Kochane Potwory
5. Kochane Potwory
-
Jak tam dzisiejszy dzień, kochanie? Ja jestem skonany! – Jakub Kalita rozsiadł
się wygodnie na kanapie obok żony. Kinga trzymała w ręku nową cyfrówkę i
oglądała na małym ekraniku swoje dzieła.
-
W porządku.
Chłopcy zgodnie odrabiają lekcje, wcześniej pomagali mi w porządkach. –
wyjaśniła mu kobieta;
-
No, mam nadzieję, że nie będziesz już przede mną miała takich tajemnic, prawda?
– przybrał surową minę i pogroził jej palcem.
-
Prawda. Wczoraj widziałam się z Alą, zaprosiła nas na warsztaty dla rodziców.
Pójdziesz ze mną? – powiedziała przytulając się do niego.
-
Tak, chciałbym być jak najlepszym ojcem. – stwierdził Kuba. Za żadne skarby nie
chciał, aby sytuacja, która jakiś czas temu miała miejsce w jego domu
powtórzyła się. Gotów był na różne poświęcenia, aby nie popełnić już starych
błędów.
*
Kinga
Moszyńska wysoka ciemnowłosa kobieta o
dużych brązowych oczach obejrzała się za siebie. Zobaczyła pałacyk, który przez
ostatnie czternaście lat był jej domem. Trafiła tam w wieku siedmiu lat, gdy
policja siłą wyciągnęła ją i trójkę
rodzeństwa z pijackiej meliny, która była jej rodzinnym domem. Dwóch starszych
braci było już zdemoralizowanymi nastolatkami, którzy po opuszczeniu placówki
szybko trafiło do więzienia, siostra wcześnie poznała jakiegoś Hiszpana i po
ślubie wyjechała do jego ojczyzny. Od dawna nie miały ze sobą kontaktu. Teraz
przyszła kolej na nią. W pałacyku, choć wśród obcych zaznała wiele dobrego,
skończyła szkołę średnią z wyróżnieniem, a ostatnio studium fotograficzne.
Znalazła pracę w niewielkim zakładzie przy ulicy Górczewskiej i zamieszkała w
otrzymanej od miasta kawalerce w tym samym bloku, w którym mieścił się zakład.
-
No, to trzymaj się, kochana. – Pani Alicja Siemaszko, niezbyt wysoka, nieco
puszysta, krótkoostrzyżona szatynka, dyrektorka domu dziecka i ukochana ciocia
przytuliła ją na pożegnanie i życzyła szczęścia. Zawsze przeżywała odejścia w
świat swoich wychowanków, których traktowała, może trochę mało profesjonalnie,
jak własne dzieci. Tym razem była spokojna. Wiedziała, że Kinga sobie poradzi.
Ma w ręku dość dobry fach, pasję, zaradność życiową. Na to Ala była wyczulona.
Zależało jej, aby wychowankowie, którzy opuszczają jej placówkę umieli odnaleźć
się w świecie i nie zasilali tak zwanego marginesu społecznego. Dlatego tylko
dwa razy zdarzyło się jej przyjąć do bidula dzieci dawnych wychowanków.
*
-
Jak Ci się synu nie podoba, to możesz się wyprowadzić. – Eugeniusz Kalita
wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o twarzy lekko pomarszczonej i siwiejących
skroniach chodził po pokoju nerwowo paląc papierosa.
-
A żebyś wiedział, że się wyprowadzę. – Jakub, równie wysoki, szatyn o młodej,
pięknej twarzy, na której malowało się ogromne napięcie. Był zdecydowany
przerwać wreszcie rodzinne piekiełko. Wrócił z wojska, wcześniej skończył
technikum gastronomiczne i rozpoczynał pracę w barze mlecznym. Planował jeszcze
jakieś pół roku pomęczyć się z rodzicami, a potem wynająć coś na mieście. Ale
sytuacja nabrzmiała tak, że postanowił, że już dziś zacznie się rozglądać za
mieszkaniem do wynajęcia. Aby podpisać umowę o pracę potrzebował jeszcze zdjęć,
dlatego wybrał się do znanego od lat zakładu fotograficznego. Siedziała tam
młodziutka brunetka z burzą kręconych włosów o dużych, brązowych oczach i
promiennie uśmiechnęła się na jego widok. Dziewczyna zrobiła na nim wyjątkowe
wrażenie. Miała bardzo smutne, owiane
nie wypowiedzianą tajemnicą spojrzenie. Właśnie te smutne oczy sprawiły, że
zakochał się bez pamięci.
