Stasia
15. Stasia
Lato
było udane tego roku. Rodzina państwa Krzyckich zostawiła małą, już
kilkumiesięczną żółciutką kotkę Stasię w hostelu przy klinice weterynaryjnej
pana Andrzeja i wyruszyli na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Asia i Andrzej
po kilkuletniej przerwie na wychowanie dzieci wracali na szlak. Ośmioletnia
Marysia i sześcioletni Jarek szli po raz pierwszy. Wszyscy mieli szczególną intencję:
podziękowanie za przywrócenie spokoju w rodzinie. I łączyli się z całym narodem
wciąż pogrążonym w bólu po śmierci ukochanego Jana Pawła II.
Na
pewno nie podzielała tej intencji mama Andrzeja, pani Longina, ani jego siostra
– Elżbieta.
Ela,
dobiegająca czterdziestki brunetka zapłaciła za spokój w rodzinie brata tym, że cała troska i kontrola macierzyńska
przelała się na nią i na jej życie osobiste. W przeciwieństwie do brata była
osobą o bardziej uległym usposobieniu i nie stać jej było na gest typu wyprowadzenie
się od matki. Ani tym bardziej na wyjście zamąż wbrew woli rodzicielki. A żaden
z dotychczasowych absztyfikantów nie uzyskał aprobaty pani Longiny. Dlatego
mimo tak zwanego wieku średniego wciąż była sama.
A
Andrzej miał żonę i dwójkę dzieci, a na dodatek sprawił sobie kota, przez
którego matka nie może go odwiedzać.
*
280
Warszawska Pielgrzymka Piesza zbliżała się już do stóp Jasnej Góry. Joanna
Sokołowska była zmęczona, ale szczęśliwa. Dziękowała za zdaną maturę i prosiła
o dobrego męża. Z radością oczekiwała na spotkanie z Ojcem świętym. Dostała się
na polonistykę i wiązała swoją przyszłość z literaturą. Zapewne jak większość dziewczyn w jej wieku,
marzyła o wielkiej, prawdziwej miłości i gromadce dzieci. Nie była zbyt
urodziwą dziewczyną, ale pełną wdzięku.
Tego
dnia dopadł ją ostatni kryzys. Zrobiło się jej za słabo, zatrzymała się.
-
Co jest, siostrzyczko?- wysoki blondyn o niebieskich oczach podał jej swoje
ramię. I tak razem weszli do Częstochowy. Andrzej Krzycki był już studentem
sggw, wydziału weterynarii. Ujął ją tym ogniem, który błyskał z jego oczu, gdy
opowiadał o zwierzętach, zwłaszcza tych, ze schroniska, w którym był
wolontariuszem. Wymienili się adresami, telefonami i wrócili, każde do swoich
zajęć. W październiku spotkali się po raz pierwszy w Warszawie i odtąd
spotykali się dosyć często. Na następną pielgrzymkę poszli już trzymając się za
ręce, jako para.
Joanna
w bardzo smutnych okolicznościach ukończyła pierwszy rok polonistyki. W wypadku
samochodowym zginęła jej mama i brat. Została sama z ojcem, który popadł w
depresję. Jędrek okazał się bardzo dobrym przyjacielem. Nie zauważyła wówczas,
jak bardzo jest związany ze swoją matką i rodzeństwem.
Zresztą,
czy to wada człowieka, że jest związany ze swoimi bliskimi? Wtedy była pewna,
że nie. Sama miała wyrzuty sumienia, że ma z ojcem tak kiepską relację. Pan
Witold, po śmierci żony i syna wycofał się z życia, przeszedł na emeryturę, do
córki mówił: „Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, ja Ci w niczym już nie
pomogę, jesteś dorosła”. Moment podejmowania decyzji o wyjściu zamąż za Jędrka
był tą chwilą, gdy najbardziej brakowało
jej wsparcia matki, miała żal do ojca, że absolutnie nie może na niego liczyć.
Tymczasem teściowa, dystyngowana, elegancka dama, pani Longina Krzycka, non
stop udzielała synkowi rad, że należy poczekać, zastanowić się, sprawdzić, czy
panna jest posłuszna mężowi, czy nie będzie za bardzo stawiać na swoim, bo go
to będzie ośmieszało w oczach ludzi.
No
właśnie, co ludzie powiedzą, to był główny motyw wszelkiego działania rodziny
Jędrka. Im mocniejszy stawał się ich związek, tym bardziej Asia obawiała się,
czy podoła.
Pobrali
się, gdy Joanna była na trzecim roku studiów. Na piątym zaczęła pracę w szkole
podstawowej. Tuż po obronie pracy magisterskiej (Rola kobiety prezentowana w
literaturze okresu pozytywizmu) stwierdziła, że spodziewa się dziecka. I tak, w
czerwcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku urodziła się
Maria. Teściowa zaoferowała pomoc. Którą młoda matka przyjęła z radością.
Dzięki temu już po roku mogła wrócić do pracy. Została wychowawczynią klasy
czwartej, zaprzyjaźniła się z drugą polonistką, Jolą Gajdą, która też miała
wtedy małą córeczkę Olę, bardzo zaangażowała się w pracę. Była zdziwiona, gdy
jej przyjaciółka dwa lata po urodzeniu córki znów spodziewała się dziecka. Mimo
swojego chrześcijańskiego podejścia do spraw rodziny nie wyobrażała sobie
drugiego dziecka. Ale wierzyła w Boży plan względem każdego człowieka, dlatego
z radością przyjęła drugie dziecko, Jarka, który urodził się dwa i pół roku po
Marysi. Joanna szybko wróciła do pracy, znów zaangażowała się w życie swoich
uczniów, co rano podrzucała dwójkę dzieci do teściowej, biegła do szkoły,
zarażała młode umysły czystą miłością do poezji i literatury, wymyślając coraz
to nowe metody na co bardziej opornych. Zdarzało się, że dzięki niej nawet
najbardziej ścisły i skłonny do konkretów umysł popełnił przynajmniej jeden
wiersz.
Pewnego
dnia pojawiła się, jak zwykle, u teściowej, gdzie została poczęstowana obiadem
i usłyszała od pięcioletniej wówczas córeczki:
-
Mamo, czy ja mogę zamieszkać tu z Babcią, Dziadkiem i Ciocią Elą? – Totalnie
zaskoczona, nie potraktowała tych słów zbyt poważnie.
Wkrótce
zaskoczył ją własny mąż:
-
Słuchaj, mama chciałaby, żeby Marysia z Jarkiem zamieszkali u nich przez jakiś
czas, myślę, że jest to bardzo dobry pomysł;
-
Czyś ty się z głupim na głowę zamienił, człowieku? Przecież to są nasze dzieci,
a nie twojej matki, nigdy ich nie oddam, zrozumiano? – wtedy pokłócili się po
raz pierwszy.
-
Ależ, kochanie, pomyśl. Ja teraz zakładam swoją klinikę, spędzam tam coraz
więcej czasu, ty prawie nie wychodzisz ze szkoły, dzieci i tak przez cały dzień są u Dziadków. Ela już
dowiedziała się o szkołę, bo Marysia będzie musiała przecież od września iść do
zerówki. – tłumaczył jak nakręcony.
-
Przestań! – nie wytrzymywała Asia.
Oczywiście
nie zgodziła się, ale zaczęła zauważać pewne dziwne zachowania dzieci.
-
Marysiu, chciałabym, abyś zanim pójdziemy na plac zabaw posprzątała swój pokój.
-
Nie, chcę iść już teraz! – krzyknęła dziewczynka. Asia jako doświadczony
pedagog, wiedziała, że w wychowaniu dziecka bardzo ważna jest konsekwencja,
dlatego zapowiedziała, że nie wyjdą, dopóki dziewczynka nie wykona polecenia.
