? –
No
cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli
przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama
niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie
pojawiło jej się.
Spotkały
się następnego dnia.
-
Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła
dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za
kamerami.
-
A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w
średnim wieku .
-
Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych
powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
-
Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z
programem.
-
Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
-
Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa
nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc
niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak
w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe.
Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go
na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W
domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres
rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w
tym samym miejscu.
*
Doktor
Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu
wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu
to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od
życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na
medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się,
kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie
miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć.
Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce
się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci,
niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do
domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze
wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed
spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
-
Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
-
Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił
przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy
uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać
z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział
się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej
psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog,
to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina,
no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z
podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne.
Postanowił, że pojedzie na to spotkanie. 12.
Grunt to rodzinka!
W
niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt
dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu
lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich
sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny
naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla
sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu
prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem )
zdrowych.
Zosia
była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad
osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego
życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie
była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie
sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne
życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez
ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym
mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie
mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata,
w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna
uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi
Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów
programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena,
sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez
dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało
się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej
najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin,
którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko
Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
*
Helena
Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na
warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą
Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem.
Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie
gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego
kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się
do góry nogami.
Otóż ćwicząc
niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i
różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści,
usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą
Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to
dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie
zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna
poznała prawdę. Wtedy nadstawiła ucha i
dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie
im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili. Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna
połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie
wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej
miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli
jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy
nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale
dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych
zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach. Osobę tę znała z różnych programów
telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w
jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”,
który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu
powodów.
Kiedy
zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie
podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani
Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała
wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie
do programu.
Dziewczyna
z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do
powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
-
Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi
Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie
przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu
ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce
podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły
brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach
małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
-
Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała
redaktorka.
Stali
tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna,
jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku
odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
-
To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale
nie są sprawdzone.
Szczęście
dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala,
zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką
ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na
jego towarzyszkę.
Tuż
przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat,
Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo
Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od
Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca,
męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z
powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas
obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę
Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy
weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś
takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła
się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego
życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na
wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej
ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego
matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu
dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu
„Odnalezieni”.
Pani
Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową.
Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze
świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się
trzech chłopców.
-
Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu
czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w
okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia,
nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
-
A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
-
A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni
chyba oddawali gdzieś te dzieci.
-
A wie Pani, ile tych dzieci było?
-
Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak
do niej chodził, a tuż po jego wyjeździe
urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z
nimi zrobili.
Sytuacja
zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie
mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan
odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę,
dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował
się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską placówkę.
Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu
przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się
ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało
się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od
czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki
poszedł swoją drogą.
Bogdan
po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
-
Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu
ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny
bardzo go zaintrygowały.
Stał
tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze
z paskami, nieco zarośnięty.
-
Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa
blondynka.
-
Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie
rozumiał.
-
Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych
rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała
się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest
córką twojej matki.
-
Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach
pojawiły się niesamowite iskierki.
-
Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i
wyrazisz zgodę.
-
Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie.
W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało,
bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas
połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził
zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec
Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za
nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i
ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie
nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan,
wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas
pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety,
ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na
dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał
specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie
miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy,
kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba
przynależności.
Nie,
nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą
ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o
to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek,
ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do
matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt
nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A
z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby
lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła
jego komórka.
-
Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
-
Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę
przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
-
Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd
nuty w mowie brata;
-
To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan
poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie
niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na
modlitwie.
Adam
Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię.
Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki
braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum,
dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie
siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami
ludzkimi.
Podczas
studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej.
Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że
wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych
życiowego optymizmu psychologów. Jedyna,
konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada
psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju
dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego
w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem.
A tu posada w szkole…
Na
początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na
nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
-
Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są
problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej.
Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która
przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą
na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat.
Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go
miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie
w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon
od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi
bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz
żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł
czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że
jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan
od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do
szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał
przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich
szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co
ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą
dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy
przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą
bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był
nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne,
maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym
mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z
Adamem może być tak samo.
Przywitali
się bez nadmiernej czułości.
-
Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
-
Po Bożemu, braciszku, a ty?
-
Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do
Afryki.
-
No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
-
Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział
Bogdan poważnie;
-
Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład
myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni
do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali
się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
-
Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny.
Adam również był zaskoczony wiadomością.
-
Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało
tak jak jest.
-
No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
-
Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś
przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję
zmian. Niedługo się żenię.
-
Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
-
Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.
Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
-
To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać
siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
-
Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i
udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie
nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze
wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale
również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które
zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do
redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po
śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od
ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić
korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą,
a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było
podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania
została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego
domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała
identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w
dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania
programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop
znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok
mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z
kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur
był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała
prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
-
Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale
ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę
dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To
było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę
wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam
informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt
nic o nich nie wiedział.
Z
pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W
różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent
show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która
przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w
warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na
niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła
skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie
od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po
śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej
szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją
siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
*
Maria
Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie
mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił
telefon.
-
Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam
z panią Marią Kwiatkowską? –
No
cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli
przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama
niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie
pojawiło jej się.
Spotkały
się następnego dnia.
-
Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła
dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za
kamerami.
-
A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w
średnim wieku .
-
Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych
powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
-
Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z
programem.
-
Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
-
Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa
nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc
niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak
w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe.
Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go
na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W
domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres
rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w
tym samym miejscu.
*
Doktor
Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu
wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu
to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od
życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na
medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się,
kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie
miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć.
Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce
się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci,
niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do
domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze
wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed
spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
-
Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
-
Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił
przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy
uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać
z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział
się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej
psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog,
to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina,
no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z
podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne.
Postanowił, że pojedzie na to spotkanie. 12.
Grunt to rodzinka!
W
niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt
dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu
lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich
sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny
naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla
sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu
prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem )
zdrowych.
Zosia
była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad
osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego
życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie
była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie
sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne
życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez
ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym
mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie
mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata,
w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna
uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi
Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów
programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena,
sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez
dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało
się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej
najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin,
którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko
Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
*
Helena
Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na
warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą
Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem.
Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie
gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego
kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się
do góry nogami.
Otóż ćwicząc
niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i
różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści,
usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą
Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to
dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie
zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna
poznała prawdę. Wtedy nadstawiła ucha i
dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie
im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili. Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna
połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie
wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej
miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli
jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy
nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale
dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych
zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach. Osobę tę znała z różnych programów
telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w
jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”,
który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu
powodów.
Kiedy
zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie
podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani
Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała
wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie
do programu.
Dziewczyna
z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do
powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
-
Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi
Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie
przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu
ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce
podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły
brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach
małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
-
Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała
redaktorka.