Po
tygodniu wiedział już, że dziewczyna ma na imię Kinga, mieszka w tym samym
bloku, w którym pracuje i jest bardzo miła. I potrafi cieszyć się drobiazgami,
lubi polskie kino i teatr. Tylko ciągle sprawiała wrażenie, jakby mu nie ufała,
była tak dziwnie ostrożna, nigdy nie zaprosiła go do siebie, ani też nie
pozwoliła się zaprosić do wynajętej kawalerki.
Długo
zdobywał względy Kingi. Dwa lata po pierwszej wizycie w jej zakładzie
fotograficznym, gdy była tam już prawą ręką właścicielki, on zaś szefem kuchni
w śródmiejskim barze mlecznym, oświadczył się. Ustalili datę ślubu, wzięli
kredyt na mieszkanie i zamieszkali na warszawskim Mokotowie.
Półtora
roku po ślubie urodził się ich syn. Albert był sympatycznym bobasem, który
szybko okręcił sobie wokół palca całe otoczenie. Kuba po odłożeniu odpowiedniej
sumy pieniędzy zaczął myśleć o założeniu własnej restauracji. Jego żona zaś
poświęciła się wychowaniu syna. Od rana
do wieczora zajmowała się dzieckiem. Wkrótce jej jedynym towarzystwem stały się
młode matki poznane na placu zabaw, jedyną rozrywką – budowanie babek z piasku,
wież z klocków, jedynymi przeczytanymi książkami – bajki. Nie zdecydowali się
na posłanie malucha do przedszkola. Kinga w dalszym ciągu sama zajmowała się
Albim. Nawet pomyślała o powrocie do pracy, ale Gdy Albert miał cztery lata i
kilka miesięcy, okazało się, że znów jest w ciąży. I to bliźniaczej. Urodziła
dwóch zdrowych, dużych chłopaków – Grzegorza i Henryka. I wtedy jej życie
przewróciło się do góry nogami. Albert, przyzwyczajony do matki na wyłączność,
zaczął się bulwersować. Jakub, aby go
udobruchać, kupił mu komputer. Chłopiec na pewien czas zainteresował się grami,
ale wciąż starał się zwrócić uwagę matki a to zabierając z pod ręki pieluchy, a
to otwierając na oścież okno, kiedy było zimno w pokoju, a to włączał dźwięk na
komputerze wtedy, kiedy utrudzona matka szczęśliwie uśpiła całą dwójkę
jednocześnie.
-
Synku, proszę, przycisz to – starała się mówić łagodnie;
-
Zamknij się – odpowiedziało pewnego dnia dziecię rzucając w nią klockiem;
-
Albert, proszę mnie przeprosić – krzyknęła niezbyt pewnie;
-
Sama się przeproś, świnio! – język latorośli coraz bardziej niepokoił Kingę.
Była tak przerażona, że nie powiedziała nic mężowi. Miała skarżyć się na
pięcioletnie dziecko? Jak?
Albert
robił się coraz bardziej agresywny. Jego mamie stawały przed oczami sceny z
domu rodzinnego, gdzie takie zachowania były na porządku dziennym. Widząc
małego syna rzucającego w nią klockami, widziała ojca i braci, rzucających
krzesłami, książkami, kluczami i wieloma innymi przedmiotami. W pewnej chwili
złapała się na tym, że siedzi jak jej matka, skulona w kącie i próbuje chronić
się przed ciosami. Tylko, że matka chroniła się przed kilkoma rosłymi
mężczyznami, zaś ona przed kilkulatkiem.
Kinga
była umęczona i załamana. Nie wiedziała, co powinna zrobić, bo od kogo miała
się dowiedzieć. Przyszła jej czasem
myśl, żeby spotkać się z ciocią Alicją.
Ale
jak przyznać się jej, że boi się pięciolatka? Przecież to żałosne i dla
normalnych ludzi niewyobrażalne.
Potem
było jeszcze gorzej. Maluchy podrosły i zaczęły brać przykład ze starszego
brata.
Dzień
Kingi wyglądał tak: Rano wstawała, wyprawiała męża do pracy, potem zaczynała
się walka z trójką chłopców, aby zechcieli zjeść śniadanie, umyć się i ubrać.