Asia
postanowiła wykorzystać czas, który dała córce na wykonanie zadania na obranie
ziemniaków na obiad, siedziała właśnie w kuchni, gdy usłyszała z przedpokoju
głos córki, mówiącej do telefonu:
-
Babciu, proszę Cię, zabierz mnie. Ona nie chce ze mną pójść na dwór, tylko każe
mi sprzątać, ja już tego nie wytrzymam! – usłyszała artystyczny szloch
biednego, krzywdzonego dziecka;
Wiedziała,
że cokolwiek zrobi, będzie tą wyrodną matką. Dlatego konsekwentnie czekała na
wykonanie polecenia. Zamiast tego, doczekała się zgrzytu klucza w zamku.
-
Marynia, Babcia przyjechała, zabieram Cię, kochanie!
-
Babcia! - radośnie zawołało dziecko rzucając się wybawicielce na szyję.
No
tak, Jędruś dorobił dla mamusi klucze. To wyjaśniało, dlaczego czasem znajdowała
pozmywane przez krasnoludki naczynia, albo gdy wchodziła na drabinę, aby odkurzyć
wysokie szafki, okazywało się, że powierzchnie są lśniąco czyste. I pomyśleć,
że podejrzewała męża o to, że sprząta potajemnie. Ha! Ha!
-
Ubieraj się, córeczko, tatuś już się zgodził, jedziesz do Babci! – Teściowa
zdawała się nie zwracać uwagi na Joannę.
-
Mamo! To jest moja córka, a nie Twoja i ja też decyduję o jej wychowaniu! –
próbowała protestować;
-
Wszystko uzgodnione z Jędrkiem, on też jedzie dziś do nas na obiad. – Longina nie podjęła dyskusji.
-
Przecież miał zrobić zakupy – Joanna westchnęła ciężko.
-
Co? To on po to tyle lat studiował,
uczył się, żeby zakupy robić? – Obruszyła się Teściowa.
-
Zdaje się, że ja też się tyle lat uczyłam. – Nieśmiało wspomniała kobieta;
-
Ale ty jesteś kobietą. – Skwitowała krótko.
-
Ach, zapomniałam. – Trudno było dyskutować z takim stwierdzeniem faktu.
Kiedy
Jędrek wrócił z dzieciakami, nie bardzo rozumiał, co się dzieje.
-
Ale jestem skonany. Przez siedem godzin odbierałem poród klaczy, tam w tym
gospodarstwie niedaleko mamy.
-
Ach, to dlatego nie zrobiłeś zakupów?
-
O, Jezu, zapomniałem. Zresztą mogłaś przyjechać z dziećmi do mamy. A propos,
dlaczego ją tak źle potraktowałaś?
-
Słucham? Ja ją źle potraktowałam? A możesz mi wyjaśnić, dlaczego ona ma klucze
do naszego mieszkania? Dlaczego przyjeżdża i bez uzgodnienia ze mną chce zabrać
dziecko do siebie?- Czuła, że traci panowanie nad sobą.
-
Bo uzgodniła to ze mną, nie myślałem, że zaczniesz robić takie problemy?
Krew
się w niej wzburzyła. Już miała na końcu języka dosyć ostrą wypowiedź, gdy
zobaczyła córkę, która wybiegła ze swego pokoju i wtuliła się w ojca, jakby nie
widziała go nie wiadomo ile. A przecież dopiero wróciła z nim od Babci.
-
Tatusiu, jak dobrze, że jesteś? – Jędrzej natychmiast zapomniał o przedmiocie
swej rozmowy z żoną i przytulił płaczącą córeczkę.
-
Co jest, kochanie? – czule zapytał dziewczynkę.
-
Ona… - mała wskazała palcem na zdezorientowaną matkę – kazała mi sprzątać pokój
i nie pozwoliła mi wyjść na dwór, ani… - tu szloch uległ wzmocnieniu – pojechać
do Ba… babci..
-
Maryśka, idziesz do swojego pokoju natychmiast! – W Joannie wezbrały potoki
trudnej do okiełzania złości.
-
Tato! – Marysia obdarzyła ojca błagalnym spojrzeniem. Na matkę nie odważyła się
spojrzeć, jakby obawiała się porażenia gromem błyskającym z oczu.
-
Córciu, idź może do pokoju, ja spróbuję porozmawiać z mamą, dobrze? – obiecał
jej łagodnie;
-
No dobrze. – zgodziła się uprzejmie dziewczynka i powoli, zdradzając nadzieję,
że polecenie zostanie cofnięte wstała i udała się do celu.
-
Jak ty tak możesz? – Joanna ledwo panując nad sobą zaatakowała męża pytaniem;
-
Ale o co Ci chodzi? – jej mąż nic nie rozumiał;
-
Jak to o co Mi chodzi? Po pierwsze: Dlaczego twoja matka ma klucze do naszego
mieszkania?
-
Przecież zawsze podlewała nam kwiatki, gdy wyjeżdżaliśmy, w ogóle czasem
sprzątała. – tłumaczył się Jędrek;
-
No nie, jak to ona u nas sprzątała? Zawsze wtedy, gdy ty to miałeś robić, tak?
– wreszcie zrozumiała Aśka.
-
No, tak. – Przyznał się niczym uczniak przyłapany na gorącym uczynku.
-
Jędrek, proszę Cię! Czy ty słyszysz sam siebie? – krzyczała;
-
Co w tym dziwnego, że mama chce nam pomagać?
Przecież sama cieszyłaś się, że możesz u niej zostawić dzieci.
-
Ale nie przyszło mi do głowy, że ona zacznie buntować Maryśkę, o tobie nie
wspomnę. Chociaż faktycznie, po tobie mogłam się tego spodziewać od początku.
-
Aśka, przestań. Nie rób z igły widły. Marysia skarży się, że jej nie rozumiesz,
więc mama chciała pomóc.
- Pomóc, zmieniając moje polecenia, ustawiając
dziecko przeciw mnie? Ty to nazywasz pomocą? – Joanna krzyczała coraz głośniej;
-
Jak to? – Jędrzej wciąż nie rozumiał;
-
Czy uważasz, że sprzątnięcie pokoju jest taką krzywdą dla dziecka, że należy ją
przed tym chronić? – zapytała retorycznie;
-
Mańka mówiła, że nie chcesz jej puścić na dwór i karzesz siedzieć w domu.-
tłumaczył jej mętnie mąż.
-
Tak? A to ciekawe? To szanowna mamusia, albo ty nie mogliście zadzwonić i
poznać mojej wersji zdarzeń, tylko umawiać się z dzieckiem za moimi plecami?! –
krzyczała Joanna głośno wywołując tym samym dzieci z łóżek.
-
No, nie pomyśleliśmy. Trudno, nie rób
afery, chodźmy spać. – Jędrzej tłumaczył cichym, spokojnym tonem;
-
Ja dopiero zrobię aferę, ale wtedy ty i twoja mamusia nie pozbieracie się,
zapewniam;
Próbował
ją przytulić, ale poszła spać do salonu. W nocy długo modliła się, a rano
obudziła w bardzo bojowym nastroju.
-
Posłuchaj – zaczęła do męża przy śniadaniu – podjęłam decyzję, że od dziś twoja
rodzina będzie miała ograniczony kontakt z moimi dziećmi;
-
Nie zapominaj, że są to również moje dzieci. Porozmawiamy o tym wieczorem,
teraz spieszę się do kliniki. – Chwycił teczkę w dłoń i zamknął za sobą drzwi.
Joanna
wróciwszy ze szkoły, w której powszechną uwagę zwróciła jej wyjątkowo bojowa
postawa, oraz ogólne roztargnienie (na pierwszej lekcji poszła zamiast do
piątej b, do czwartej a, a na drugiej zaczęła omawiać „W pustyni i w puszczy” w
czwartej a, a jest to lektura szóstej przecież), zastała w domu teściową.