Stali
tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna,
jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku
odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
-
To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale
nie są sprawdzone.
Szczęście
dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala,
zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką
ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na
jego towarzyszkę.
Tuż
przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat,
Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo
Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od
Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca,
męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z
powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas
obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę
Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy
weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś
takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła
się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego
życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na
wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej
ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego
matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu
dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu
„Odnalezieni”.
Pani
Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową.
Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze
świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się
trzech chłopców.
-
Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu
czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w
okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia,
nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
-
A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
-
A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni
chyba oddawali gdzieś te dzieci.
-
A wie Pani, ile tych dzieci było?
-
Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak
do niej chodził, a tuż po jego wyjeździe
urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z
nimi zrobili.
Sytuacja
zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie
mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan
odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę,
dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował
się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską placówkę.
Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu
przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się
ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało
się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od
czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki
poszedł swoją drogą.
Bogdan
po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
-
Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu
ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny
bardzo go zaintrygowały.
Stał
tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze
z paskami, nieco zarośnięty.
-
Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa
blondynka.
-
Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie
rozumiał.
-
Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych
rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała
się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest
córką twojej matki.
-
Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach
pojawiły się niesamowite iskierki.
-
Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i
wyrazisz zgodę.
-
Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie.
W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało,
bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas
połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził
zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec
Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za
nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i
ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie
nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan,
wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas
pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety,
ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na
dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał
specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie
miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy,
kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba
przynależności.
Nie,
nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą
ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o
to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek,
ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do
matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt
nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A
z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby
lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła
jego komórka.
-
Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
-
Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę
przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
-
Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd
nuty w mowie brata;
-
To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan
poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie
niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na
modlitwie.
Adam
Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię.
Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki
braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum,
dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie
siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami
ludzkimi.
Podczas
studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej.
Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że
wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych
życiowego optymizmu psychologów. Jedyna,
konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada
psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju
dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego
w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem.
A tu posada w szkole…
Na
początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na
nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
-
Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są
problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej.
Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która
przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą
na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat.
Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go
miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie
w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon
od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi
bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz
żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł
czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że
jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan
od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do
szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał
przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich
szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co
ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą
dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy
przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą
bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był
nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne,
maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym
mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z
Adamem może być tak samo.
Przywitali
się bez nadmiernej czułości.
-
Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
-
Po Bożemu, braciszku, a ty?
-
Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do
Afryki.
-
No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
-
Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział
Bogdan poważnie;
-
Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład
myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni
do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali
się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
-
Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny.
Adam również był zaskoczony wiadomością.
-
Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało
tak jak jest.
-
No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
-
Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś
przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję
zmian. Niedługo się żenię.
-
Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
-
Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.
Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
-
To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać
siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
-
Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i
udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie
nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze
wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale
również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które
zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do
redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po
śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od
ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić
korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą,
a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było
podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania
została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego
domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała
identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w
dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania
programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop
znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok
mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z
kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur
był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała
prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
-
Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale
ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę
dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To
było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę
wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam
informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt
nic o nich nie wiedział.
Z
pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W
różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent
show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która
przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w
warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na
niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła
skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie
od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po
śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej
szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją
siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
*
Maria
Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie
mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił
telefon.
-
Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam
z panią Marią Kwiatkowską? –
No
cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli
przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama
niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie
pojawiło jej się.
Spotkały
się następnego dnia.
-
Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła
dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za
kamerami.
-
A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w
średnim wieku .
-
Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych
powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
-
Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z
programem.
-
Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
-
Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa
nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc
niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak
w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe.
Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go
na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W
domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres
rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w
tym samym miejscu.
*
Doktor
Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu
wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu
to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od
życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na
medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się,
kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie
miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć.
Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce
się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci,
niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do
domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze
wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed
spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
-
Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
-
Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił
przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy
uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać
z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział
się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej
psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog,
to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina,
no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z
podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne.
Postanowił, że pojedzie na to spotkanie. 12.
Grunt to rodzinka!
W
niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt
dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu
lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich
sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny
naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla
sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu
prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem )
zdrowych.
Zosia
była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad
osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego
życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie
była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie
sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne
życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez
ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym
mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie
mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata,
w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna
uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi
Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów
programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena,
sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez
dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało
się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej
najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin,
którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko
Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
*
Helena
Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na
warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą
Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem.
Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie
gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego
kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się
do góry nogami.
Otóż ćwicząc
niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i
różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści,
usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą
Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to
dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie
zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna
poznała prawdę. Wtedy nadstawiła ucha i
dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie
im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili. Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna
połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie
wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej
miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli
jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy
nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale
dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych
zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach. Osobę tę znała z różnych programów
telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w
jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”,
który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu
powodów.
Kiedy
zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie
podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani
Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała
wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie
do programu.
Dziewczyna
z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do
powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
-
Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi
Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie
przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu
ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce
podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły
brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach
małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
-
Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała
redaktorka.
Stali
tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna,
jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku
odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
-
To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale
nie są sprawdzone.
Szczęście
dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala,
zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką
ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na
jego towarzyszkę.
Tuż
przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat,
Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo
Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od
Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca,
męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z
powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas
obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę
Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy
weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś
takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła
się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego
życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na
wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej
ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego
matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu
dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu
„Odnalezieni”.
Pani
Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową.
Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze
świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się
trzech chłopców.
-
Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu
czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w
okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia,
nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
-
A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
-
A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni
chyba oddawali gdzieś te dzieci.
-
A wie Pani, ile tych dzieci było?
-
Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak
do niej chodził, a tuż po jego wyjeździe
urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z
nimi zrobili.
Sytuacja
zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie
mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan
odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę,
dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował
się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską placówkę.
Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu
przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się
ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało
się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od
czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki
poszedł swoją drogą.
Bogdan
po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
-
Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu
ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny
bardzo go zaintrygowały.
Stał
tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze
z paskami, nieco zarośnięty.
-
Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa
blondynka.
-
Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie
rozumiał.
-
Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych
rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała
się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest
córką twojej matki.
-
Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach
pojawiły się niesamowite iskierki.
-
Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i
wyrazisz zgodę.
-
Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie.
W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało,
bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas
połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził
zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec
Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za
nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i
ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie
nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan,
wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas
pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety,
ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na
dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał
specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie
miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy,
kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba
przynależności.
Nie,
nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą
ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o
to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek,
ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do
matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt
nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A
z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby
lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła
jego komórka.
