Kubuś
19. Kubuś
-
Mamo, już odrobiłem lekcje, mogę iść do Adriana?
-
Dobrze, idź synku! – odpowiedział Karol, zanim jego żona Dominika zdążyła
pomyśleć nad odpowiedzią. Szczerze obawiał się, że zabroni chłopcu wyjść. Cieszył się, że chłopak
nareszcie potrafi nawiązać relacje z rówieśnikami, ma swoje życie. Wiedział, że
nadopiekuńcza matka może zrobić mniej więcej tyle samo krzywdy co matka
zaniedbująca.
-
Tak, idź synku! – powtórzyła za mężem odkładając do łóżeczka nakarmioną
Dorotkę, a na jej miejsce brała Antosia. Jakoś nigdy nie opanowała techniki
karmienia bliźniąt naraz. Wkrótce z czułością patrzyła na śpiące maluchy. Karol
podszedł do niej.
-
Marcin u kolegi, maluchy śpią. Mamy chwilę dla siebie. Zapewniam, że nic im się
nie stanie.
Dominika
prawie wyleczyła się już z obsesyjnego pilnowania dzieci. Chociaż wspomnienie
Kubusia wciąż bolało..
*
-
Powtarzajcie za mną słowa przysięgi: Ja Dominika – Kościół św. Anny wypełniony
był po brzegi gośćmi. Oboje państwo młodzi pochodzili z licznych rodzin,
przybyli rodzice, dziadkowie, rodzeństwa ze swoimi rodzinami, przyjaciele ze
studiów, z pracy, z duszpasterstwa akademickiego. Nie mówiąc o całej masie
sąsiadów i znajomych ze szkoły, z podwórka. Tłumek okazały. Przypadkowy
przechodzień mógłby zastanawiać się, kim są Ci ludzie, którzy podczas swojego
święta zgromadzili taki tłumek gości.
Szczęśliwą
panną młodą była Dominika Kruczek. Niewysoka, lekko puszysta brunetka o dużych,
brązowych, uśmiechniętych oczach. Była to dziewczyna dwudziestotrzyletnia,
studentka socjologii. Zajęcia na studiach miała w soboty i niedziele, na co
dzień zaś pracowała w jednym z call center. Poza pracą i nauką zajęta była
spotkaniami w duszpasterstwie akademickim, w którym poznała swego ukochanego,
któremu właśnie miała ślubować miłość i wierność. Jej radosnym wybrankiem był
Karol Wójcik, starszy o dwa lata świeżo upieczony absolwent prawa, który od
pewnego czasu pracował w kancelarii adwokackiej swego wuja. Był to mężczyzna
wysoki, o jasnej, delikatnie ostrzyżonej czuprynie i ciemnej karnacji.
Uroczystość
ślubna trwała około trzech godzin. Gdy po jej zakończeniu młoda para stanęła
przed Kościołem, aby przyjmować życzenia od gości, kolejka ciągnęła się aż do
kolumny Zygmunta, gdzie zawijała się i wracała do punktu wyjścia. Część gości
przezornie odłożyła składanie życzeń na termin późniejszy, ale i tak zajęło to
ponad godzinę. Wtedy to zmęczeni już
nieco młodzi zaprosili gości ( a było to
ponad trzysta osób), do restauracji, w podwarszawskiej miejscowości Adasiowo.
Właścicielem tamtego przybytku był przyjaciel pana młodego. Sala była
przestronna. Wzdłuż ścian, w kształcie podkowy ustawione były stoliki i
krzesła, przed ścianą, znajdującą się na
wprost drzwi umieszczona była scena, na której gromadziła się już orkiestra.
Był to również zaprzyjaźniony zespół, który grywał już na weselach w rodzinie
Dominiki.
Państwo
młodzi zatańczyli pierwszy taniec, potem do białego rana bawili się razem ze
swoimi gośćmi i o szóstej rano padnięci udali się do wynajętego mieszkania. To
było ich pierwsze rodzinne gniazdko. Dzień dwudziesty siódmy maja
dwutysięcznego roku na zawsze przeszedł do historii jako dzień początku ich
rodziny.
Półtora
roku po ślubie, pod koniec października dwa tysiące drugiego roku przyszedł na
świat zdrowy, śliczny chłopczyk. Nadali mu imię Jakub.
W
międzyczasie Dominika ukończyła studia i dostała propozycję pracy na
Uniwersytecie. Synek rósł zdrowo, był maskotką całej rodziny. Wkrótce rodzina
przeprowadziła się do niedużego domu na obrzeżach miasta. Mały Kubuś dorastał
wśród wielu dobrych uczuć, był rezolutnym, pogodnym maluchem. Dwa lata po
urodzeniu Kuby okazało się, że będzie miał rodzeństwo. Cieszyli się, ale
Dominika bardzo źle znosiła swój stan. Z niecierpliwością czekała na
rozwiązanie. Zwłaszcza, że Kubuś miał ponad dwa latka, był w wieku, w którym
dzieci dużo biegają, chętnie uciekają, wspinają się, wymagają od człowieka
posiadania oczu dookoła głowy. A jak tu mieć oczy dookoła głowy, kiedy brzuch
ciąży, nogi opuchnięte. Dominika nie zapomni tamtego letniego dnia do końca
życia. Wiedziała, że rozwiązanie jest już blisko. Karol pojechał na godzinę do
miasta, aby kupić jeszcze kilka drobiazgów dla dziecka i żony do szpitala, a
Domi zachęcona piękną pogodą zdecydowała się wyjść do ogrodu. Nie wiedziała, że
jej mąż nie zatrzasnął furtki. I tego zapewne nie wybaczy sobie do końca życia.
