Stasia

                           15. Stasia
Lato było udane tego roku. Rodzina państwa Krzyckich zostawiła małą, już kilkumiesięczną żółciutką kotkę Stasię w hostelu przy klinice weterynaryjnej pana Andrzeja i wyruszyli na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Asia i Andrzej po kilkuletniej przerwie na wychowanie dzieci wracali na szlak. Ośmioletnia Marysia i sześcioletni Jarek szli po raz pierwszy. Wszyscy mieli szczególną intencję: podziękowanie za przywrócenie spokoju w rodzinie. I łączyli się z całym narodem wciąż pogrążonym w bólu po śmierci ukochanego Jana Pawła II.
Na pewno nie podzielała tej intencji mama Andrzeja, pani Longina, ani jego siostra – Elżbieta.
Ela, dobiegająca czterdziestki brunetka zapłaciła za spokój w rodzinie brata  tym, że cała troska i kontrola macierzyńska przelała się na nią i na jej życie osobiste. W przeciwieństwie do brata była osobą o bardziej uległym usposobieniu i nie stać jej było na gest typu wyprowadzenie się od matki. Ani tym bardziej na wyjście zamąż wbrew woli rodzicielki. A żaden z dotychczasowych absztyfikantów nie uzyskał aprobaty pani Longiny. Dlatego mimo tak zwanego wieku średniego wciąż była sama.
A Andrzej miał żonę i dwójkę dzieci, a na dodatek sprawił sobie kota, przez którego matka nie może go odwiedzać.
                                           *
280 Warszawska Pielgrzymka Piesza zbliżała się już do stóp Jasnej Góry. Joanna Sokołowska była zmęczona, ale szczęśliwa. Dziękowała za zdaną maturę i prosiła o dobrego męża. Z radością oczekiwała na spotkanie z Ojcem świętym. Dostała się na polonistykę i wiązała swoją przyszłość z literaturą.  Zapewne jak większość dziewczyn w jej wieku, marzyła o wielkiej, prawdziwej miłości i gromadce dzieci. Nie była zbyt urodziwą dziewczyną, ale pełną wdzięku.
Tego dnia dopadł ją ostatni kryzys. Zrobiło się jej za słabo, zatrzymała się.
- Co jest, siostrzyczko?- wysoki blondyn o niebieskich oczach podał jej swoje ramię. I tak razem weszli do Częstochowy. Andrzej Krzycki był już studentem sggw, wydziału weterynarii. Ujął ją tym ogniem, który błyskał z jego oczu, gdy opowiadał o zwierzętach, zwłaszcza tych, ze schroniska, w którym był wolontariuszem. Wymienili się adresami, telefonami i wrócili, każde do swoich zajęć. W październiku spotkali się po raz pierwszy w Warszawie i odtąd spotykali się dosyć często. Na następną pielgrzymkę poszli już trzymając się za ręce, jako para.
Joanna w bardzo smutnych okolicznościach ukończyła pierwszy rok polonistyki. W wypadku samochodowym zginęła jej mama i brat. Została sama z ojcem, który popadł w depresję. Jędrek okazał się bardzo dobrym przyjacielem. Nie zauważyła wówczas, jak bardzo jest związany ze swoją matką i rodzeństwem.
Zresztą, czy to wada człowieka, że jest związany ze swoimi bliskimi? Wtedy była pewna, że nie. Sama miała wyrzuty sumienia, że ma z ojcem tak kiepską relację. Pan Witold, po śmierci żony i syna wycofał się z życia, przeszedł na emeryturę, do córki mówił: „Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, ja Ci w niczym już nie pomogę, jesteś dorosła”. Moment podejmowania decyzji o wyjściu zamąż za Jędrka był tą chwilą, gdy najbardziej  brakowało jej wsparcia matki, miała żal do ojca, że absolutnie nie może na niego liczyć. Tymczasem teściowa, dystyngowana, elegancka dama, pani Longina Krzycka, non stop udzielała synkowi rad, że należy poczekać, zastanowić się, sprawdzić, czy panna jest posłuszna mężowi, czy nie będzie za bardzo stawiać na swoim, bo go to będzie ośmieszało w oczach ludzi.
