Skutki zabawy w dom

6.       Skutki zabawy w dom
To był jeden z tych dni, kiedy wszystkie okoliczności sprzysięgają się przeciw człowiekowi. Po pierwsze: od rana padał deszcz. Ania zapomniała parasolki. A przecież wracając z centrum konferencyjnego, w którym przez cały dzień obsługiwała biznesowe spotkanie przedstawicieli koncernu farmaceutycznego z różnych krajów, miała jeszcze odebrać Stasia z przedszkola i zrobić jakieś zakupy. Zbliżając się do wyjścia ze swojego miejsca pracy, intensywnie myślała nad kolejnością czekających ją zadań. Ostatecznie stwierdziła, że najpierw wstąpi do Biedronki, a potem do przedszkola. Wprawdzie z siatkami chodzić w tę i z powrotem mało przyjemnie, ale przynajmniej dziecko nie zmoknie. Gdy zbliżali się do swojej kamienicy przy ulicy Dolnej, zobaczyli gwałtownie odjeżdżający radiowóz na sygnale.
- Mamo, widziałaś, jak szybko tata ruszył? – Staś był niesamowicie dumny ze swego ojca. W domu zastała Ulkę pochyloną nad książkami. To niesamowite, jak ta dziewczyna się zmieniła. Ania nie wierzyła, że zakład poprawczy może kiedykolwiek poprawić młodego człowieka. W przypadku jej córki udało się. Sąd docenił jej przemianę i pozwolił wrócić do domu, przydzielając jedynie kuratora.
- Mamo, ojciec dzwonił, że chce, abym do niego pojechała, ale ja nie chcę. – powitała ją starsza córka.
- Nie musisz, kochanie, spróbujemy mu to razem wytłumaczyć. – Ania nie mogła nacieszyć się faktem, że wreszcie potrafi porozumieć się z córką i jednego była pewna – nie pozwoli Sebastianowi tego zepsuć.
*
- Anka, zrób coś z nią, ja muszę na jutro przygotować referat, a ona ciągle wyje.
No tak. Sebastian Sodowski był w klasie maturalnej, musiał się dużo uczyć. Ona zaczęła drugą liceum, kiedy okazało się, że jest w odmiennym stanie. Musiała przerwać naukę i rozpocząć zabawę w dom. W ostatnim czasie coraz częściej nachodziły ją wątpliwości, czy była to słuszna decyzja. Pytała sama siebie : „Po co im to było?” No właśnie: Po co? Miała siedemnaście lat. Jej „mąż” osiemnaście. Słowo „mąż”  z trudem  przechodziło jej przez gardło. To było to takie nieprawdopodobne, jak z kosmosu.
Ale dziewczyna nie miała z kim o tym porozmawiać. Obie rodziny skupiły się tylko na doprowadzeniu młodych do ołtarza.
Jorki to niewielka miejscowość, jakieś dwadzieścia kilometrów od Warszawy, gdzieś pomiędzy Raszynem, a Jankami, trochę w lewo. Wieś, jakich w Polsce wiele, kilkadziesiąt gospodarstw, prowadzonych głównie przez starszych rolników lub ich synów kawalerów szukających na gwałt wybranki serca. Bo jak wiadomo, większość z potencjalnych kandydatek wyjechała do miasta i nigdy już na stałe nie wróciła. Jak wiemy, na wsi wszyscy się znają, wiedzą o sobie bardzo dużo, jeśli nie wszystko. Zwłaszcza życie osobiste sąsiadów stanowi niezwykle interesujący temat do rozmów przed sklepem i na przystanku pks – u. Dlatego każdy stara się swoje większe lub mniejsze grzeszki ukryć przed karzącym wzrokiem opinii publicznej. Jednak sąd ten nie jest sprawiedliwy, bowiem łaskawym okiem patrzy na złodzieja, bo przecież to co państwowe, to niczyje, nie poddaje się dyskryminacji pijaków, którzy siadają za kierownicą, niosąc śmierć, a w domu biją żony i dzieci. To takie ludzkie słabostki, które każdemu mogą się przydarzyć. Natomiast nie daj Boże, gdyby jakaś jorkowska panienka wróciła do domu z brzuchem. Wtedy czeka ją totalny ostracyzm.