-
Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
-
Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę
przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
-
Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd
nuty w mowie brata;
-
To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan
poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie
niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na
modlitwie.
Adam
Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię.
Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki
braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum,
dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie
siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami
ludzkimi.
Podczas
studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej.
Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że
wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych
życiowego optymizmu psychologów. Jedyna,
konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada
psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju
dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego
w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem.
A tu posada w szkole…
Na
początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na
nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
-
Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są
problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej.
Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która
przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą
na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat.
Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go
miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie
w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon
od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi
bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz
żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł
czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że
jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan
od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do
szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał
przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich
szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co
ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą
dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy
przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą
bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był
nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne,
maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym
mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z
Adamem może być tak samo.
Przywitali
się bez nadmiernej czułości.
-
Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
-
Po Bożemu, braciszku, a ty?
-
Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do
Afryki.
-
No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
-
Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział
Bogdan poważnie;
-
Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład
myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni
do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali
się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
-
Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny.
Adam również był zaskoczony wiadomością.
-
Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało
tak jak jest.
-
No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
-
Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś
przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję
zmian. Niedługo się żenię.
-
Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
-
Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.
Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
-
To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać
siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
-
Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i
udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie
nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze
wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale
również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które
zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do
redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po
śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od
ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić
korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą,
a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było
podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania
została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego
domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała
identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w
dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania
programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop
znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok
mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z
kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur
był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała
prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
-
Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale
ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę
dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To
było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę
wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam
informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt
nic o nich nie wiedział.
Z
pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W
różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent
show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która
przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w
warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na
niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła
skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie
od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po
śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej
szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją
siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
*
Maria
Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie
mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił
telefon.
-
Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam
z panią Marią Kwiatkowską? –
No
cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli
przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama
niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie
pojawiło jej się.
Spotkały
się następnego dnia.
-
Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła
dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za
kamerami.
-
A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w
średnim wieku .
-
Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych
powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
-
Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z
programem.
-
Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
-
Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa
nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc
niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak
w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe.
Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go
na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W
domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres
rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w
tym samym miejscu.
*
Doktor
Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu
wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu
to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od
życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na
medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się,
kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie
miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć.
Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce
się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci,
niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do
domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze
wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed
spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
-
Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
-
Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił
przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy
uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać
z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział
się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej
psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog,
to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina,
no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z
podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne.
Postanowił, że pojedzie na to spotkanie. 12.
Grunt to rodzinka!
W
niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt
dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu
lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich
sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny
naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla
sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu
prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem )
zdrowych.
Zosia
była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad
osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego
życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie
była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie
sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne
życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez
ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym
mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie
mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata,
w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna
uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi
Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów
programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena,
sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez
dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało
się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej
najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin,
którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko
Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
*
Helena
Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na
warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą
Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem.
Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie
gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego
kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się
do góry nogami.
Otóż ćwicząc
niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i
różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści,
usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą
Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to
dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie
zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna
poznała prawdę. Wtedy nadstawiła ucha i
dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie
im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili. Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna
połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie
wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej
miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli
jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy
nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale
dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych
zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach. Osobę tę znała z różnych programów
telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w
jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”,
który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu
powodów.
Kiedy
zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie
podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani
Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała
wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie
do programu.
Dziewczyna
z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do
powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
-
Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi
Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie
przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu
ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce
podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły
brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach
małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
-
Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała
redaktorka.
Stali
tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna,
jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku
odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
-
To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale
nie są sprawdzone.
Szczęście
dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala,
zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką
ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na
jego towarzyszkę.
Tuż
przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat,
Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo
Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od
Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca,
męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z
powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas
obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę
Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy
weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś
takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła
się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego
życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na
wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej
ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego
matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu
dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu
„Odnalezieni”.
Pani
Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową.
Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze
świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się
trzech chłopców.
-
Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu
czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w
okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia,
nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
-
A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
-
A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni
chyba oddawali gdzieś te dzieci.
-
A wie Pani, ile tych dzieci było?
-
Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak
do niej chodził, a tuż po jego wyjeździe
urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z
nimi zrobili.
Sytuacja
zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie
mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan
odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę,
dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował
się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską placówkę.
Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu
przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się
ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało
się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od
czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki
poszedł swoją drogą.
Bogdan
po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
-
Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu
ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny
bardzo go zaintrygowały.
Stał
tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze
z paskami, nieco zarośnięty.
-
Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa
blondynka.
-
Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie
rozumiał.
-
Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych
rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała
się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest
córką twojej matki.
-
Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach
pojawiły się niesamowite iskierki.
-
Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i
wyrazisz zgodę.
-
Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie.
W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało,
bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas
połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził
zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec
Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za
nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i
ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie
nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan,
wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas
pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety,
ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na
dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał
specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie
miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy,
kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba
przynależności.
Nie,
nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą
ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o
to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek,
ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do
matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt
nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A
z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby
lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła
jego komórka.
-
Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
-
Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę
przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
-
Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd
nuty w mowie brata;
-
To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan
poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie
niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na
modlitwie.
Adam
Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię.
Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki
braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum,
dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie
siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami
ludzkimi.
Podczas
studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej.
Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że
wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych
życiowego optymizmu psychologów. Jedyna,
konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada
psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju
dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego
w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem.
A tu posada w szkole…
Na
początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na
nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
-
Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są
problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej.
Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która
przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą
na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat.
Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go
miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie
w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon
od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi
bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz
żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł
czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że
jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan
od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do
szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał
przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich
szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co
ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą
dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy
przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą
bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był
nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne,
maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym
mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z
Adamem może być tak samo.
Przywitali
się bez nadmiernej czułości.
-
Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
-
Po Bożemu, braciszku, a ty?
-
Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do
Afryki.
-
No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
-
Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział
Bogdan poważnie;
-
Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład
myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni
do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali
się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
-
Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny.
Adam również był zaskoczony wiadomością.
-
Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało
tak jak jest.
-
No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
-
Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś
przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję
zmian. Niedługo się żenię.
-
Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
-
Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.
Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
-
To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać
siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
-
Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i
udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie
nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze
wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale
również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które
zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do
redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po
śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od
ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić
korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą,
a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było
podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania
została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego
domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała
identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w
dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania
programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop
znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok
mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z
kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur
był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała
prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
-
Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale
ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę
dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To
było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę
wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam
informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt
nic o nich nie wiedział.
Z
pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W
różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent
show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która
przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w
warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na
niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła
skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie
od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po
śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej
szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją
siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
*
Maria
Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie
mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił
telefon.