-
O, witaj, kochana, odebrałam już dzieci i ugotowałam wam obiad.
-
Och, dziękuję, mamo, ale nie trzeba było, ja wczoraj nasmażyłam kotletów na
trzy dni. – odpowiedziała kobieta sarkastycznie;
-
I co, będziesz takim starymi dzieci karmić? – matka Jędrzeja nie dawała za
wygraną.
-
Tak. Proszę, aby mama uprzejmie mnie raz w życiu posłuchała. – zaczęła
energicznym głosem;
-
Jak to? Ja Ciebie po raz pierwszy mam słuchać? Gdybym ja Ciebie nie słuchała,
to dawno bym Ci dzieci zabrała i tyle byś miała.
-
Póki co nie ma takiego prawa, które by ci na to pozwoliło. To są moje dzieci i
ja mam prawo do popełniania błędów wychowawczych, ale to są moje dzieci.
-
Ty słyszysz, co mówisz, JA, MOJE, MNIE tylko takie słowa umiesz najlepiej
wymawiać.
-
Dobrze, mamo, poproszę, abyś opuściła mój dom.
-
Babciu, zostań!
-
Oczywiście, że zostanę, kochanieńka. Poczekamy razem na tatusia, on na pewno
się zgodzi na nasz plan;
-
Marysiu, idź natychmiast do swojego pokoju, ja muszę z Babcią porozmawiać.
-
Ale ja nie mam o czym z Tobą rozmawiać, ale idź wnusiu, tak będzie lepiej, nie
ma co złościć matki.
Joanna
czuła, że za chwilę eksploduje. Zrozumiała, że jej dążenie do porozumienia z
teściową należy do gatunku syzyfowych prac. Postanowiła ostatecznie rozmówić
się z mężem.
Ale
po powrocie Jędrzeja, zanim została dopuszczona do głosu, zapadła już decyzja,
że Marysia będzie przez dwa tygodnie mieszkać u Babci, a Jarek mocno skarcony
za to, że zbyt głośno się bawi.
-
Słuchaj, Jędrek, ja nie chcę toczyć jakiejś wojny podjazdowej używając do tego
dziecka, dlatego Maryśka zostanie te dwa tygodnie u twojej rodziny, ale
zapewniam Cię, że to ostatnia taka twoja akcja, ostrzegam.
-
Wiesz, jestem bardzo zmęczony, nie mam siły myśleć. Proszę Cię, przestań
generować problemy;
-
O, proszę, co za słownictwo. Rozwijasz się mój drogi. Pamiętaj. Ostatni raz
twoja matka zmieniła moją decyzję co do dzieci.
-
Mama jest starsza, doświadczona, wychowała już dzieci, może Ci pomóc, doradzić.
– Mówił tak, jakby recytował wyuczony tekst.
-
Czy ty naprawdę jesteś na tyle ślepy, że nie widzisz, że ona mi nie doradza,
tylko buntuje dziecko przeciw mnie.
-
A tam, zaraz buntuje. Chce pomóc.
Rozmowa
stawała się coraz bardziej bezsensowna.
Joanna długo myślała, jak postąpić. Gdy Marysia po dwóch tygodniach wróciła do
domu, już wiedziała, co zrobi. Znalazła pracę w wydawnictwie edukacyjnym jako
przedstawicielka handlowa. Praca ta była może mniej ambitna od pracy w szkole,
ale za to lepiej płatna. Pozwoliło jej to pomyśleć o zatrudnieniu opiekunki.
-
Co takiego? Obca baba będzie się opiekować moimi wnukami? Po moim trupie! –
krzyczała Teściowa.
-
Przecież Mama zawsze może się zająć dziećmi – tłumaczył Krzycki.
-
Jak ty mogłaś nie pytając męża o zdanie zmienić pracę! – złościła się Longina;
-
Przecież to nie jemu zmieniłam pracę, tylko sobie! – krzyczała młodsza Krzycka.
-
Ale żona powinna być posłuszna mężowi. Latasz ciągle do Kościoła, na
pielgrzymki to powinnaś to wiedzieć. – Teściowa wytoczyła najcięższą ze swoich
armat.
I
tak minęło kilka miesięcy. Marysia poszła do pierwszej klasy, Joanna celowo nie
wpisała teściowej na listę osób upoważnionych do odbierania dziecka. Andrzej
całe dnie spędzał w klinice i nie był w stanie tego zmienić. Na pierwszy wybuch
nie trzeba było długo czekać.
-
Ale proszę pani, ja jestem babcią i mam prawo odebrać swoją wnuczkę! –
krzyczała do pani ze świetlicy pani Longina.
-
Niestety, pani nie jest osobą upoważnioną przez rodziców, niestety, mnie
obowiązuje ich decyzja. – tłumaczyła się młoda nauczycielka;
-
Jak to: Ja nie jestem upoważniona? – pani Longina omal nie rzuciła się na
kobietę.
W
tym czasie nadeszła niewysoka, energiczna blondynka, prowadząc za rękę
Jareczka, oznajmiła, że przyszła po Marysię Krzycką.
Okazało
się, że jej dane znajdowały się na tej ważnej liście, nauczycielka bez słowa
wydała dziecko.
-
Jak Pani może oddawać dziecko obcej osobie, a nie babci? – pani Longina niemal
zagotowała się ze złości;
-
Proszę Pani, powtarzam, mnie obowiązują deklaracje rodziców w tych sprawach. –
głos nauczycielki był stanowczy.
-
Tak nie może być! Ja zaraz pójdę do Pani Dyrektor.- zagroziła jej Babcia
Marysi;
-
W tej szkole mamy Pana Dyrektora. – z ledwo wyczuwalną dozą ironii powiedziała
nauczycielka;
-
Nie szkodzi. Myślę, że dziś był ostatni dzień Pani pracy. – kontynuowała swe
groźby starsza pani;
Najpierw
pobiegła do szatni, gdzie zaatakowała opiekunkę:
-
A pani to przepraszam, kto?
-
Luiza Sochan, opiekunka dzieci.- rzeczowo przedstawiła się młoda kobieta – A
pani?
-
Ja proszę pani jestem Babcią. Zrobimy tak: Pani dzisiaj ma już wolne, a ja
zabiorę dzieci. – próbowała nieco łagodniej pani Krzycka
-
Nie ma mowy! Ja mam umowę z panią Joanną i tylko ona może mnie zwolnić. –
odpowiedziała opiekunka.
-
Ja chcę do Babci! - zaczęła krzyczeć
Marysia;
-
Uspokój się, Maniu, porozmawiasz o tym z mamą, nie ze mną. –opiekunka stanowczo
ucięła dyskusję z dzieckiem.
-
W takim razie ja zaraz zrobię aferę w szkole, ostatni raz tu pani przyszła,
gwarantuję pani – groziła pani Luizie;
-
Marysia, Jaruś, idziemy! – nie zwracając uwagi na groźby starszej pani,
opiekunka dziarsko chwyciła dwójkę dzieci za ręce i opuściła szkołę.
Pani
Longina Krzycka udała się zatem, tak jak zagroziła wszystkim, do gabinetu
Dyrektora. Tam niemal odepchnęła pulchną sekretarkę i wdarła się do
pomieszczenia, następnie stanęła jak wryta.
-
Gdzie jest Dyrektor, synku? – zagadnęła widząc siedzącego za biurkiem niewysokiego,
bardzo szczupłego blondynka w okularach o bardzo dziecinnym wyrazie twarzy.
Ten
stłumił w sobie śmiech, wstał, przybrał poważny wyraz swego młodego oblicza i
przedstawił się:
-
Janusz Dorata, jestem dyrektorem tej szkoły, w czym mogę pani pomóc?
-
A, to dlatego takie rzeczy się tu dzieją? – skwitowała Babcia;
-
Pani zechce usiąść i przedstawić mi swoją sprawę od początku – wskazał jej
fotel, a gdy usiadła, zajął drugi.