Dlatego rodzice Ani nie zapytali, co to za chłopak, czy nadaje się na męża i ojca, co dziewczyna do niego czuje. Musi być ślub i to przed urodzeniem dziecka. Inaczej nie ma mowy o pokazywaniu się w Jorkach.
Rodzice Sebastiana natomiast należeli do warszawskiej tak zwanej elity katolickiej. Mama była lekarką głoszącą wartość życia poczętego, powagę życia rodzinnego i takie tam. Ojciec był prawnikiem prowadzącym dużą kancelarię prawną, jedną z tych które brały udział w procesach politycznych. Im także zapytanie syna, czy chce się żenić, czy dojrzał do roli męża i ojca nie przyszło do głowy. Ojciec dyskretnie wykorzystał swoje znajomości i młodzi wzięli ślub za zgodą sądu, gdyż Ania miała ledwie siedemnaście lat, a Seba osiemnaście.
A oni? Byli młodzi, zdezorientowani, bez żadnych perspektyw, nie byli w stanie przeciwstawić się rodzinom. Bez słowa zgodzili się na ślub.
Ania urodziła Urszulkę w lipcu. Udało się jej, dzięki dobrej woli nauczycieli skończyć drugą liceum. I zaczęło się życie rodzinne, które polegało na tym, że Ania od rana do wieczora zajmowała się dzieckiem, dbała o dom, a jej szanowny małżonek miał tylko jeden obowiązek: uczyć się. Także w czasie wakacji, kiedy był z tegoż obowiązku zwolniony, nie kwapił się do pomocy. Wyrósł w przekonaniu, że dzieci i dom, to babska sprawa. Posiadanie rodziny nie przeszkodziło mu w wyjeździe z kolegami w góry, następnie nie utrudniało mu cowieczornych wypadów do pubu, na koncerty.
Zupełnie tak, jakby sądził, że Ania w dniu urodzenia dziecka znienawidziła góry, ogłuchła, oślepła wewnętrznie i przestała mieć potrzeby kulturalne.
Najgorsze były noce. Mała płakała, a oni kłócili się.
Po wakacjach ojciec Uli zaczął studiować prawo, musiał bardzo dużo się uczyć. Nic nie rozumiejąca Urszulka zaczęła ząbkować tuż przed sesją.
- Ja nie mogę, dlaczego ona się tak drze. Zrób coś! – denerwował się Seba co wieczór.
Im bardziej płakała, tym bardziej się kłócili. A im bardziej się kłócili, tym ona bardziej płakała i tak kółko się zamykało.
- Tylko niech Ci nie przyjdzie do głowy żaden rozwód, bo jak ja bym ludziom w oczy spojrzała. Dziecko niedługo podrośnie, łatwiej mu będzie przetłumaczyć, żeby ojca nie denerwowało. Musisz zacisnąć zęby. – usłyszała, gdy odważyła się zwierzyć matce.
- Mój syn musi się uczyć, twoim zadaniem jest zapewnić mu warunki. To twój jedyny obowiązek. – dodawała teściowa przerywając śpiewanie kołysanki i tuląc wnuczkę na rękach.  – No, musisz ją trochę ponosić w nocy, to przestanie płakać.
I tak nasza młoda męczennica niosła swój krzyż płacząc nocami wspólnie ze swoją córeczką. Ula miała pięć lat, gdy jej tata został magistrem prawa i zaczął aplikację adwokacką. Dostał pracę w kancelarii adwokackiej swego wuja, Zdzisława. Ula  lubiła bawić się, głośno śpiewać piosenki, których nauczyła ją babcia. Jej ulubiona: „Zachodźże słoneczko, skoro masz zachodzić, bo mnie nogi bolą, po tym polu chodzić.”  Seba już nie musiał się uczyć, ale musiał przygotowywać różne mowy obronne, pisma w imieniu klientów, szukał w internecie ważnych informacji. Głośne zabawy Uli drażniły go.
- Czy ona może zaprzestać tych ludowych przyśpiewek, bo ja muszę na jutro przygotować dwie mowy obronne;
- Tak jest, Wysoki Sądzie, już zabieram dziecko, żeby nie przeszkadzało Tatusiowi.  ­ - mówiła z ironią w głosie, ale na Sebastianie nie robiło to większego wrażenia.