No właśnie, co ludzie powiedzą, to był główny motyw wszelkiego działania rodziny Jędrka. Im mocniejszy stawał się ich związek, tym bardziej Asia obawiała się, czy podoła.
Pobrali się, gdy Joanna była na trzecim roku studiów. Na piątym zaczęła pracę w szkole podstawowej. Tuż po obronie pracy magisterskiej (Rola kobiety prezentowana w literaturze okresu pozytywizmu) stwierdziła, że spodziewa się dziecka. I tak, w czerwcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku urodziła się Maria. Teściowa zaoferowała pomoc. Którą młoda matka przyjęła z radością. Dzięki temu już po roku mogła wrócić do pracy. Została wychowawczynią klasy czwartej, zaprzyjaźniła się z drugą polonistką, Jolą Gajdą, która też miała wtedy małą córeczkę Olę, bardzo zaangażowała się w pracę. Była zdziwiona, gdy jej przyjaciółka dwa lata po urodzeniu córki znów spodziewała się dziecka. Mimo swojego chrześcijańskiego podejścia do spraw rodziny nie wyobrażała sobie drugiego dziecka. Ale wierzyła w Boży plan względem każdego człowieka, dlatego z radością przyjęła drugie dziecko, Jarka, który urodził się dwa i pół roku po Marysi. Joanna szybko wróciła do pracy, znów zaangażowała się w życie swoich uczniów, co rano podrzucała dwójkę dzieci do teściowej, biegła do szkoły, zarażała młode umysły czystą miłością do poezji i literatury, wymyślając coraz to nowe metody na co bardziej opornych. Zdarzało się, że dzięki niej nawet najbardziej ścisły i skłonny do konkretów umysł popełnił przynajmniej jeden wiersz.
Pewnego dnia pojawiła się, jak zwykle, u teściowej, gdzie została poczęstowana obiadem i usłyszała od pięcioletniej wówczas córeczki:
- Mamo, czy ja mogę zamieszkać tu z Babcią, Dziadkiem i Ciocią Elą? – Totalnie zaskoczona, nie potraktowała tych słów zbyt poważnie.
Wkrótce zaskoczył ją własny mąż:
- Słuchaj, mama chciałaby, żeby Marysia z Jarkiem zamieszkali u nich przez jakiś czas, myślę, że jest to bardzo dobry pomysł;
- Czyś ty się z głupim na głowę zamienił, człowieku? Przecież to są nasze dzieci, a nie twojej matki, nigdy ich nie oddam, zrozumiano? – wtedy pokłócili się po raz pierwszy.
- Ależ, kochanie, pomyśl. Ja teraz zakładam swoją klinikę, spędzam tam coraz więcej czasu, ty prawie nie wychodzisz ze szkoły, dzieci i  tak przez cały dzień są u Dziadków. Ela już dowiedziała się o szkołę, bo Marysia będzie musiała przecież od września iść do zerówki. – tłumaczył jak nakręcony.
- Przestań! – nie wytrzymywała Asia.
Oczywiście nie zgodziła się, ale zaczęła zauważać pewne dziwne zachowania dzieci.
- Marysiu, chciałabym, abyś zanim pójdziemy na plac zabaw posprzątała swój pokój.
- Nie, chcę iść już teraz! – krzyknęła dziewczynka. Asia jako doświadczony pedagog, wiedziała, że w wychowaniu dziecka bardzo ważna jest konsekwencja, dlatego zapowiedziała, że nie wyjdą, dopóki dziewczynka nie wykona polecenia.
Asia postanowiła wykorzystać czas, który dała córce na wykonanie zadania na obranie ziemniaków na obiad, siedziała właśnie w kuchni, gdy usłyszała z przedpokoju głos córki, mówiącej do telefonu:
- Babciu, proszę Cię, zabierz mnie. Ona nie chce ze mną pójść na dwór, tylko każe mi sprzątać, ja już tego nie wytrzymam! – usłyszała artystyczny szloch biednego, krzywdzonego dziecka;
Wiedziała, że cokolwiek zrobi, będzie tą wyrodną matką. Dlatego konsekwentnie czekała na wykonanie polecenia. Zamiast tego, doczekała się zgrzytu klucza w zamku.