-
Nazywam się Longina Krzycka, chciałam dziś odebrać wnuczkę ze świetlicy, ale mi
nie pozwolono. Za to bez słowa wydano dziecko jakiejś obcej dziewusze. – żaliła
się.
-
A czy rodzice dziewczynki upoważnili Panią do odbioru dziecka? - zapytał
-
Na pewno tak. Przecież syn by mi tego nie zrobił. – wyraziła swą nadzieję;
Dyrektor
wstał, otworzył drzwi do sekretariatu i wydał asystentce polecenie:
-
Alu, znajdź mi proszę teczkę… Przepraszam, jak nazywa się wnuczka szanownej
Pani? – zwrócił się do swej petentki;
-
Maria Krzycka, panie Dyrektorze – jej głos zabrzmiał nieco ironicznie. Młody
wiek człowieka, który zarządzał szkołą powodował u niej brak respektu;
-
Poproszę o teczkę Marii Krzyckiej – dokończył polecenie;
Po
chwili miał już stosowną teczkę w ręku, otworzył i znalazł interesujący go
dokument, uważnie przeczytał i powiedział do swej rozmówczyni:
-
Bardzo mi przykro, ale do odbioru Marii są upoważnieni jedynie rodzice i pani
Luiza Sochan, opiekunka, więcej nikt.
-
To nie możliwe. Kto takiego gówniarza posadził na takim stołku. Ciebie tu
wszyscy robią w balona, synku. – powiedziała na odchodnym.
Zrzucając
przybornik z biurka sekretarki opuściła pomieszczenia.
Joanna
odebrała telefon od opiekunki i zaczęła rozmowę od przeprosin za brak
ostrzeżenia. Rzeczywiście, naiwnie uwierzyła, że rozwiązała tę sprawę
ostatecznie. Nie doceniła swojej teściowej. No cóż.
-
Jak ty mogłaś nie upoważnić mamy do odbioru Marysi? – wieczorem zrobił jej
wyrzuty szacowny małżonek; - Nie wiedziałem, że ty jesteś taka konfliktowa.
Joanna
postawiła na swoim i decyzji nie zmieniła. Zdarzyły się jeszcze może ze dwie
afery w szkole i przedszkolu, a potem chyba babcia przyjęła do wiadomości.
Wkrótce
wyjechała w delegację. Teściowa próbowała wykorzystać ten czas na
przeprowadzenie swego niecnego planu.
Andrzej
podpisał upoważnienie dla swej matki do odbioru córki ze szkoły i syna z
przedszkola. Nauczycielki miały pewne wątpliwości, ale pisma były sformułowane
prawidłowo, więc musiały wydać. Pani Luiza była bardzo niezadowolona, bo
została wysłana na przymusowy urlop, pozbawiona więc dochodów. Ale ani Andrzej,
ani jego matka nie zawracali sobie tym głowy. Pan Krzycki dalej był
weterynarzem, kochał wszystkie zwierzęta tak bardzo, że nie zgadzał się na
więzienie ich w domu. To tłumaczyło nieobecność czworonogów w domu. Od pewnego
czasu był też biznesmenem i wiele czasu i energii pochłaniały mu sprawy
organizacyjno - finansowe kliniki.
Pewnego wieczora wrócił późno do domu, zamówił taksówkę matce i odgrzał sobie
spóźnioną kolację.
-
Tato, brzuch mnie boli. – słowa małego Jarka bardzo go zaskoczyły, wyrwały z
zamyślenia.
-
Chodź tu synku, zaraz zrobię Ci mięty!
-
Nie chcę mięty. Chcę do mamy! – pięciolatek wtulił się w ojca.
-
Ocho, jaki maminsynek, he, he! – Marysia pojawiła się w drzwiach kuchni cicho
niczym kot.
-
Marysiu, nie dokuczaj bratu. – delikatnie zwrócił jej uwagę ojciec. Wyciągnął
do niej rękę – chodź, przytul się do taty.
Oboje
marudzili niemal do rana. W pewnym momencie on też zatęsknił za Joanną, bo
wiedział, że przy niej takie noce się
nie zdarzają.
Następnego
dnia odprowadził dzieci do szkoły i przedszkola, następnie pospieszył do firmy
i zajął się jej sprawami. W tym czasie Joanna wróciła do domu. Tuż przed ich
domem usłyszała dochodzące z krzaków miauczenie.
Podeszła
bliżej i zobaczyła malutką, żółciutką kulkę. Gdy podniosła, kuleczka zmieściła
się jej w dłoni. Szybko udała się do domu, gdzie zostawiła bagaże i natychmiast
zaniosła znalezisko do kliniki swego męża.
-
Aśka, co ty tu robisz? – ucieszył się na jej widok; Jej dłuższa nieobecność
dała mu się nieźle we znaki.
-
Słuchaj, zobacz co znalazłam przed naszym domem. Andrzej fachowo wziął
maleństwo i zbadał. Zwierzątko okazało się zdrową, ośmiotygodniową kotką.
-
Chyba nie zamierzasz jej zostawić w domu? – usłyszała niepokój w głosie męża.
-
No, właśnie nie wiem. Dzieci zawsze chciały mieć psa, ale to by nas bardzo
uwiązało. Może kot lepiej się sprawdzi.
-
Dobra, przyniosę wieczorem wyprawkę z naszego sklepu. Radość dzieci była
niesamowita. Nowa pupilka otrzymała wdzięczne imię Stasia i zamieszkała w domu
państwa Krzyckich. Nie wiedzieli tylko, że mała dokona jeszcze tego jednego,
tak ważnego cudu.
Wiosna
była tego roku piękna. Luiza, która siłą rzeczy została wciągnięta w rozgrywki
rodzinne państwa Krzyckich, tego dnia wygrała wyścig z Babcią i odebrała
Marysię ze szkoły tuż po zakończeniu lekcji, następnie Jarka z przedszkola tuż
po podwieczorku. Następnie korzystając z pięknej pogody została z dziećmi na
placu zabaw.
Pani
Longina zaś wytrwała w swoim dążeniu do zawładnięcia rodziną syna poszła do
szkoły i bardzo się zdenerwowała informacją, że dziecko zostało już odebrane.
-
Pani Krzycka wycofała zgodę na odbieranie dziecka przez panią.
-
To ja jestem pani Krzycka i wiem, że na pewno mogę odebrać moją wnuczkę.
Mówiłam pani, że ta gówniara nie może jej odbierać.
-
Przykro mi, ale to rodzice podejmują tego typu decyzje.
-
Ty durna służbistko. Jeśli coś się stanie mojej wnuczce, będzie to twoja wina!
– zagroziła nauczycielce. W przedszkolu odbyła mniej więcej podobną rozmowę i
jak niepyszna wróciła do domu. Ta franca zmieniła zamki, ale ona potrafi zmusić
syna do posłuszeństwa. I rad nierad Andrzej dorobił dla niej komplet (w
tajemnicy przed żoną oczywiście).
Otworzyła
sobie drzwi i ledwo weszła do przedpokoju coś skoczyło jej na głowę.
-
Co jest do licha! – oszołomiona aż
przysiadła na podłodze. I wtedy owo coś zeskoczyło na podłogę i słodko
zamiauczało.
-
O nie, kot! Przecież oni dobrze wiedzą, że jestem uczulona. Specjalnie to
zrobiła menda jedna. Łzy napłynęły jej do oczu, zaczęła kichać nie mogła wstać
z przerażenia. Czym prędzej uciekła z mieszkania swego syna, rzucając niezbyt
cenzuralne słowa pod adresem swojej synowej.