Kiedy odprowadziła ich do przedszkola i szkoły oddychała z ulgą. Nie chciała
zawracać głowy Jakubowi, dlatego cierpiała po cichu. Szła do szkoły po Alberta,
potem do przedszkola po Grześka i Henia. W żadnej z placówek nie usłyszała
skarg na chłopców. Tylko opuścili teren przedszkola zaczynało się:
-
Kup nam chipsy!
-
Ja chcę na huśtawkę!
-
Ja tu zostaję!
Kiedy
udało się jej dotrzeć do domu, trudno było zmusić najstarszego syna, aby
odrobił lekcje.
-
Nie, mam Cię w dupie! – potrafiła jej powiedzieć dziesięcioletnia latorośl.
Z
młodszymi nie było lepiej. Chłopcy nie czuli żadnego respektu w stosunku do
matki, potrafili na nią pluć, bić ją, kopać, wyzywać.
Widok
wysokiej, pięknej, ale zaniedbanej kobiety leżącej na podłodze, bądź skulonej w
kącie był przerażający. W głębi duszy cieszyła się, że nikt jej nie widzi, a z
drugiej modliła się, aby stał się jakiś cud i jakaś tajemna siła uwolniła ją od
tego koszmaru. Wracał Jakub, zmęczony po
całym dniu zarządzania własną restauracją, zawsze z niespodziankami dla dzieci.
Wtedy cała trójka przekształcała się w aniołki.
Raz
Kinga nie wytrzymała i oddała Albertowi, który zdzielił ją w twarz.
Chłopak
poczuł się przerażony i rozpłakał się. Kiedy wrócił ojciec i zapytał, dlaczego
płacze, przyznał się:
-
Bo ja… ja biłem mamę.
-
No, co ty, synku, nie wolno bić mamusi. Zobacz, co ja dla was mam.
-
Bakugany! – krzyknęła zachwycona trójka i Kinga mogła się wycofać.
Kuba
zauważył, że zaczęła krzyczeć przez sen, płakać w nocy, ale nie chciała mu nic
powiedzieć.
Jednak
Opatrzność czuwała nad Kingą. Pewnego dnia, dramatyczną scenę przed sklepem
zobaczyła Alicja Siemaszko, dyrektorka domu dziecka.
-
Kinia, przyjdź do mnie jutro, w ciągu dnia, jak nie będziesz miała dzieci,
dobrze? – powiedziała głosem tak stanowczym, że pani Kalita znów poczuła się
małą, samotną dziewczynką i nie potrafiła odmówić.
-
Słuchaj, co to wczoraj było, to twoje dzieci? – zapytała podając dawnej
wychowance kawę w swoim gabinecie;
-
Moje, mam trzech synów, których się boję – po raz pierwszy przyznała się
zbolała matka.
-
Tak nie może być! – Alicja była zdecydowana. – Jutro przyjdę do Ciebie i razem
odbierzemy ich ze szkoły, potem posiedzę
u was aż do powrotu twojego męża i porozmawiam z nim. Ty nie możesz wyglądać
jak cień człowieka, bo się niedługo wykończysz.
Jak
obiecała, tak zrobiła. Zjawiła się u Kalitów o czternastej i poszła z Kingą do
szkoły odebrać czwartoklasistę Alberta.
-
Dzień dobry, Ty pewnie jesteś Albert, prawda? – zapytała z zawodowym uśmiechem;
-
Dzień dobry – odpowiedział nieśmiało chłopiec;
-
Ja mam na imię Alicja i bardzo chciałam Cię poznać. – zagadała do niego
przyjaznym, serdecznym głosem.
Albert
najwyraźniej był zaskoczony, dlatego dość niepewny. Został z Alicją przed
przedszkolem, kiedy Kinga poszła po bliźniaków. Ci nie wiedząc jeszcze, że
Matka ma wsparcie, krzyczeli na nią, uderzali. Przed przedszkolem z
zaskoczeniem dostrzegli brata w towarzystwie nieznanej kobiety. Obydwaj, jak wcześniej
ich starszy brat grzecznie się przywitali.
Alicja
wykorzystała chwilę, na rozmowę z chłopcem.
-
Pomagasz mamie w opiece nad braćmi? – zagadnęła Alberta;
-
Nie, oni się sami sobą opiekują – odpowiedział dziesięciolatek.
-
Jak to sami? – zdziwiła się psycholog;
-
Bo mama się nas boi. – przyznał chłopiec
W
tym momencie nadeszła pozostała trójka i Alicja została z szokującym wyznaniem.