Ula była rezolutną dziewczynką, rozwijała się dobrze. W pewnym momencie przestała zabiegać o chwilę uwagi swego ojca. Przyjęła do wiadomości, że jej tatuś pracuje i nie wolno mu przeszkadzać. Gdy rozpoczęła naukę w szkole, zastanawiała się, czy gdyby umarła, Sebastian zauważyłby to.
Wcześniej, gdy Ula poszła do przedszkola jej mama podjęła słuszną decyzję o uzupełnieniu wykształcenia, zdała maturę i podjęła studia lingwistyczne.
Obrona dyplomu była początkiem końca małżeństwa państwa Sodowskich.
Zaczęło się od tego, że córka w czwartej klasie po raz pierwszy uciekła ze szkoły. Ania, w trakcie sesji przez kilka godzin krążyła pomiędzy komisariatem, domem, usiłując się dodzwonić do męża. Ale wiadomo, podczas rozprawy sądowej nie mógł odebrać. W końcu uciekinierka znalazła się na jednym z ogródków działkowych. Gdy pan mecenas wrócił do domu, było już po wszystkim, opowieści żony nie zrobiły na nim specjalnego wrażenia, musiał poszukać w internecie ważnych informacji potrzebnych do obrony kolejnego klienta.
Kilka miesięcy później, Ania już była zatrudniona w biurze tłumaczeń, pracowała podczas bardzo ważnej konferencji. Tym razem wychowawczyni dodzwoniła się do Sebastiana. Okazało się, że Ula dosyć dotkliwie pobiła kolegę z klasy. Wpadł we wściekłość, dziewczyna dostała lanie.
- Przynajmniej przez chwilę mnie zauważał – pomyślała tylko.

Anna niebawem dowiedziała się, że Sebastian spotyka się z panią prokurator Dorotą Kruk.  O dziwo ta zdrada wcale jej nie zabolała. Wręcz przeciwnie, poczuła ulgę. Urszula miała wtedy jedenaście lat, sprawiała mnóstwo problemów wychowawczych, ale i tak była z tym sama. Dwa lata po rozwodzie wyszła zamąż za Roberta Jurgę, policjanta, który kilkakrotnie interweniował w sprawach Ulki. Wkrótce urodziła Stasia.6.       Skutki zabawy w dom
To był jeden z tych dni, kiedy wszystkie okoliczności sprzysięgają się przeciw człowiekowi. Po pierwsze: od rana padał deszcz. Ania zapomniała parasolki. A przecież wracając z centrum konferencyjnego, w którym przez cały dzień obsługiwała biznesowe spotkanie przedstawicieli koncernu farmaceutycznego z różnych krajów, miała jeszcze odebrać Stasia z przedszkola i zrobić jakieś zakupy. Zbliżając się do wyjścia ze swojego miejsca pracy, intensywnie myślała nad kolejnością czekających ją zadań. Ostatecznie stwierdziła, że najpierw wstąpi do Biedronki, a potem do przedszkola. Wprawdzie z siatkami chodzić w tę i z powrotem mało przyjemnie, ale przynajmniej dziecko nie zmoknie. Gdy zbliżali się do swojej kamienicy przy ulicy Dolnej, zobaczyli gwałtownie odjeżdżający radiowóz na sygnale.
- Mamo, widziałaś, jak szybko tata ruszył? – Staś był niesamowicie dumny ze swego ojca. W domu zastała Ulkę pochyloną nad książkami. To niesamowite, jak ta dziewczyna się zmieniła. Ania nie wierzyła, że zakład poprawczy może kiedykolwiek poprawić młodego człowieka. W przypadku jej córki udało się. Sąd docenił jej przemianę i pozwolił wrócić do domu, przydzielając jedynie kuratora.
- Mamo, ojciec dzwonił, że chce, abym do niego pojechała, ale ja nie chcę. – powitała ją starsza córka.
- Nie musisz, kochanie, spróbujemy mu to razem wytłumaczyć. – Ania nie mogła nacieszyć się faktem, że wreszcie potrafi porozumieć się z córką i jednego była pewna – nie pozwoli Sebastianowi tego zepsuć.
*
- Anka, zrób coś z nią, ja muszę na jutro przygotować referat, a ona ciągle wyje.