Tak
oto malutka Stasia przyczyniła się do przywrócenia spokoju w rodzinie państwa
Krzyckich. 15. Stasia
Lato
było udane tego roku. Rodzina państwa Krzyckich zostawiła małą, już
kilkumiesięczną żółciutką kotkę Stasię w hostelu przy klinice weterynaryjnej
pana Andrzeja i wyruszyli na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Asia i Andrzej
po kilkuletniej przerwie na wychowanie dzieci wracali na szlak. Ośmioletnia
Marysia i sześcioletni Jarek szli po raz pierwszy. Wszyscy mieli szczególną intencję:
podziękowanie za przywrócenie spokoju w rodzinie. I łączyli się z całym narodem
wciąż pogrążonym w bólu po śmierci ukochanego Jana Pawła II.
Na
pewno nie podzielała tej intencji mama Andrzeja, pani Longina, ani jego siostra
– Elżbieta.
Ela,
dobiegająca czterdziestki brunetka zapłaciła za spokój w rodzinie brata tym, że cała troska i kontrola macierzyńska
przelała się na nią i na jej życie osobiste. W przeciwieństwie do brata była
osobą o bardziej uległym usposobieniu i nie stać jej było na gest typu wyprowadzenie
się od matki. Ani tym bardziej na wyjście zamąż wbrew woli rodzicielki. A żaden
z dotychczasowych absztyfikantów nie uzyskał aprobaty pani Longiny. Dlatego
mimo tak zwanego wieku średniego wciąż była sama.
A
Andrzej miał żonę i dwójkę dzieci, a na dodatek sprawił sobie kota, przez
którego matka nie może go odwiedzać.
*
280
Warszawska Pielgrzymka Piesza zbliżała się już do stóp Jasnej Góry. Joanna
Sokołowska była zmęczona, ale szczęśliwa. Dziękowała za zdaną maturę i prosiła
o dobrego męża. Z radością oczekiwała na spotkanie z Ojcem świętym. Dostała się
na polonistykę i wiązała swoją przyszłość z literaturą. Zapewne jak większość dziewczyn w jej wieku,
marzyła o wielkiej, prawdziwej miłości i gromadce dzieci. Nie była zbyt
urodziwą dziewczyną, ale pełną wdzięku.
Tego
dnia dopadł ją ostatni kryzys. Zrobiło się jej za słabo, zatrzymała się.
-
Co jest, siostrzyczko?- wysoki blondyn o niebieskich oczach podał jej swoje
ramię. I tak razem weszli do Częstochowy. Andrzej Krzycki był już studentem
sggw, wydziału weterynarii. Ujął ją tym ogniem, który błyskał z jego oczu, gdy
opowiadał o zwierzętach, zwłaszcza tych, ze schroniska, w którym był
wolontariuszem. Wymienili się adresami, telefonami i wrócili, każde do swoich
zajęć. W październiku spotkali się po raz pierwszy w Warszawie i odtąd
spotykali się dosyć często. Na następną pielgrzymkę poszli już trzymając się za
ręce, jako para.
Joanna
w bardzo smutnych okolicznościach ukończyła pierwszy rok polonistyki. W wypadku
samochodowym zginęła jej mama i brat. Została sama z ojcem, który popadł w
depresję. Jędrek okazał się bardzo dobrym przyjacielem. Nie zauważyła wówczas,
jak bardzo jest związany ze swoją matką i rodzeństwem.
Zresztą,
czy to wada człowieka, że jest związany ze swoimi bliskimi? Wtedy była pewna,
że nie. Sama miała wyrzuty sumienia, że ma z ojcem tak kiepską relację. Pan
Witold, po śmierci żony i syna wycofał się z życia, przeszedł na emeryturę, do
córki mówił: „Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, ja Ci w niczym już nie
pomogę, jesteś dorosła”. Moment podejmowania decyzji o wyjściu zamąż za Jędrka
był tą chwilą, gdy najbardziej brakowało
jej wsparcia matki, miała żal do ojca, że absolutnie nie może na niego liczyć.
Tymczasem teściowa, dystyngowana, elegancka dama, pani Longina Krzycka, non
stop udzielała synkowi rad, że należy poczekać, zastanowić się, sprawdzić, czy
panna jest posłuszna mężowi, czy nie będzie za bardzo stawiać na swoim, bo go
to będzie ośmieszało w oczach ludzi.
No
właśnie, co ludzie powiedzą, to był główny motyw wszelkiego działania rodziny
Jędrka. Im mocniejszy stawał się ich związek, tym bardziej Asia obawiała się,
czy podoła.
Pobrali
się, gdy Joanna była na trzecim roku studiów. Na piątym zaczęła pracę w szkole
podstawowej. Tuż po obronie pracy magisterskiej (Rola kobiety prezentowana w
literaturze okresu pozytywizmu) stwierdziła, że spodziewa się dziecka. I tak, w
czerwcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku urodziła się
Maria. Teściowa zaoferowała pomoc. Którą młoda matka przyjęła z radością.
Dzięki temu już po roku mogła wrócić do pracy. Została wychowawczynią klasy
czwartej, zaprzyjaźniła się z drugą polonistką, Jolą Gajdą, która też miała
wtedy małą córeczkę Olę, bardzo zaangażowała się w pracę. Była zdziwiona, gdy
jej przyjaciółka dwa lata po urodzeniu córki znów spodziewała się dziecka. Mimo
swojego chrześcijańskiego podejścia do spraw rodziny nie wyobrażała sobie
drugiego dziecka. Ale wierzyła w Boży plan względem każdego człowieka, dlatego
z radością przyjęła drugie dziecko, Jarka, który urodził się dwa i pół roku po
Marysi. Joanna szybko wróciła do pracy, znów zaangażowała się w życie swoich
uczniów, co rano podrzucała dwójkę dzieci do teściowej, biegła do szkoły,
zarażała młode umysły czystą miłością do poezji i literatury, wymyślając coraz
to nowe metody na co bardziej opornych. Zdarzało się, że dzięki niej nawet
najbardziej ścisły i skłonny do konkretów umysł popełnił przynajmniej jeden
wiersz.
Pewnego
dnia pojawiła się, jak zwykle, u teściowej, gdzie została poczęstowana obiadem
i usłyszała od pięcioletniej wówczas córeczki:
-
Mamo, czy ja mogę zamieszkać tu z Babcią, Dziadkiem i Ciocią Elą? – Totalnie
zaskoczona, nie potraktowała tych słów zbyt poważnie.
Wkrótce
zaskoczył ją własny mąż:
-
Słuchaj, mama chciałaby, żeby Marysia z Jarkiem zamieszkali u nich przez jakiś
czas, myślę, że jest to bardzo dobry pomysł;
-
Czyś ty się z głupim na głowę zamienił, człowieku? Przecież to są nasze dzieci,
a nie twojej matki, nigdy ich nie oddam, zrozumiano? – wtedy pokłócili się po
raz pierwszy.
-
Ależ, kochanie, pomyśl. Ja teraz zakładam swoją klinikę, spędzam tam coraz
więcej czasu, ty prawie nie wychodzisz ze szkoły, dzieci i tak przez cały dzień są u Dziadków. Ela już
dowiedziała się o szkołę, bo Marysia będzie musiała przecież od września iść do
zerówki. – tłumaczył jak nakręcony.
-
Przestań! – nie wytrzymywała Asia.
Oczywiście
nie zgodziła się, ale zaczęła zauważać pewne dziwne zachowania dzieci.
-
Marysiu, chciałabym, abyś zanim pójdziemy na plac zabaw posprzątała swój pokój.
-
Nie, chcę iść już teraz! – krzyknęła dziewczynka. Asia jako doświadczony
pedagog, wiedziała, że w wychowaniu dziecka bardzo ważna jest konsekwencja,
dlatego zapowiedziała, że nie wyjdą, dopóki dziewczynka nie wykona polecenia.