Powoli
sunęła się przez sień, potem drzwi, na swych opuchniętych nogach podążała w
kierunku leżaczka na którym zamierzała usiąść i obserwować zabawę synka w
piaskownicy. Wybiegł przecież przed nią, tak jak chętnie robił to niemal codziennie.
Usłyszała krzyk sąsiada, pana Daniela, potem pisk opon. Reszty nie pamięta.
Obudziła się w szpitalu, na oddziale ginekologii.
Długo
dochodziła do siebie, po dwóch dniach przynieśli jej do karmienia malutkiego
synka – nadali mu imię Marcin. O śmierci Kubusia powiedzieli jej już po
pogrzebie. Wtedy świat jej się zawalił, nie mogła karmić synka. W zasadzie
opiekę nad malutkim Marcinkiem przejęła Zosia, siostra Karola, wraz ze swoimi
rodzicami i kuzynostwem. Po miesiącu była w stanie dopiero wrócić do domu,
zaopiekować się własnym dzieckiem. Przez cały czas czuwała przy łóżeczku, nie pozwoliła nigdy nikomu
wyjść z nim do ogrodu, zawsze zamykała i dodatkowo dociskała furtkę, chociaż
ryzyko, że niemowlak jej ucieknie, było żadne. Nieuchronnie nadszedł jednak
czas, gdy młody człowiek zaczyna raczkować. Wiadomo, trudno za takim maluchem
nadążyć, ciekawy świata, wszędzie chce wejść, wszystkiego dotknąć, zobaczyć.
Nie zważa przy tym na grożące mu niebezpieczeństwa. I właśnie przed tymi
niebezpieczeństwami Dominika chciała uchronić swego drugiego syna. Dlatego, gdy
zaczął pełzać, biegać na czworaka, nie odstępowała go na krok. Pewnego dnia
otrzymała telefon z wydziału socjologii z pytaniem, czy wraca do pracy. Marcin
kończył trzy lata, można było posłać go do przedszkola. Sytuacja nie była
nagląca, Karol miał bardzo wysoką pozycję w swojej kancelarii, nie musiała
pracować ze względu na finanse. Ale wiedział, że potrzebna jej odskocznia, a
synkowi odrobina samodzielności, dlatego uważał, że jej powrót do pracy to
dobry pomysł.
Znalezienie
miejsca w przedszkolu nie było łatwe, ale w końcu znalazł się w niewielkiej,
prywatnej placówce, w której miał zapewnioną opiekę i warunki do
wszechstronnego rozwoju. I tak młoda mama wróciła do pracy na pół etatu.
W
praktyce wyglądało to tak: o siódmej rano odprowadzała synka do przedszkola,
nieustannie łamiąc zasadę, że dziecko z szatni wychodzi już samo i idzie do
grupy, wchodziła z nim i udzielała nauczycielkom szczegółowych instrukcji, jak
należy się zajmować dzieckiem. O ósmej zjawiała się w pracy, rozpoczynała
dyżur, lub ćwiczenia ze studentami. O dziewiątej trzydzieści miała pierwszą
przerwę, więc dzwoniła do przedszkola z pytaniem, czy z jej dzieckiem wszystko
w porządku. Była to placówka prywatna, hołdująca zasadzie, że klient nasz pan i
ma prawo do różnych dziwactw, sekretarka szczegółowo odpowiadała jej na
pytania, że synek brał czynny udział w zajęciach, nie uderzył się i nie
przewrócił, nie zrobił sobie żadnej krzywdy. O dziewiątej czterdzieści pięć
miała kolejne zajęcia do jedenastej piętnaście, więc o tej godzinie wykonywała
kolejny telefon. Upewniwszy się, że wszystko w porządku przystępowała do swoich
dalszych obowiązków, by o godzinie dwunastej zakończyć pracę, udać się na
zakupy. Wreszcie, tuż po obiedzie odbierała synka. Czasem robiła odwrotnie,
najpierw odbierała dziecko i razem z nim szła na zakupy. Tak bardzo bała się
zostawiać go pod opieką obcych.
Karol
widział, że chłopiec wyrasta na maminsynka, jest bardzo mało samodzielny,
lękliwy. Nie wiedział tylko, jak temu zaradzić. Przyszedł czas na posłanie syna
do szkoły. Zdecydowali się na dość dobrą
szkołę publiczną, w której uczyła ich sąsiadka. Trafił do klasy, którą
uczyła właśnie pani Beata.
I
ona zwracała uwagę sąsiadom, że chłopiec jest bardzo mało samodzielny,
zamknięty w sobie. Dominika zgadzała się z jej opinią, ale nie była w stanie
pokonać własnego lęku o syna. Zaproponowała rodzicom specjalną terapię. Pod
koniec terapii okazało się, że Dominika znów jest w ciąży. I to podwójnej.
Komentarze
Prześlij komentarz