No tak. Sebastian Sodowski był w klasie maturalnej, musiał się dużo uczyć. Ona zaczęła drugą liceum, kiedy okazało się, że jest w odmiennym stanie. Musiała przerwać naukę i rozpocząć zabawę w dom. W ostatnim czasie coraz częściej nachodziły ją wątpliwości, czy była to słuszna decyzja. Pytała sama siebie : „Po co im to było?” No właśnie: Po co? Miała siedemnaście lat. Jej „mąż” osiemnaście. Słowo „mąż”  z trudem  przechodziło jej przez gardło. To było to takie nieprawdopodobne, jak z kosmosu.
Ale dziewczyna nie miała z kim o tym porozmawiać. Obie rodziny skupiły się tylko na doprowadzeniu młodych do ołtarza.
Jorki to niewielka miejscowość, jakieś dwadzieścia kilometrów od Warszawy, gdzieś pomiędzy Raszynem, a Jankami, trochę w lewo. Wieś, jakich w Polsce wiele, kilkadziesiąt gospodarstw, prowadzonych głównie przez starszych rolników lub ich synów kawalerów szukających na gwałt wybranki serca. Bo jak wiadomo, większość z potencjalnych kandydatek wyjechała do miasta i nigdy już na stałe nie wróciła. Jak wiemy, na wsi wszyscy się znają, wiedzą o sobie bardzo dużo, jeśli nie wszystko. Zwłaszcza życie osobiste sąsiadów stanowi niezwykle interesujący temat do rozmów przed sklepem i na przystanku pks – u. Dlatego każdy stara się swoje większe lub mniejsze grzeszki ukryć przed karzącym wzrokiem opinii publicznej. Jednak sąd ten nie jest sprawiedliwy, bowiem łaskawym okiem patrzy na złodzieja, bo przecież to co państwowe, to niczyje, nie poddaje się dyskryminacji pijaków, którzy siadają za kierownicą, niosąc śmierć, a w domu biją żony i dzieci. To takie ludzkie słabostki, które każdemu mogą się przydarzyć. Natomiast nie daj Boże, gdyby jakaś jorkowska panienka wróciła do domu z brzuchem. Wtedy czeka ją totalny ostracyzm.
Dlatego rodzice Ani nie zapytali, co to za chłopak, czy nadaje się na męża i ojca, co dziewczyna do niego czuje. Musi być ślub i to przed urodzeniem dziecka. Inaczej nie ma mowy o pokazywaniu się w Jorkach.
Rodzice Sebastiana natomiast należeli do warszawskiej tak zwanej elity katolickiej. Mama była lekarką głoszącą wartość życia poczętego, powagę życia rodzinnego i takie tam. Ojciec był prawnikiem prowadzącym dużą kancelarię prawną, jedną z tych które brały udział w procesach politycznych. Im także zapytanie syna, czy chce się żenić, czy dojrzał do roli męża i ojca nie przyszło do głowy. Ojciec dyskretnie wykorzystał swoje znajomości i młodzi wzięli ślub za zgodą sądu, gdyż Ania miała ledwie siedemnaście lat, a Seba osiemnaście.
A oni? Byli młodzi, zdezorientowani, bez żadnych perspektyw, nie byli w stanie przeciwstawić się rodzinom. Bez słowa zgodzili się na ślub.
Ania urodziła Urszulkę w lipcu. Udało się jej, dzięki dobrej woli nauczycieli skończyć drugą liceum. I zaczęło się życie rodzinne, które polegało na tym, że Ania od rana do wieczora zajmowała się dzieckiem, dbała o dom, a jej szanowny małżonek miał tylko jeden obowiązek: uczyć się. Także w czasie wakacji, kiedy był z tegoż obowiązku zwolniony, nie kwapił się do pomocy. Wyrósł w przekonaniu, że dzieci i dom, to babska sprawa. Posiadanie rodziny nie przeszkodziło mu w wyjeździe z kolegami w góry, następnie nie utrudniało mu cowieczornych wypadów do pubu, na koncerty.
Zupełnie tak, jakby sądził, że Ania w dniu urodzenia dziecka znienawidziła góry, ogłuchła, oślepła wewnętrznie i przestała mieć potrzeby kulturalne.
Najgorsze były noce. Mała płakała, a oni kłócili się.
Po wakacjach ojciec Uli zaczął studiować prawo, musiał bardzo dużo się uczyć. Nic nie rozumiejąca Urszulka zaczęła ząbkować tuż przed sesją.