Tym
razem droga do domu upłynęła w miarę spokojnie. Kinga weszła do sklepu, a jej
towarzyszka została z dziećmi przed szkołą.
-
Dla mnie guma truskawkowa! – krzyknął jeden
-
I Kubusie! – dodali pozostali.
-
Powiedzcie mi, chłopaki, to święty Mikołaj wszedł do sklepu, czy wasza mama?
-
Mikołaj! – rezolutnie odpowiedział Henio, który najwyraźniej był
najodważniejszy z całego towarzystwa.
-
Jesteś pewien? – Ala robiła dobrą minę do złej gry;
-
Tak! – przyznała cała trójka;
-
A czy kochacie tego Mikołaja? – pytała dalej;
-
No, tego, nie , to znaczy tak – zaczął się jąkać Albert.
-
Wiecie co, ja was wczoraj widziałam i bardzo mi się nie podobało to, co
widziałam, dlatego chciałam z wami o tym trochę porozmawiać.
Zobaczyła
wydłużone miny. Chłopcy pospuszczali głowy, a jednocześnie wymienili
porozumiewawcze spojrzenia.
-
Niestety, moi panowie, nie było ani gumy truskawkowej, ani Kubusiów. – wyznała
tonem skruszonego grzesznika Kinga;
Tym
razem nie było zwykłego wybuchu złości i agresji. Ale doświadczona pedagog
dostrzegła zaciśnięte zęby i wrogie błyski w oczach.
Gdy
weszli do mieszkania, Kinga zaprosiła gościa do salonu, poprosiła Alberta o
dotrzymanie gościowi towarzystwa.
-
To nie mój gość, tylko twój! – odpowiedział cicho chłopak, jednak jego
teatralny szept został usłyszany przez Alicję.
-
Albert, pozwól do mnie! – poprosiła dość stanowczym głosem.
Przyszedł
z miną męczennika.
-
Słuchaj, wiesz, ja tak naprawdę przyszłam do Ciebie. – zagaiła.
-
A po co? – odburknął.
-
A tak, chciałam Cię poznać. Powiedz mi, ty masz jakieś problemy? – zapytała z
zawodowym zainteresowaniem i uśmiechem;
-
Tak, w domu. – odpowiedź bardzo zaskoczyła pytającą;
-
W domu, z rodzicami? – pytała dalej;
-
Nie, komputer mi się zawiesił. – odpowiedział chłopak.
-
I to Cię tak bardzo martwi? – drążyła Alicja;
-
Tak, bo matka się w ogóle nie zna, a ojciec nie ma czasu, żeby naprawić.
Matka?
Ojciec? W ustach dziesięciolatka.
-
To może masz więcej czasu, żeby porozmawiać z mamą, porobić coś innego? –
zaproponowała;
-
Eee, nie, to bez sensu. – chłopiec był najwyraźniej zdegustowany propozycją;
-
Dlaczego? – Chciała wiedzieć Alicja;
-
Bo mama się na niczym nie zna. – podsumował syn Kingi;
-
No, coś ty? – Alicja próbowała zachować dobrą minę do złej gry;
-
Heniek, uspokój się natychmiast! – zawołała Kinga w kuchni;
-
W dupę mnie pocałuj! – usłyszała Alicja i natychmiast pospieszyła do kuchni.
Tam zobaczyła pięciolatka rzucającego w siedzącą na podłodze matkę sztućcami i
kopiącego ją.
-
Przestań natychmiast! – krzyknęła. – Chłopcy, proszę do swoich pokoi.
-
A pani nie będzie nami rządzić. – Tym razem wtrącił się Grześ;
-
A to się jeszcze okaże mój drogi. Kinga wstawaj, wszystko w porządku?
-
Nie! – krzyknęła i schowała się w swoim pokoju, zamknęła się na klucz i
wybuchnęła gwałtownym płaczem.
-
Zapraszam was do salonu. – Ala raźnie wzięła za ręce pięciolatków i posadziła
ich na pufach w salonie. – Albercie, siadaj. – kontynuowała -
-
Słuchajcie, ja wczoraj miałam wrażenie, że mi się przywidziało, dzisiaj już
wiem, że nie. Nie podoba mi się.
-
To wyjdź stąd! – Albert pokazał jej drzwi robiąc tak nienaturalną dla dziecka
minę, że kobieta lekko się przeraziła.
-
Nie, mój drogi i proszę, żebyś się inaczej do mnie zwracał. Wyprosić mnie może
jedynie twoja mama. Bo ona tu rządzi. – ton Dyrektorki Domu Dziecka był ostry.