- Marynia, Babcia przyjechała, zabieram Cię, kochanie!
- Babcia! - radośnie zawołało dziecko rzucając się wybawicielce na szyję.
No tak, Jędruś dorobił dla mamusi klucze. To wyjaśniało, dlaczego czasem znajdowała pozmywane przez krasnoludki naczynia, albo gdy wchodziła na drabinę, aby odkurzyć wysokie szafki, okazywało się, że powierzchnie są lśniąco czyste. I pomyśleć, że podejrzewała męża o to, że sprząta potajemnie. Ha! Ha!
- Ubieraj się, córeczko, tatuś już się zgodził, jedziesz do Babci! – Teściowa zdawała się nie zwracać uwagi na Joannę.
- Mamo! To jest moja córka, a nie Twoja i ja też decyduję o jej wychowaniu! – próbowała protestować;
- Wszystko uzgodnione z Jędrkiem, on też jedzie dziś do nas  na obiad. – Longina nie podjęła dyskusji.
- Przecież miał zrobić zakupy – Joanna westchnęła ciężko.
- Co? To on po to tyle lat studiował,  uczył się, żeby zakupy robić? – Obruszyła się Teściowa.
- Zdaje się, że ja też się tyle lat uczyłam. – Nieśmiało wspomniała kobieta;
- Ale ty jesteś kobietą. – Skwitowała krótko.
- Ach, zapomniałam. – Trudno było dyskutować z takim stwierdzeniem faktu.
Kiedy Jędrek wrócił z dzieciakami, nie bardzo rozumiał, co się dzieje.
- Ale jestem skonany. Przez siedem godzin odbierałem poród klaczy, tam w tym gospodarstwie niedaleko mamy.
- Ach, to dlatego nie zrobiłeś zakupów?
- O, Jezu, zapomniałem. Zresztą mogłaś przyjechać z dziećmi do mamy. A propos, dlaczego ją tak źle potraktowałaś?
- Słucham? Ja ją źle potraktowałam? A możesz mi wyjaśnić, dlaczego ona ma klucze do naszego mieszkania? Dlaczego przyjeżdża i bez uzgodnienia ze mną chce zabrać dziecko do siebie?- Czuła, że traci panowanie nad sobą.
- Bo uzgodniła to ze mną, nie myślałem, że zaczniesz robić takie problemy?
Krew się w niej wzburzyła. Już miała na końcu języka dosyć ostrą wypowiedź, gdy zobaczyła córkę, która wybiegła ze swego pokoju i wtuliła się w ojca, jakby nie widziała go nie wiadomo ile. A przecież dopiero wróciła z nim od Babci.
- Tatusiu, jak dobrze, że jesteś? – Jędrzej natychmiast zapomniał o przedmiocie swej rozmowy z żoną i przytulił płaczącą córeczkę.
- Co jest, kochanie? – czule zapytał dziewczynkę.
- Ona… - mała wskazała palcem na zdezorientowaną matkę – kazała mi sprzątać pokój i nie pozwoliła mi wyjść na dwór, ani… - tu szloch uległ wzmocnieniu – pojechać do Ba… babci..
- Maryśka, idziesz do swojego pokoju natychmiast! – W Joannie wezbrały potoki trudnej do okiełzania złości.
- Tato! – Marysia obdarzyła ojca błagalnym spojrzeniem. Na matkę nie odważyła się spojrzeć, jakby obawiała się porażenia gromem błyskającym z oczu.
- Córciu, idź może do pokoju, ja spróbuję porozmawiać z mamą, dobrze? – obiecał jej łagodnie;
- No dobrze. – zgodziła się uprzejmie dziewczynka i powoli, zdradzając nadzieję, że polecenie zostanie cofnięte wstała i udała się do celu.