- Ja nie mogę, dlaczego ona się tak drze. Zrób coś! – denerwował się Seba co wieczór.
Im bardziej płakała, tym bardziej się kłócili. A im bardziej się kłócili, tym ona bardziej płakała i tak kółko się zamykało.
- Tylko niech Ci nie przyjdzie do głowy żaden rozwód, bo jak ja bym ludziom w oczy spojrzała. Dziecko niedługo podrośnie, łatwiej mu będzie przetłumaczyć, żeby ojca nie denerwowało. Musisz zacisnąć zęby. – usłyszała, gdy odważyła się zwierzyć matce.
- Mój syn musi się uczyć, twoim zadaniem jest zapewnić mu warunki. To twój jedyny obowiązek. – dodawała teściowa przerywając śpiewanie kołysanki i tuląc wnuczkę na rękach.  – No, musisz ją trochę ponosić w nocy, to przestanie płakać.
I tak nasza młoda męczennica niosła swój krzyż płacząc nocami wspólnie ze swoją córeczką. Ula miała pięć lat, gdy jej tata został magistrem prawa i zaczął aplikację adwokacką. Dostał pracę w kancelarii adwokackiej swego wuja, Zdzisława. Ula  lubiła bawić się, głośno śpiewać piosenki, których nauczyła ją babcia. Jej ulubiona: „Zachodźże słoneczko, skoro masz zachodzić, bo mnie nogi bolą, po tym polu chodzić.”  Seba już nie musiał się uczyć, ale musiał przygotowywać różne mowy obronne, pisma w imieniu klientów, szukał w internecie ważnych informacji. Głośne zabawy Uli drażniły go.
- Czy ona może zaprzestać tych ludowych przyśpiewek, bo ja muszę na jutro przygotować dwie mowy obronne;
- Tak jest, Wysoki Sądzie, już zabieram dziecko, żeby nie przeszkadzało Tatusiowi.  ­ - mówiła z ironią w głosie, ale na Sebastianie nie robiło to większego wrażenia.
Ula była rezolutną dziewczynką, rozwijała się dobrze. W pewnym momencie przestała zabiegać o chwilę uwagi swego ojca. Przyjęła do wiadomości, że jej tatuś pracuje i nie wolno mu przeszkadzać. Gdy rozpoczęła naukę w szkole, zastanawiała się, czy gdyby umarła, Sebastian zauważyłby to.
Wcześniej, gdy Ula poszła do przedszkola jej mama podjęła słuszną decyzję o uzupełnieniu wykształcenia, zdała maturę i podjęła studia lingwistyczne.
Obrona dyplomu była początkiem końca małżeństwa państwa Sodowskich.
Zaczęło się od tego, że córka w czwartej klasie po raz pierwszy uciekła ze szkoły. Ania, w trakcie sesji przez kilka godzin krążyła pomiędzy komisariatem, domem, usiłując się dodzwonić do męża. Ale wiadomo, podczas rozprawy sądowej nie mógł odebrać. W końcu uciekinierka znalazła się na jednym z ogródków działkowych. Gdy pan mecenas wrócił do domu, było już po wszystkim, opowieści żony nie zrobiły na nim specjalnego wrażenia, musiał poszukać w internecie ważnych informacji potrzebnych do obrony kolejnego klienta.
Kilka miesięcy później, Ania już była zatrudniona w biurze tłumaczeń, pracowała podczas bardzo ważnej konferencji. Tym razem wychowawczyni dodzwoniła się do Sebastiana. Okazało się, że Ula dosyć dotkliwie pobiła kolegę z klasy. Wpadł we wściekłość, dziewczyna dostała lanie.
- Przynajmniej przez chwilę mnie zauważał – pomyślała tylko.
Anna niebawem dowiedziała się, że Sebastian spotyka się z panią prokurator Dorotą Kruk.  O dziwo ta zdrada wcale jej nie zabolała. Wręcz przeciwnie, poczuła ulgę. Urszula miała wtedy jedenaście lat, sprawiała mnóstwo problemów wychowawczych, ale i tak była z tym sama. Dwa lata po rozwodzie wyszła zamąż za Roberta Jurgę, policjanta, który kilkakrotnie interweniował w sprawach Ulki. Wkrótce urodziła Stasia. 

Komentarze