-
Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam
z panią Marią Kwiatkowską? –
No
cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli
przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama
niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie
pojawiło jej się.
Spotkały
się następnego dnia.
-
Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła
dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za
kamerami.
-
A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w
średnim wieku .
-
Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych
powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
-
Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z
programem.
-
Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
-
Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa
nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc
niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak
w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe.
Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go
na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W
domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres
rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w
tym samym miejscu.
*
Doktor
Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu
wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu
to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od
życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na
medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się,
kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie
miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć.
Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce
się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci,
niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do
domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze
wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed
spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
-
Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
-
Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił
przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy
uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać
z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział
się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej
psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog,
to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina,
no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z
podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne.
Postanowił, że pojedzie na to spotkanie. 12.
Grunt to rodzinka!
W
niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt
dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu
lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich
sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny
naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla
sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu
prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem )
zdrowych.
Zosia
była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad
osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego
życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie
była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie
sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne
życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez
ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym
mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie
mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata,
w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna
uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi
Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów
programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena,
sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez
dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało
się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej
najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin,
którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko
Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
*
Helena
Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na
warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą
Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem.
Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie
gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego
kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się
do góry nogami.
Otóż ćwicząc
niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i
różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści,
usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą
Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to
dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie
zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna
poznała prawdę. Wtedy nadstawiła ucha i
dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie
im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili. Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna
połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie
wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej
miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli
jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy
nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale
dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych
zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach. Osobę tę znała z różnych programów
telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w
jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”,
który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu
powodów.
Kiedy
zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie
podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani
Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała
wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie
do programu.
Dziewczyna
z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do
powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
-
Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi
Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie
przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu
ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce
podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły
brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach
małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
-
Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała
redaktorka.
Stali
tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna,
jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku
odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
-
To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale
nie są sprawdzone.
Szczęście
dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala,
zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką
ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na
jego towarzyszkę.
Tuż
przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat,
Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo
Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od
Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca,
męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z
powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas
obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę
Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy
weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś
takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła
się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego
życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na
wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej
ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego
matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu
dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu
„Odnalezieni”.
Pani
Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową.
Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze
świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się
trzech chłopców.
-
Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu
czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w
okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia,
nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
-
A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
-
A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni
chyba oddawali gdzieś te dzieci.
-
A wie Pani, ile tych dzieci było?
-
Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak
do niej chodził, a tuż po jego wyjeździe
urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z
nimi zrobili.
Sytuacja
zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie
mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan
odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę,
dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował
się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską placówkę.
Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu
przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się
ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało
się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od
czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki
poszedł swoją drogą.
Bogdan
po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
-
Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu
ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny
bardzo go zaintrygowały.
Stał
tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze
z paskami, nieco zarośnięty.
-
Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa
blondynka.
-
Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie
rozumiał.
-
Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych
rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała
się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest
córką twojej matki.
-
Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach
pojawiły się niesamowite iskierki.
-
Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i
wyrazisz zgodę.
-
Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie.
W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało,
bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas
połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził
zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec
Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za
nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i
ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie
nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan,
wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas
pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety,
ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na
dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał
specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie
miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy,
kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba
przynależności.
Nie,
nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą
ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o
to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek,
ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do
matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt
nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A
z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby
lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła
jego komórka.
-
Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
-
Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę
przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
-
Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd
nuty w mowie brata;
-
To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan
poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie
niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na
modlitwie.
Adam
Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię.
Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki
braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum,
dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie
siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami
ludzkimi.
Podczas
studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej.
Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że
wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych
życiowego optymizmu psychologów. Jedyna,
konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada
psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju
dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego
w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem.
A tu posada w szkole…
Na
początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na
nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
-
Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są
problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej.
Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która
przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą
na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat.
Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go
miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie
w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon
od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi
bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz
żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł
czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że
jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan
od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do
szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał
przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich
szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co
ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą
dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy
przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą
bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był
nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne,
maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym
mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z
Adamem może być tak samo.
Przywitali
się bez nadmiernej czułości.
-
Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
-
Po Bożemu, braciszku, a ty?
-
Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do
Afryki.
-
No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
-
Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział
Bogdan poważnie;
-
Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład
myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni
do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali
się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
-
Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny.
Adam również był zaskoczony wiadomością.
-
Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało
tak jak jest.
-
No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
-
Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś
przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję
zmian. Niedługo się żenię.
-
Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
-
Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.
Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
-
To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać
siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
-
Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i
udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie
nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze
wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale
również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które
zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do
redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po
śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od
ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić
korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą,
a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było
podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania
została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego
domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała
identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w
dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania
programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop
znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok
mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z
kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur
był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała
prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
-
Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale
ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę
dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To
było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę
wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam
informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt
nic o nich nie wiedział.
Z
pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W
różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent
show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która
przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w
warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na
niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła
skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie
od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po
śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej
szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją
siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
*
Maria
Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie
mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił
telefon.
-
Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam
z panią Marią Kwiatkowską? –
No
cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli
przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama
niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie
pojawiło jej się.
Spotkały
się następnego dnia.
-
Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła
dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za
kamerami.
-
A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w
średnim wieku .
-
Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych
powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
-
Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z
programem.
-
Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
-
Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa
nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc
niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak
w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe.
Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go
na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W
domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres
rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w
tym samym miejscu.
*
Doktor
Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu
wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu
to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od
życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na
medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się,
kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie
miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć.
Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce
się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci,
niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do
domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze
wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed
spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
-
Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
-
Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił
przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy
uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać
z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział
się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej
psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog,
to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina,
no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z
podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne.
Postanowił, że pojedzie na to spotkanie. 12.
Grunt to rodzinka!
W
niedzielę szóstego lipca 2014 roku umarła Zosia Adamska. Miała siedemdziesiąt
dwa lata, lecz jej rozwój umysłowy zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciu
lat. Dlatego zwrot Pani Zofio nikomu nie przychodził do głowy. Dla wszystkich
sąsiadów z podlaskiej Kalemby była po prostu Zośką. Niestety, rozwój fizyczny
naszej Zosi nie zatrzymał się wspomnianym etapie. Dlatego dziewczyna, która dla
sąsiadów była tą głupią, niedorozwiniętą Zośką od Adamskich, zdołała w ciągu
prawie trzydziestu lat urodzić dwanaścioro dzieci i to (poza jednym wyjątkiem )
zdrowych.