-
Ona się nas boi, jak jej karzemy to Cię wygoni. – stwierdził Grzegorz;
-
Oj, zdziwisz się synku. – odpowiedziała mu;
-
Nie jestem twoim synkiem, debilko! – słusznym skądinąd twierdzeniem uraczył ją
Henio.
-
I to jest twoje szczęście. Ale ja nie pozwolę wam skrzywdzić mamy. I mam na to
sposoby, możecie być pewni. – powiedziała i zakończyła rozmowę z chłopakami.
Udała się do pokoju Kingi.
-
Dziewczyno, ty nie możesz teraz płakać. Ty musisz pokazać, kto tu rządzi. Bo
inaczej zginiesz w tym domu.
-
Wiem, ale co ja mogę. Tak bardzo chcieliśmy dać im wszystko, czego nam
brakowało, taką miłość bezgraniczną. – szlochając tłumaczyła się Kinga;
- I rozpuściliście jak dziadowskie bicze. – Ala
położyła jej dłoń na ramieniu i próbowała dodać jej otuchy.
Rozległ
się zgrzyt klucza w zamku. Dzieci momentalnie zmieniły się w trzy świetliste
Anioły, które przywitały ojca i z wdzięcznością przyjęły smakołyki.
Jakub
zdziwił się na widok Alicji, którą miał okazję widzieć na swoim ślubie i może
ze dwa razy w ciągu dwunastu lat, ale poznał ją i przywitał się.
-
Kuba, posłuchaj, ja przyszłam, bo muszę z tobą porozmawiać. Na osobności. –
powiedziała mu na powitanie;
Zaskoczenie
mężczyzny urosło do rozmiarów kosmicznych. Był zmęczony po wielu godzinach
pracy, oczekiwał spokoju. To, co usiłowała mu przekazać Alicja nie mieściło mu
się w głowie.
-
Tata, nie wierz tej babie, ona kłamie! – Kuba chyba po raz pierwszy w życiu
usłyszał takie słowa z ust swego najstarszego syna.
-
Bercik, jak ty mówisz o Pani, synku, tak nie wolno! – Ala dostrzegła, jak
bardzo nieporadnie Jakub zwraca dziecku uwagę.
-
Albert, zostaw nas samych. – Pani Siemaszko była przygotowana do swej roli. –
Kuba, posłuchaj. Przyszłam, bo wczoraj przypadkiem widziałam dantejskie sceny
przed sklepem, dlatego dziś pozwoliłam sobie nagrać kilka scen z twojego domu.
Przepraszam za to, ale wiem, że Kinga nikomu się nie skarżyła, bo się wstydzi
przyznać, że pięcioletnie dzieci ją biją. Nagrałam, bo ja na twoim miejscu też
bym nie uwierzyła w coś takiego. Daj laptopa, to Ci pokażę.
I
pokazała. Widziała, jak mężczyźnie włos jeży się na głowie.
-
Nie wierzę! Nie wierzę w to, co widzę! – krzyczał Jakub chwytając się za głowę.
– Wstał, przeszedł się nerwowo łamiąc palce do okna i z powrotem, spojrzał na żonę:
-
Kinga, dlaczego ty mi nic nie mówisz? –
krzyczał;
-
Uspokójcie się! To nic nie da. – stwierdziła Alicja. – Po prostu musisz trochę
zająć się wychowaniem dzieci, wesprzeć Kingę.
-
Ale jak, przecież tak się nie zachowują dzieci,
ja nie wiem, czy ja potrafię, ja sobie tego nie wyobrażam. – był
przerażony, zaskoczony. Wstawał, za chwilę znów siadał, znów wstawał, chodził
po pokoju nerwowo łamiąc palce;
-
Pomogę wam! – stwierdziła Alicja – Zaczniemy od twojej rozmowy z synami i
ustaleniem pewnych reguł w waszym domu.
Plan
zadziałał. Alicja uświadomiła Kindze i jej mężowi, że to oni rządzą w tym domu,
nauczyła ich przestrzegania zasad i konsekwencji. I pomyślała, że swoich
wychowanków musi uczyć także wymagania szacunku dla siebie. Bo Kinga miała
dobry fach i zaradność życiową, ale dała się zastraszyć kilkulatkom.
Bo
chciała, żeby mieli w życiu lepiej niż ona i jej mąż.
Komentarze
Prześlij komentarz