Asia
postanowiła wykorzystać czas, który dała córce na wykonanie zadania na obranie
ziemniaków na obiad, siedziała właśnie w kuchni, gdy usłyszała z przedpokoju
głos córki, mówiącej do telefonu:
-
Babciu, proszę Cię, zabierz mnie. Ona nie chce ze mną pójść na dwór, tylko każe
mi sprzątać, ja już tego nie wytrzymam! – usłyszała artystyczny szloch
biednego, krzywdzonego dziecka;
Wiedziała,
że cokolwiek zrobi, będzie tą wyrodną matką. Dlatego konsekwentnie czekała na
wykonanie polecenia. Zamiast tego, doczekała się zgrzytu klucza w zamku.
-
Marynia, Babcia przyjechała, zabieram Cię, kochanie!
-
Babcia! - radośnie zawołało dziecko rzucając się wybawicielce na szyję.
No
tak, Jędruś dorobił dla mamusi klucze. To wyjaśniało, dlaczego czasem znajdowała
pozmywane przez krasnoludki naczynia, albo gdy wchodziła na drabinę, aby odkurzyć
wysokie szafki, okazywało się, że powierzchnie są lśniąco czyste. I pomyśleć,
że podejrzewała męża o to, że sprząta potajemnie. Ha! Ha!
-
Ubieraj się, córeczko, tatuś już się zgodził, jedziesz do Babci! – Teściowa
zdawała się nie zwracać uwagi na Joannę.
-
Mamo! To jest moja córka, a nie Twoja i ja też decyduję o jej wychowaniu! –
próbowała protestować;
-
Wszystko uzgodnione z Jędrkiem, on też jedzie dziś do nas na obiad. – Longina nie podjęła dyskusji.
-
Przecież miał zrobić zakupy – Joanna westchnęła ciężko.
-
Co? To on po to tyle lat studiował,
uczył się, żeby zakupy robić? – Obruszyła się Teściowa.
-
Zdaje się, że ja też się tyle lat uczyłam. – Nieśmiało wspomniała kobieta;
-
Ale ty jesteś kobietą. – Skwitowała krótko.
-
Ach, zapomniałam. – Trudno było dyskutować z takim stwierdzeniem faktu.
Kiedy
Jędrek wrócił z dzieciakami, nie bardzo rozumiał, co się dzieje.
-
Ale jestem skonany. Przez siedem godzin odbierałem poród klaczy, tam w tym
gospodarstwie niedaleko mamy.
-
Ach, to dlatego nie zrobiłeś zakupów?
-
O, Jezu, zapomniałem. Zresztą mogłaś przyjechać z dziećmi do mamy. A propos,
dlaczego ją tak źle potraktowałaś?
-
Słucham? Ja ją źle potraktowałam? A możesz mi wyjaśnić, dlaczego ona ma klucze
do naszego mieszkania? Dlaczego przyjeżdża i bez uzgodnienia ze mną chce zabrać
dziecko do siebie?- Czuła, że traci panowanie nad sobą.
-
Bo uzgodniła to ze mną, nie myślałem, że zaczniesz robić takie problemy?
Krew
się w niej wzburzyła. Już miała na końcu języka dosyć ostrą wypowiedź, gdy
zobaczyła córkę, która wybiegła ze swego pokoju i wtuliła się w ojca, jakby nie
widziała go nie wiadomo ile. A przecież dopiero wróciła z nim od Babci.
-
Tatusiu, jak dobrze, że jesteś? – Jędrzej natychmiast zapomniał o przedmiocie
swej rozmowy z żoną i przytulił płaczącą córeczkę.
-
Co jest, kochanie? – czule zapytał dziewczynkę.
-
Ona… - mała wskazała palcem na zdezorientowaną matkę – kazała mi sprzątać pokój
i nie pozwoliła mi wyjść na dwór, ani… - tu szloch uległ wzmocnieniu – pojechać
do Ba… babci..
-
Maryśka, idziesz do swojego pokoju natychmiast! – W Joannie wezbrały potoki
trudnej do okiełzania złości.
-
Tato! – Marysia obdarzyła ojca błagalnym spojrzeniem. Na matkę nie odważyła się
spojrzeć, jakby obawiała się porażenia gromem błyskającym z oczu.
-
Córciu, idź może do pokoju, ja spróbuję porozmawiać z mamą, dobrze? – obiecał
jej łagodnie;
-
No dobrze. – zgodziła się uprzejmie dziewczynka i powoli, zdradzając nadzieję,
że polecenie zostanie cofnięte wstała i udała się do celu.
-
Jak ty tak możesz? – Joanna ledwo panując nad sobą zaatakowała męża pytaniem;
-
Ale o co Ci chodzi? – jej mąż nic nie rozumiał;
-
Jak to o co Mi chodzi? Po pierwsze: Dlaczego twoja matka ma klucze do naszego
mieszkania?
-
Przecież zawsze podlewała nam kwiatki, gdy wyjeżdżaliśmy, w ogóle czasem
sprzątała. – tłumaczył się Jędrek;
-
No nie, jak to ona u nas sprzątała? Zawsze wtedy, gdy ty to miałeś robić, tak?
– wreszcie zrozumiała Aśka.
-
No, tak. – Przyznał się niczym uczniak przyłapany na gorącym uczynku.
-
Jędrek, proszę Cię! Czy ty słyszysz sam siebie? – krzyczała;
-
Co w tym dziwnego, że mama chce nam pomagać?
Przecież sama cieszyłaś się, że możesz u niej zostawić dzieci.
-
Ale nie przyszło mi do głowy, że ona zacznie buntować Maryśkę, o tobie nie
wspomnę. Chociaż faktycznie, po tobie mogłam się tego spodziewać od początku.
-
Aśka, przestań. Nie rób z igły widły. Marysia skarży się, że jej nie rozumiesz,
więc mama chciała pomóc.
- Pomóc, zmieniając moje polecenia, ustawiając
dziecko przeciw mnie? Ty to nazywasz pomocą? – Joanna krzyczała coraz głośniej;
-
Jak to? – Jędrzej wciąż nie rozumiał;
-
Czy uważasz, że sprzątnięcie pokoju jest taką krzywdą dla dziecka, że należy ją
przed tym chronić? – zapytała retorycznie;
-
Mańka mówiła, że nie chcesz jej puścić na dwór i karzesz siedzieć w domu.-
tłumaczył jej mętnie mąż.
-
Tak? A to ciekawe? To szanowna mamusia, albo ty nie mogliście zadzwonić i
poznać mojej wersji zdarzeń, tylko umawiać się z dzieckiem za moimi plecami?! –
krzyczała Joanna głośno wywołując tym samym dzieci z łóżek.
-
No, nie pomyśleliśmy. Trudno, nie rób
afery, chodźmy spać. – Jędrzej tłumaczył cichym, spokojnym tonem;
-
Ja dopiero zrobię aferę, ale wtedy ty i twoja mamusia nie pozbieracie się,
zapewniam;
Próbował
ją przytulić, ale poszła spać do salonu. W nocy długo modliła się, a rano
obudziła w bardzo bojowym nastroju.
-
Posłuchaj – zaczęła do męża przy śniadaniu – podjęłam decyzję, że od dziś twoja
rodzina będzie miała ograniczony kontakt z moimi dziećmi;
-
Nie zapominaj, że są to również moje dzieci. Porozmawiamy o tym wieczorem,
teraz spieszę się do kliniki. – Chwycił teczkę w dłoń i zamknął za sobą drzwi.
Joanna
wróciwszy ze szkoły, w której powszechną uwagę zwróciła jej wyjątkowo bojowa
postawa, oraz ogólne roztargnienie (na pierwszej lekcji poszła zamiast do
piątej b, do czwartej a, a na drugiej zaczęła omawiać „W pustyni i w puszczy” w
czwartej a, a jest to lektura szóstej przecież), zastała w domu teściową.