Zosia
była ofiarą niepohamowanych męskich żądzy, oraz braku właściwej opieki nad
osobą upośledzoną. Między dziewiętnastym, a czterdziestym siódmym rokiem swego
życia urodziła dwunastkę dzieci. Znając stan umysłowy kobiety, wiemy, że nie
była w stanie opiekować się nimi samodzielnie. Prawdę mówiąc, nie zdawała sobie
sprawy z tego, że rodzi nowych ludzi, którym trzeba by zapewnić bezpieczne
życie. To wszystko toczyło się jakby obok niej.
Przez
ostatnie lata nie kontaktowała w ogóle. Nie poznawała nawet syna, z którym
mieszkała, który opiekował się nią niemal od swojego urodzenia.
Nie
mogła też wiedzieć, że w dniu, w którym ona przeniosła się do lepszego świata,
w restauracji „Galeon” na warszawskim Mokotowie odbyła się niecodzienna
uroczystość. Zgromadziło się ponad czterdzieści osób. Były to dzieci Zosi
Adamskiej, wraz ze swymi rodzinami, które po kilku latach starań autorów
programu „Odnajdźmy się” po raz pierwszy spotkały się w komplecie.
Helena,
sprawczyni całego zamieszania, wciąż była bardzo zaskoczona. Przez
dziewiętnaście lat swojego życia uważała się za jedynaczkę, a tu nagle okazało
się, że teść jej przyjaciółki ze szkolnej ławki, Justyny Korczyk jest jej
najstarszym bratem, pani sprzątaczka z liceum jest jej siostrą. Dominikanin,
którego często oglądała w telewizji, jest jej bratem. Brakowało jej tylko
Adama. Postanowiła napisać i do niego list, poprosiła zakonnika o przekazanie.
*
Helena
Górska jest niewysoką brunetką z krótkimi, lekko falującymi włosami. Mieszka na
warszawskim Mokotowie, wraz z mamą Joanną, nauczycielką historii i tatą
Piotrem, kolejarzem. Do niedawna jej życie toczyło się ustalonym torem.
Chodziła do szkoły, angażowała się w różne przedsięwzięcia pozaszkolne, głównie
gazetki szkolne i osiedlowe, przygotowywała się do matury. I właśnie pewnego
kwietniowego dnia, podczas przygotowań do owej matury jej życie przewróciło się
do góry nogami.
Otóż ćwicząc
niezrozumiałe dla jej humanistycznej głowy równania z dwiema niewiadomymi i
różne inne zadania z treścią, które jej zdaniem nie miały żadnej treści,
usłyszała z kuchni rozmowę mamy z ciotką Alicją. To znaczy z kobietą, którą
Hela przez całe swe życie uważała za swoją ciotkę. W rzeczywistości była to
dyrektorka domu dziecka, która pomagała przy adopcji. Niestety, kobiety nie
zadbały o należytą dyskrecję spierając się, czy już czas, aby dziewczyna
poznała prawdę. Wtedy nadstawiła ucha i
dowiedziała się, że jej rodzice nie są jej rodzicami. To znaczy są, ale to nie
im zawdzięcza życie. Nie oni ją na ten świat sprowadzili. Przez głowę dziewczyny przetoczyła się wojna
połączona z trzęsieniem ziemi. Przez kilka dni nie spała, nie jadła, nie
wiedziała kim jest, kim powinna być, co ma czuć, a co czuje. Gdzie jest jej
miejsce. I jak wiele osób w podobnej sytuacji zaczęła się zastanawiać, kim byli
jej prawdziwi rodzice i dlaczego ją zostawili. Okazja do wyjaśnienia tej sprawy
nadarzyła się tuż po wakacjach, gdy panna Górska rozpoczęła studia na wydziale
dziennikarstwa.
Jako jedne z pierwszych
zajęć miała w planie wykłady redaktor Magdaleny Szałach. Osobę tę znała z różnych programów
telewizyjnych, czasem czytała jej artykuły w różnych gazetach. Ostatnio w
jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program pod tytułem „Odnajdźmy się”,
który pomagał odnajdywać się ludziom rozdzielonym przez życie z bardzo wielu
powodów.
Kiedy
zobaczyła redaktor Szałach, zareagowała nieco impulsywnie. Po wykładzie
podeszła do kobiety i zapytała, czy ona mogłaby skorzystać z jej programu. Pani
Magdalena umówiła się ze swoją studentką w bufecie za dwie godziny i zebrała
wszystkie potrzebne informacje. Pod koniec listopada przysłała jej zaproszenie
do programu.
Dziewczyna
z drżącym sercem siedziała w studiu telewizyjnym, słuchając tego, co ma do
powiedzenia redakcja z dużego ekranu.
-
Heleno, mamy dla Ciebie wiadomości. Dowiedzieliśmy się, że urodziłaś się we wsi
Kalemba, na Podlasiu. Urodziła Cię kobieta chora psychicznie, która obecnie
przebywa w szpitalu i nie ma z nią kontaktu. Natomiast w twoim rodzinnym domu
ktoś mieszka. Jesteś gotowa?
Serce
podeszło jej do gardła. Skinęła głową. Do studia wkroczył wysoki, szczupły
brunet o spracowanych dłoniach i niezbyt inteligentnej twarzy. Niósł na rękach
małego chłopczyka, a za nim weszła niewysoka, filigranowa blondynka.
-
Heleno, to twój brat, Artur i jego żona Zofia oraz synek Karolek. – ogłaszała
redaktorka.
Stali
tak naprzeciw siebie nie bardzo wiedząc, jak się zachować. W końcu mężczyzna,
jak się później okazało, dwudziestotrzylatek pierwszy wykonał krok w kierunku
odnalezionej siostry. Redaktor Szałach zaprosiła ich na fotele.
-
To najprawdopodobniej nie koniec, mamy informacje o twoim drugim bracie, ale
nie są sprawdzone.
Szczęście
dziewczyny nie miało granic. Wkrótce wraz z bratem udała się do szpitala,
zobaczyć swoją matkę. Niewysoka brunetka z siwymi, przeplatanymi resztką
ciemnych pasemek siedziała nieruchomo. Nie zwróciła żadnej uwagi na syna ani na
jego towarzyszkę.
Tuż
przed świętami Bożego Narodzenia dostali wiadomość, że odnalazł się ich brat,
Marek. To ksiądz proboszcz powiedział dziennikarce, że w sąsiedniej wsi państwo
Stasiak, którzy prowadzą rodzinny dom dziecka, brali swego czasu dziecko od
Zośki. Trop okazał się dobry, odnaleziono pana Marka Adamskiego, budowlańca,
męża i ojca trójki dzieci. Jego rodzice zastępczy wiedzieli o Danusi, która z
powodu choroby musiała wyjechać na leczenie za granicę. Artur i Helena poznali podczas
obiadu zorganizowanego przez redakcję (na szczęście bez kamer) Marka, jego żonę
Edytę i dzieciaki: Sławka, Olka i Jolę. Największy szok przeżyła Helena, gdy
weszła Danuta. Okazało się, że jest to pani sprzątaczka z jej liceum. Coś
takiego! Obie przeżyły szok i uściskały się serdecznie. Szóstka dzieci bawiła
się w specjalnie przygotowanym dla nich kąciku, oni zaś składali puzzle swojego
życia. I wszyscy mieli takie jedno wspólne przeczucie, że było ich więcej.
Na
wiosnę, gdy sąsiadka, pani Gałązkowa, zapytała Artura, z czysto sąsiedzkiej
ciekawości, co to za goście do niego tak przyjeżdżają i wygadała się, że jego
matka miała z jej nieświętej pamięci mężem troje dzieci, które zabrano do domu
dziecka w Poznaniu. Jeszcze tego dnia zadzwonił do redakcji programu
„Odnalezieni”.
Pani
Magdalena Szałach przyjechała osobiście porozmawiać z panią Gałązkową.
Usłyszała dramatyczną opowieść, kobiety, która przez wiele lat żyła ze
świadomością, że jest zdradzana przez męża. W ciągu pięciu lat urodziło się
trzech chłopców.
-
Pani kochana! Ja widziałam, że on tam do niej łaził. Ale co ja mogłam. W domu
czworo dzieci, w gospodarstwie roboty, o, potąd! – kobieta wykonała ręką gest w
okolicach czoła. – Nie miałam głowy się tym zajmować. A ona była taka głupia,
nie wiedziała co się wokół niej dzieje, tylko rodziła te dzieci.
-
A zanim urodziła tych trzech chłopców, to miała wcześniej dzieci?
-
A pewnie, że miała. Tylko wtedy jeszcze żyli jej rodzice, to pilnowali. Oni
chyba oddawali gdzieś te dzieci.
-
A wie Pani, ile tych dzieci było?
-
Taki Łukasz był nauczycielem przez rok w podstawówce, jego widzieli, jak
do niej chodził, a tuż po jego wyjeździe
urodziła bliźnięta, z których jedno było takie jak ona, to starzy Adamscy coś z
nimi zrobili.
Sytuacja
zrobiła się coraz bardziej zaskakująca. Dziennikarka postanowiła na razie nie
mówić nic Helenie, która kończyła szczęśliwie pierwszy rok studiów.
Bogdan
odnalazł się w Gdyni¸ jest marynarzem, ma żonę Alicję i córkę Karolinę,
dwunastolatkę. Akurat był w rejsie. Jego żona i córka wiedziały, że wychował
się w domu dziecka, dlatego teraz wspierał poznańską placówkę.
Dla dzieci z Wielkopolski pan Marynarz, który od czasu do czasu
przyjeżdżał i opowiadał swoje przygody był nie lada atrakcją, Ala bardzo się
ucieszyła, że odnalazła się rodzina jej męża, za którą bardzo tęsknił.
Okazało
się, że dominikanin z Poznania, Stefan Gałązka jest rodzonym bratem Bogdana. Od
czasu opuszczenia bidula ich kontakty jakoś tak się rozluźniły, każdy z trójki
poszedł swoją drogą.
Bogdan
po powrocie z rejsu zastał żonę i córkę bardzo podekscytowane.
-
Hej, dziewczyny, co jest? – zapytał widząc ich tajemnicze miny. Nie było go w domu
ponad cztery miesiące. Jak zwykle stęsknił się bardzo, ale ich tajemnicze miny
bardzo go zaintrygowały.
Stał
tak przed nimi – wysoki, opalony, szczupły, wysportowany w granatowym mundurze
z paskami, nieco zarośnięty.
-
Wiesz, kochanie, rodzina Cię szuka. – wydusiła z siebie Alicja, filigranowa
blondynka.
-
Słucham?! – zdjął czapkę i rzucił ją na regał.
Nie
rozumiał.
-
Zgłosiła się redakcja „Odnalezieni”, tego programu, który szuka rozdzielonych
rodzin i okazało się, że zgłosiła się do nich dziewczyna, która dowiedziała
się, że jest adoptowana i zaczęli szukać jej bliskich i okazało się, że jest
córką twojej matki.
-
Myślałem, że mam tylko dwóch braci. Coś jeszcze mówili? – w jego oczach
pojawiły się niesamowite iskierki.
-
Nie, no niespecjalnie. Tyle tylko, że prosili o kontakt, gdy wrócisz z rejsu i
wyrazisz zgodę.
-
Czy ja wyrażę zgodę? – usiadł i objął bardzo mocno żonę; - Całe życie marzyłem o dużej, prawdziwej rodzinie.
W bidulu starałem się opiekować braćmi najlepiej, jak umiałem i chyba się udało,
bo wyrośli na ludzi, tylko każdy poszedł w inną stronę. Może siostra jakoś nas
połączy na nowo? – rozmarzył się. – Muszę zadzwonić do chłopaków. – stwierdził
zdecydowanie, sięgając po telefon.
Ojciec
Stefan zakończył właśnie wieczorną Mszę świętą i szykował się do kolacji. Za
nim był kolejny dzień zakonnego życia, wypełniony modlitwą, pracą w szkole i
ośrodku dla trudnej młodzieży, pisaniem. Dzień jak co dzień. Żadne przeczucie
nie oznajmiło mu, że w jego życiu nastąpią zmiany.
Stefan,
wychowanek domu dziecka, z trudem zdał maturę, w klasie maturalnej, podczas
pielgrzymki na Jasną Górę postanowił, że zostanie księdzem. Osoba katechety,
ojca Andrzeja, jego autorytet i przykład życia sprawiły, że padło na
dominikanów. Tu, wśród braci i poznańskiej młodzieży odnalazł swoją drogę. Miał
specyficzny kontakt z trudną młodzieżą, ponieważ sam taki był. W bidulu nie
miał kto nauczyć go życia. Starsi koledzy, którzy wciągali go w różne zabawy,
kradzieże, ucieczki do nikąd. On wie, co znaczy dziecięca samotność, potrzeba
przynależności.
Nie,
nie ma żalu do matki. To nie jej wina, że była chora psychicznie. (swoją drogą
ciekawe, czy jeszcze żyje). Może Ci, którzy żyli wokół niej, powinni zadbać o
to, aby nie wykorzystywali jej mężczyźni. Kiedyś w bidulu, jedna z opiekunek,
ciocia Viola, powiedziała mu, że to sąsiad przychodził przez kilka lat do
matki, co zaowocowało trójką braci. Trudno uwierzyć, że na tak małej wsi nikt
nie widział, nie potrafił żonatego sąsiada powstrzymać.
A
z drugiej strony…. Gdyby go powstrzymali? Nie byłoby ani jego ani braci. Byłoby
lepiej czy gorzej? Czasem nachodziły go takie myśli.
Zadzwoniła
jego komórka.
-
Bogdan? Cześć, co tam? – nawet się ucieszył słysząc głos starszego brata;
-
Słuchaj, musimy się spotkać, mam dla was bardzo ważną wiadomość. Dasz radę
przyjechać jutro? – Bogdan był jakoś dziwnie podekscytowany.