-
O, witaj, kochana, odebrałam już dzieci i ugotowałam wam obiad.
-
Och, dziękuję, mamo, ale nie trzeba było, ja wczoraj nasmażyłam kotletów na
trzy dni. – odpowiedziała kobieta sarkastycznie;
-
I co, będziesz takim starymi dzieci karmić? – matka Jędrzeja nie dawała za
wygraną.
-
Tak. Proszę, aby mama uprzejmie mnie raz w życiu posłuchała. – zaczęła
energicznym głosem;
-
Jak to? Ja Ciebie po raz pierwszy mam słuchać? Gdybym ja Ciebie nie słuchała,
to dawno bym Ci dzieci zabrała i tyle byś miała.
-
Póki co nie ma takiego prawa, które by ci na to pozwoliło. To są moje dzieci i
ja mam prawo do popełniania błędów wychowawczych, ale to są moje dzieci.
-
Ty słyszysz, co mówisz, JA, MOJE, MNIE tylko takie słowa umiesz najlepiej
wymawiać.
-
Dobrze, mamo, poproszę, abyś opuściła mój dom.
-
Babciu, zostań!
-
Oczywiście, że zostanę, kochanieńka. Poczekamy razem na tatusia, on na pewno
się zgodzi na nasz plan;
-
Marysiu, idź natychmiast do swojego pokoju, ja muszę z Babcią porozmawiać.
-
Ale ja nie mam o czym z Tobą rozmawiać, ale idź wnusiu, tak będzie lepiej, nie
ma co złościć matki.
Joanna
czuła, że za chwilę eksploduje. Zrozumiała, że jej dążenie do porozumienia z
teściową należy do gatunku syzyfowych prac. Postanowiła ostatecznie rozmówić
się z mężem.
Ale
po powrocie Jędrzeja, zanim została dopuszczona do głosu, zapadła już decyzja,
że Marysia będzie przez dwa tygodnie mieszkać u Babci, a Jarek mocno skarcony
za to, że zbyt głośno się bawi.
-
Słuchaj, Jędrek, ja nie chcę toczyć jakiejś wojny podjazdowej używając do tego
dziecka, dlatego Maryśka zostanie te dwa tygodnie u twojej rodziny, ale
zapewniam Cię, że to ostatnia taka twoja akcja, ostrzegam.
-
Wiesz, jestem bardzo zmęczony, nie mam siły myśleć. Proszę Cię, przestań
generować problemy;
-
O, proszę, co za słownictwo. Rozwijasz się mój drogi. Pamiętaj. Ostatni raz
twoja matka zmieniła moją decyzję co do dzieci.
-
Mama jest starsza, doświadczona, wychowała już dzieci, może Ci pomóc, doradzić.
– Mówił tak, jakby recytował wyuczony tekst.
-
Czy ty naprawdę jesteś na tyle ślepy, że nie widzisz, że ona mi nie doradza,
tylko buntuje dziecko przeciw mnie.
-
A tam, zaraz buntuje. Chce pomóc.
Rozmowa
stawała się coraz bardziej bezsensowna.
Joanna długo myślała, jak postąpić. Gdy Marysia po dwóch tygodniach wróciła do
domu, już wiedziała, co zrobi. Znalazła pracę w wydawnictwie edukacyjnym jako
przedstawicielka handlowa. Praca ta była może mniej ambitna od pracy w szkole,
ale za to lepiej płatna. Pozwoliło jej to pomyśleć o zatrudnieniu opiekunki.
-
Co takiego? Obca baba będzie się opiekować moimi wnukami? Po moim trupie! –
krzyczała Teściowa.
-
Przecież Mama zawsze może się zająć dziećmi – tłumaczył Krzycki.
-
Jak ty mogłaś nie pytając męża o zdanie zmienić pracę! – złościła się Longina;
-
Przecież to nie jemu zmieniłam pracę, tylko sobie! – krzyczała młodsza Krzycka.
-
Ale żona powinna być posłuszna mężowi. Latasz ciągle do Kościoła, na
pielgrzymki to powinnaś to wiedzieć. – Teściowa wytoczyła najcięższą ze swoich
armat.
I
tak minęło kilka miesięcy. Marysia poszła do pierwszej klasy, Joanna celowo nie
wpisała teściowej na listę osób upoważnionych do odbierania dziecka. Andrzej
całe dnie spędzał w klinice i nie był w stanie tego zmienić. Na pierwszy wybuch
nie trzeba było długo czekać.
-
Ale proszę pani, ja jestem babcią i mam prawo odebrać swoją wnuczkę! –
krzyczała do pani ze świetlicy pani Longina.
-
Niestety, pani nie jest osobą upoważnioną przez rodziców, niestety, mnie
obowiązuje ich decyzja. – tłumaczyła się młoda nauczycielka;
-
Jak to: Ja nie jestem upoważniona? – pani Longina omal nie rzuciła się na
kobietę.
W
tym czasie nadeszła niewysoka, energiczna blondynka, prowadząc za rękę
Jareczka, oznajmiła, że przyszła po Marysię Krzycką.
Okazało
się, że jej dane znajdowały się na tej ważnej liście, nauczycielka bez słowa
wydała dziecko.
-
Jak Pani może oddawać dziecko obcej osobie, a nie babci? – pani Longina niemal
zagotowała się ze złości;
-
Proszę Pani, powtarzam, mnie obowiązują deklaracje rodziców w tych sprawach. –
głos nauczycielki był stanowczy.
-
Tak nie może być! Ja zaraz pójdę do Pani Dyrektor.- zagroziła jej Babcia
Marysi;
-
W tej szkole mamy Pana Dyrektora. – z ledwo wyczuwalną dozą ironii powiedziała
nauczycielka;
-
Nie szkodzi. Myślę, że dziś był ostatni dzień Pani pracy. – kontynuowała swe
groźby starsza pani;
Najpierw
pobiegła do szatni, gdzie zaatakowała opiekunkę:
-
A pani to przepraszam, kto?
-
Luiza Sochan, opiekunka dzieci.- rzeczowo przedstawiła się młoda kobieta – A
pani?
-
Ja proszę pani jestem Babcią. Zrobimy tak: Pani dzisiaj ma już wolne, a ja
zabiorę dzieci. – próbowała nieco łagodniej pani Krzycka
-
Nie ma mowy! Ja mam umowę z panią Joanną i tylko ona może mnie zwolnić. –
odpowiedziała opiekunka.
-
Ja chcę do Babci! - zaczęła krzyczeć
Marysia;
-
Uspokój się, Maniu, porozmawiasz o tym z mamą, nie ze mną. –opiekunka stanowczo
ucięła dyskusję z dzieckiem.
-
W takim razie ja zaraz zrobię aferę w szkole, ostatni raz tu pani przyszła,
gwarantuję pani – groziła pani Luizie;
-
Marysia, Jaruś, idziemy! – nie zwracając uwagi na groźby starszej pani,
opiekunka dziarsko chwyciła dwójkę dzieci za ręce i opuściła szkołę.
Pani
Longina Krzycka udała się zatem, tak jak zagroziła wszystkim, do gabinetu
Dyrektora. Tam niemal odepchnęła pulchną sekretarkę i wdarła się do
pomieszczenia, następnie stanęła jak wryta.
-
Gdzie jest Dyrektor, synku? – zagadnęła widząc siedzącego za biurkiem niewysokiego,
bardzo szczupłego blondynka w okularach o bardzo dziecinnym wyrazie twarzy.
Ten
stłumił w sobie śmiech, wstał, przybrał poważny wyraz swego młodego oblicza i
przedstawił się:
-
Janusz Dorata, jestem dyrektorem tej szkoły, w czym mogę pani pomóc?
-
A, to dlatego takie rzeczy się tu dzieją? – skwitowała Babcia;
-
Pani zechce usiąść i przedstawić mi swoją sprawę od początku – wskazał jej
fotel, a gdy usiadła, zajął drugi.