-
Co jest, braciszku? – Stefan ledwo złapał oddech słysząc niespotykane dotąd
nuty w mowie brata;
-
To nie na telefon, muszę zadzwonić jeszcze do Adasia.
Stefan
poczuł, że musi jechać. Wiedział, że nie poradzi sobie z ciekawością. Takie
niespodziewane spotkanie z braćmi? Tego wieczora nie mógł się skupić na
modlitwie.
Adam
Gałązka, wysoki blondyn o niebieskich oczach, niedawno ukończył psychologię.
Uważał, że miał w życiu mimo wszystko dużo szczęścia. Najmłodszy z trójki
braci, po opuszczeniu domu dziecka, jako świeżo upieczony absolwent liceum,
dostał się na studia na wydziale psychologii. Zdając na studia wyobrażał sobie
siebie jako pracownika wielkiej korporacji, w której zarządza zasobami
ludzkimi.
Podczas
studiów pracował w biurze tłumaczeń, jako goniec, trochę w firmie kateringowej.
Gdy pod koniec trzeciego roku zaczął się rozglądać za pracą, okazało się, że
wielkie korporacje wcale nie czekają z otwartymi ramionami na młodych, pełnych
życiowego optymizmu psychologów. Jedyna,
konkretna propozycja, która pojawiła się na początku czwartego roku, to posada
psychologa szkolnego. On, wychowanek placówki miał coś w rodzaju
dzieciowstrętu. Od małego przebywał w miejscu, gdzie było dużo dzieci i dlatego
w Warszawie unikał kontaktu z dziećmi. Był pewien, że nigdy nie zostanie ojcem.
A tu posada w szkole…
Na
początku przerażała go ta praca. Każdemu dziecku, które skarżyło się na
nieporozumienia z rodzicami, miał ochotę powiedzieć:
-
Ciesz się, gówniarzu, że ich masz, a nie narzekaj. Bo nie wiesz, co to są
problemy! – kilka razy powiedział coś w tym stylu, tylko nieco łagodniej.
Wypowiedź taka zaniepokoiła nauczycielkę klasy pierwszej, Urszulę Luzak, która
przyszła wyjaśnić sprawę. I tak się zaczęło. Coraz częściej rozmawiali ze sobą
na przerwach, potem zaczęli się spotykać po pracy i tak minęło im sześć lat.
Właśnie dojrzeli do ślubu, który zaplanowali na wrzesień. Ula zaraziła go
miłością do dzieci, swoją pasją. Przestał szukać innej pracy, dorabiał jedynie
w poradni dla dzieci. Stał się psychologiem dziecięcym.
Telefon
od brata bardzo go zaskoczył. Odkąd po kolei opuścili dom dziecka, ich więzi
bardzo się poluźniły. Bogdan był bardzo tajemniczy. Nie prosił, ale wręcz
żądał, aby jutro spotkać się u niego. Stefan też będzie. Jeśli ojczulek znalazł
czas, to jemu przecież nie wypada odmówić. Zadzwonił do szkoły i zgłosił, że
jutro bierze urlop na żądanie.
Bogdan
od rana był podekscytowany. Rano, gdy Ala i Karolina wyszły do pracy i do
szkoły, zaczął nakrywać stół na niewielkie przyjęcie, jakie zamierzał
przygotować dla braci. Wiadomość, że jest jeszcze jakaś siostra, która ich
szuka, która miała lepsze życie niż oni i nie wiadomo po co chce zobaczyć, co
ją ominęło? Dziś musi się naradzić z chłopakami, a potem umówić z tą
dziennikarką, która zostawiła żonie namiar.
Pierwszy
przyjechał Stefan. Nie miał na sobie białego habitu, tylko jeansy i szarą
bluzę. Jakiś taki dorosły… No, tak, kiedy rozstawali się w bidulu, był
nastolatkiem, potem nie widywali się już tak często. Jedynie kartki świąteczne,
maile od czasu do czasu, to był ich kontakt. Dlatego trudno było w tym dorosłym
mężczyźnie rozpoznać nastoletniego brata sprzed lat. Pomyślał sobie, że z
Adamem może być tak samo.
Przywitali
się bez nadmiernej czułości.
-
Jak żyjesz, braciszku? – zagaił Bogdan;
-
Po Bożemu, braciszku, a ty?
-
Ja może nie tak bardzo jak ty, ale staram się. Wróciłem dwa dni temu z rejsu do
Afryki.
-
No, no, czasem Ci zazdroszczę tego życia pełnego przygód.
-
Tak? A ja czasem chciałbym odpocząć, wiedzieć, co mnie czeka. – odpowiedział
Bogdan poważnie;
-
Zapewniam Cię, że tu na lądzie życie też bywa nieprzewidywalne. Na przykład
myślisz sobie, że jutro dzień jak co dzień, praca, modlitwa, dom, a tu dzwoni
do ciebie brat i oznajmia, że masz do niego przyjechać na sygnale. – roześmiali
się obydwaj. Przerwał im dzwonek do drzwi.
-
Witaj, braciszku! – ucieszyli się na widok wysokiego, szczupłego mężczyzny.
Adam również był zaskoczony wiadomością.
-
Wiecie co, ja chyba nie chcę rozdrapywać starych ran, może lepiej, żeby zostało
tak jak jest.
-
No, co ty? – nie kryli zaskoczenia jego reakcją.
-
Ja jestem prostym chłopakiem z bidula, skończyłem psychologię, jakoś
przepracowałem w sobie różne traumy, zaczynam układać sobie życie, nie potrzebuję
zmian. Niedługo się żenię.
-
Gratulacje! Ale może przemyśl to jeszcze raz – Stefan podszedł do brata.
-
Nie, kochani. Ja nie chcę się w to mieszać.
Nie mam na to siły. Dzieciństwa i tak nam nic nie wróci.
-
To twoja decyzja, my chcemy spotkać się z tą dziennikarką. Może uda się spotkać
siostrę, jakoś połączyć to, co kiedyś zostało rozerwane.
-
Jak chcecie, ja odpadam, przepraszam was. – dopił herbatę, wstał od stołu i
udał się w kierunku wyjścia. – pozdrówcie ją serdecznie ode mnie, ale na razie
nie chcę jej poznawać. – dodał już od drzwi.
Późniejsze
wypadki potoczyły się szybko. Dowiedzieli się o istnieniu nie tylko Heleny, ale
również Artura, Danuty i Marka. Już było zaplanowane spotkanie w studiu, które
zostało z nieznanych przyczyn odwołane.
Do
redakcji „Odnajdźmy się” napisała Anna. Trzydziestodziewięciolatka, która po
śmierci rodziców odnalazła dokumenty świadczące o adopcji. I masę listów od
ówczesnej pani dyrektor ośrodka adopcyjnego, która miała zwyczaj prowadzić
korespondencję z rodzinami adopcyjnymi, w których pytała o to, jak sobie radzą,
a także informowała o losach biologicznej rodziny dzieci. W przypadku Anny było
podobnie. W listach pojawiła się „ta druga”, z kontekstu wynikało, że mała Ania
została rozdzielona z siostrą bliźniaczką. Redakcja dotarła do warszawskiego
domu pomocy społecznej, w którym odnaleziono Małgorzatę, która wyglądała
identycznie, jak Anna. Nie było wątpliwości co do pokrewieństwa kobiet. Obie w
dokumentach miały miejsce urodzenia wieś Kalemba. To była przyczyna odwołania
programu z udziałem rodzeństwa Heleny.
Trop
znów doprowadził do domu Artura. Inna sąsiadka opowiedziała, że przez rok
mieszkał we wsi przyjezdny nauczyciel, Łukasz, który nie unikał spotkań z
kobietami i zostawił po sobie wiele dzieci, także bliźniaczki Zosi.
Artur
był w szoku. Reporterka zapytała jeszcze sąsiadkę, panią Gałązkową, która miała
prawo nie lubić domu Zośki, czy pamięta coś jeszcze.
-
Kiedy my się tu sprowadzili, ona już chodziła w ciąży z tymi dwojaczkami.
Ale
ludzie opowiadali, że ona kiedyś miała męża, który zginął w lesie i dwójkę
dzieci z nim i wcześniej syna, którego rodzice jej kazali oddać.
To
było wyzwanie dla redakcji. Proboszcz życzliwy wizji łączenia rodzin, trochę
wbrew prawu pozwolił im pogrzebać w księgach parafialnych i znaleziono tam
informacje o Marii, Pawle i Janie. Ich właściwie nikt już nie pamiętał, nikt
nic o nich nie wiedział.
Z
pomocą redakcji przyszedł, jak to często w takich sytuacjach bywa, przypadek.
W
różnych stacjach polskiej telewizji pojawia się mnóstwo programów typu talent
show. W jednym z nich pojawiła się ekspedientka w średnim wieku, która
przedstawiła się jako Maria, która urodziła się w Jorkach, a wychowała w
warszawskim domu dziecka. Reporterka „Odnalezionych” zwróciła uwagę na
niezwykłe podobieństwo do Heleny i jej matki biologicznej. Postanowiła
skontaktować się z kobietą i okazało się, że została zabrana z domu w Kalembie
od chorej psychicznie matki, gdy miała pięć lat. Zrobili to dziadkowie po
śmierci jej ojca. Ją i młodszego o dwa lata brata – Pawła, który miał więcej
szczęścia i trafił do rodziny zastępczej z Krakowa, niedawno odnalazł swoją
siostrę, która utrzymywała kontakt z domem dziecka.
*
Maria
Kwiatkowska cieszyła się ze swojego telewizyjnego sukcesu, odbierała właśnie
mailowe gratulacje od niedawno odnalezionego rodzonego brata, gdy zadzwonił
telefon.
-
Dzień dobry, nazywam się Magdalena Szałach, dzwonię z telewizji, czy rozmawiam
z panią Marią Kwiatkowską? –
No
cóż, tak szybko przyszła sława, już chcą z nią robić wywiady – nieskromne myśli
przemknęły przez głowę ekspedientki. Chętnie umówiła się z dziennikarką. Sama
niezbyt często oglądała telewizję, więc skojarzenie nazwiska i programu nie
pojawiło jej się.
Spotkały
się następnego dnia.
-
Pani Mario, jak pani zapewne wie, prowadzę program „odnajdźmy się” – zaczęła
dziennikarka przy kawiarnianym stoliku. Maria niepewnie rozglądała się za
kamerami.
-
A co to za program? – zapytała nieświadoma swego faux pas wschodząca gwiazda w
średnim wieku .
-
Jest to program, który pomaga odnaleźć się rodzinom rozdzielonym z różnych
powodów przez życie. – tłumaczyła dziennikarka.
-
Ja niedawno odnalazłam brata. – Maria nie bardzo widziała swój związek z
programem.
-
Tak? Pawła? – ucieszyła się pani Szałach;
-
Zgadza się, a skąd pani wie? – Maria odczuwała coś w rodzaju zawodu, że rozmowa
nie dotyczy jej sukcesów wokalnych, a w dodatku nie jest nagrywana, więc
niepotrzebnie straciła mnóstwo czasu na ubiór, fryzurę i makijaż.
Jednak
w miarę słuchania opowieści pani Magdy, oczy kobiety robią się coraz większe.
Tego się nie spodziewała. Niemal natychmiast zadzwoniła do brata i umówiła go
na spotkanie. Pozostało jeszcze tylko odnalezienie najstarszego syna Zofii. W
domu małego dziecka dostali adres ośrodka adopcyjnego, w którym był adres
rodziny adopcyjnej. Na szczęście starsi państwo Dobrzyńscy wciąż mieszkali w
tym samym miejscu.
*
Doktor
Jan Dobrzyński miał prawie pięćdziesiąt lat. Od mniej więcej trzydziestu
wiedział, że urodził się gdzie indziej niż się wychował. Nie przeszkadzało mu
to troskliwie opiekować się starymi rodzicami, którzy kiedyś uratowali go od
życia w domu dziecka. Był im wdzięczny. Gdy tuż po maturze i dostaniu się na
medycynę dowiedział się, że jest adoptowany, miał pomysł, aby dowiedzieć się,
kto go urodził i dlaczego oddał. Ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie
miał na to za bardzo czasu, a poza tym stwierdził, że woli nie wiedzieć.
Telefon z redakcji „Odnalezionych” bardzo go zaskoczył. Nie wiedział, czy chce
się spotkać z odnalezionym rodzeństwem. Miał żonę, trójkę dorosłych dzieci,
niedawno został dziadkiem. Nie wiedział dotąd, jak to się stało, że trafił do
domu dziecka, a następnie do adopcji. Adoptowali go dobrzy ludzie i dobrze
wychowali, wykształcili, teraz mają z niego pociechę na stare lata.
Przed
spotkaniem w redakcji powiedział żonie, co go spotkało.
-
Chcesz tam jechać? – pytała Magdalena, jego żona;
-
Słuchaj, podobno mam dużo rodzeństwa, może warto ich poznać. – mówił
przekonując sam siebie. Jeśli los stawia przede mną takie wyzwanie, nie należy
uciekać, tylko stawiać mu czoła.
Porozmawiać
z rodzicami postanowił dopiero wtedy, gdy będzie już wiedział o co chodzi.
Dowiedział
się, że jest już ostatnim ogniwem tej układanki, a pierwszym dzieckiem chorej
psychicznie kobiety. Oglądał zdjęcia: marynarz, dominikanin, szkolny psycholog,
to jego bracia. Jeszcze ten rolnik, który mieszkał z matką, budowlaniec z Lublina,
no i ta mała dziennikareczka z radia. Żeby było śmieszniej, koleżanka z
podstawówki jego synowej. To wszystko jego rodzeństwo. To było jakieś dziwne.
Postanowił, że pojedzie na to spotkanie.
Komentarze
Prześlij komentarz