-
Nazywam się Longina Krzycka, chciałam dziś odebrać wnuczkę ze świetlicy, ale mi
nie pozwolono. Za to bez słowa wydano dziecko jakiejś obcej dziewusze. – żaliła
się.
-
A czy rodzice dziewczynki upoważnili Panią do odbioru dziecka? - zapytał
-
Na pewno tak. Przecież syn by mi tego nie zrobił. – wyraziła swą nadzieję;
Dyrektor
wstał, otworzył drzwi do sekretariatu i wydał asystentce polecenie:
-
Alu, znajdź mi proszę teczkę… Przepraszam, jak nazywa się wnuczka szanownej
Pani? – zwrócił się do swej petentki;
-
Maria Krzycka, panie Dyrektorze – jej głos zabrzmiał nieco ironicznie. Młody
wiek człowieka, który zarządzał szkołą powodował u niej brak respektu;
-
Poproszę o teczkę Marii Krzyckiej – dokończył polecenie;
Po
chwili miał już stosowną teczkę w ręku, otworzył i znalazł interesujący go
dokument, uważnie przeczytał i powiedział do swej rozmówczyni:
-
Bardzo mi przykro, ale do odbioru Marii są upoważnieni jedynie rodzice i pani
Luiza Sochan, opiekunka, więcej nikt.
-
To nie możliwe. Kto takiego gówniarza posadził na takim stołku. Ciebie tu
wszyscy robią w balona, synku. – powiedziała na odchodnym.
Zrzucając
przybornik z biurka sekretarki opuściła pomieszczenia.
Joanna
odebrała telefon od opiekunki i zaczęła rozmowę od przeprosin za brak
ostrzeżenia. Rzeczywiście, naiwnie uwierzyła, że rozwiązała tę sprawę
ostatecznie. Nie doceniła swojej teściowej. No cóż.
-
Jak ty mogłaś nie upoważnić mamy do odbioru Marysi? – wieczorem zrobił jej
wyrzuty szacowny małżonek; - Nie wiedziałem, że ty jesteś taka konfliktowa.
Joanna
postawiła na swoim i decyzji nie zmieniła. Zdarzyły się jeszcze może ze dwie
afery w szkole i przedszkolu, a potem chyba babcia przyjęła do wiadomości.
Wkrótce
wyjechała w delegację. Teściowa próbowała wykorzystać ten czas na
przeprowadzenie swego niecnego planu.
Andrzej
podpisał upoważnienie dla swej matki do odbioru córki ze szkoły i syna z
przedszkola. Nauczycielki miały pewne wątpliwości, ale pisma były sformułowane
prawidłowo, więc musiały wydać. Pani Luiza była bardzo niezadowolona, bo
została wysłana na przymusowy urlop, pozbawiona więc dochodów. Ale ani Andrzej,
ani jego matka nie zawracali sobie tym głowy. Pan Krzycki dalej był
weterynarzem, kochał wszystkie zwierzęta tak bardzo, że nie zgadzał się na
więzienie ich w domu. To tłumaczyło nieobecność czworonogów w domu. Od pewnego
czasu był też biznesmenem i wiele czasu i energii pochłaniały mu sprawy
organizacyjno - finansowe kliniki.
Pewnego wieczora wrócił późno do domu, zamówił taksówkę matce i odgrzał sobie
spóźnioną kolację.
-
Tato, brzuch mnie boli. – słowa małego Jarka bardzo go zaskoczyły, wyrwały z
zamyślenia.
-
Chodź tu synku, zaraz zrobię Ci mięty!
-
Nie chcę mięty. Chcę do mamy! – pięciolatek wtulił się w ojca.
-
Ocho, jaki maminsynek, he, he! – Marysia pojawiła się w drzwiach kuchni cicho
niczym kot.
-
Marysiu, nie dokuczaj bratu. – delikatnie zwrócił jej uwagę ojciec. Wyciągnął
do niej rękę – chodź, przytul się do taty.
Oboje
marudzili niemal do rana. W pewnym momencie on też zatęsknił za Joanną, bo
wiedział, że przy niej takie noce się
nie zdarzają.
Następnego
dnia odprowadził dzieci do szkoły i przedszkola, następnie pospieszył do firmy
i zajął się jej sprawami. W tym czasie Joanna wróciła do domu. Tuż przed ich
domem usłyszała dochodzące z krzaków miauczenie.
Podeszła
bliżej i zobaczyła malutką, żółciutką kulkę. Gdy podniosła, kuleczka zmieściła
się jej w dłoni. Szybko udała się do domu, gdzie zostawiła bagaże i natychmiast
zaniosła znalezisko do kliniki swego męża.
-
Aśka, co ty tu robisz? – ucieszył się na jej widok; Jej dłuższa nieobecność
dała mu się nieźle we znaki.
-
Słuchaj, zobacz co znalazłam przed naszym domem. Andrzej fachowo wziął
maleństwo i zbadał. Zwierzątko okazało się zdrową, ośmiotygodniową kotką.
-
Chyba nie zamierzasz jej zostawić w domu? – usłyszała niepokój w głosie męża.
-
No, właśnie nie wiem. Dzieci zawsze chciały mieć psa, ale to by nas bardzo
uwiązało. Może kot lepiej się sprawdzi.
-
Dobra, przyniosę wieczorem wyprawkę z naszego sklepu. Radość dzieci była
niesamowita. Nowa pupilka otrzymała wdzięczne imię Stasia i zamieszkała w domu
państwa Krzyckich. Nie wiedzieli tylko, że mała dokona jeszcze tego jednego,
tak ważnego cudu.
Wiosna
była tego roku piękna. Luiza, która siłą rzeczy została wciągnięta w rozgrywki
rodzinne państwa Krzyckich, tego dnia wygrała wyścig z Babcią i odebrała
Marysię ze szkoły tuż po zakończeniu lekcji, następnie Jarka z przedszkola tuż
po podwieczorku. Następnie korzystając z pięknej pogody została z dziećmi na
placu zabaw.
Pani
Longina zaś wytrwała w swoim dążeniu do zawładnięcia rodziną syna poszła do
szkoły i bardzo się zdenerwowała informacją, że dziecko zostało już odebrane.
-
Pani Krzycka wycofała zgodę na odbieranie dziecka przez panią.
-
To ja jestem pani Krzycka i wiem, że na pewno mogę odebrać moją wnuczkę.
Mówiłam pani, że ta gówniara nie może jej odbierać.
-
Przykro mi, ale to rodzice podejmują tego typu decyzje.
-
Ty durna służbistko. Jeśli coś się stanie mojej wnuczce, będzie to twoja wina!
– zagroziła nauczycielce. W przedszkolu odbyła mniej więcej podobną rozmowę i
jak niepyszna wróciła do domu. Ta franca zmieniła zamki, ale ona potrafi zmusić
syna do posłuszeństwa. I rad nierad Andrzej dorobił dla niej komplet (w
tajemnicy przed żoną oczywiście).
Otworzyła
sobie drzwi i ledwo weszła do przedpokoju coś skoczyło jej na głowę.
-
Co jest do licha! – oszołomiona aż
przysiadła na podłodze. I wtedy owo coś zeskoczyło na podłogę i słodko
zamiauczało.
-
O nie, kot! Przecież oni dobrze wiedzą, że jestem uczulona. Specjalnie to
zrobiła menda jedna. Łzy napłynęły jej do oczu, zaczęła kichać nie mogła wstać
z przerażenia. Czym prędzej uciekła z mieszkania swego syna, rzucając niezbyt
cenzuralne słowa pod adresem swojej synowej.
Tak
oto malutka Stasia przyczyniła się do przywrócenia spokoju w rodzinie państwa
Krzyckich.
Komentarze
Prześlij komentarz