- Jak ty tak możesz? – Joanna ledwo panując nad sobą zaatakowała męża pytaniem;
- Ale o co Ci chodzi? – jej mąż nic nie rozumiał;
- Jak to o co Mi chodzi? Po pierwsze: Dlaczego twoja matka ma klucze do naszego mieszkania?
- Przecież zawsze podlewała nam kwiatki, gdy wyjeżdżaliśmy, w ogóle czasem sprzątała. – tłumaczył się Jędrek;
- No nie, jak to ona u nas sprzątała? Zawsze wtedy, gdy ty to miałeś robić, tak? – wreszcie zrozumiała Aśka.
- No, tak. – Przyznał się niczym uczniak przyłapany na gorącym uczynku.
- Jędrek, proszę Cię! Czy ty słyszysz sam siebie? – krzyczała;
- Co w tym dziwnego, że mama chce nam pomagać?  Przecież sama cieszyłaś się, że możesz u niej zostawić dzieci.
- Ale nie przyszło mi do głowy, że ona zacznie buntować Maryśkę, o tobie nie wspomnę. Chociaż faktycznie, po tobie mogłam się tego spodziewać od początku.
- Aśka, przestań. Nie rób z igły widły. Marysia skarży się, że jej nie rozumiesz, więc mama chciała pomóc.
-  Pomóc, zmieniając moje polecenia, ustawiając dziecko przeciw mnie? Ty to nazywasz pomocą? – Joanna krzyczała coraz głośniej;
- Jak to? – Jędrzej wciąż nie rozumiał;
- Czy uważasz, że sprzątnięcie pokoju jest taką krzywdą dla dziecka, że należy ją przed tym chronić? – zapytała retorycznie;
- Mańka mówiła, że nie chcesz jej puścić na dwór i karzesz siedzieć w domu.- tłumaczył jej mętnie mąż.
- Tak? A to ciekawe? To szanowna mamusia, albo ty nie mogliście zadzwonić i poznać mojej wersji zdarzeń, tylko umawiać się z dzieckiem za moimi plecami?! – krzyczała Joanna głośno wywołując tym samym dzieci z łóżek.
- No, nie  pomyśleliśmy. Trudno, nie rób afery, chodźmy spać. – Jędrzej tłumaczył cichym, spokojnym tonem;
- Ja dopiero zrobię aferę, ale wtedy ty i twoja mamusia nie pozbieracie się, zapewniam;
Próbował ją przytulić, ale poszła spać do salonu. W nocy długo modliła się, a rano obudziła w bardzo bojowym nastroju.
- Posłuchaj – zaczęła do męża przy śniadaniu – podjęłam decyzję, że od dziś twoja rodzina będzie miała ograniczony kontakt z moimi dziećmi;
- Nie zapominaj, że są to również moje dzieci. Porozmawiamy o tym wieczorem, teraz spieszę się do kliniki. – Chwycił teczkę w dłoń i zamknął za sobą drzwi.
Joanna wróciwszy ze szkoły, w której powszechną uwagę zwróciła jej wyjątkowo bojowa postawa, oraz ogólne roztargnienie (na pierwszej lekcji poszła zamiast do piątej b, do czwartej a, a na drugiej zaczęła omawiać „W pustyni i w puszczy” w czwartej a, a jest to lektura szóstej przecież), zastała w domu teściową.
- O, witaj, kochana, odebrałam już dzieci i ugotowałam wam obiad.
- Och, dziękuję, mamo, ale nie trzeba było, ja wczoraj nasmażyłam kotletów na trzy dni. – odpowiedziała kobieta sarkastycznie;
- I co, będziesz takim starymi dzieci karmić? – matka Jędrzeja nie dawała za wygraną.
- Tak. Proszę, aby mama uprzejmie mnie raz w życiu posłuchała. – zaczęła energicznym głosem;
- Jak to? Ja Ciebie po raz pierwszy mam słuchać? Gdybym ja Ciebie nie słuchała, to dawno bym Ci dzieci zabrała i tyle byś miała.
- Póki co nie ma takiego prawa, które by ci na to pozwoliło. To są moje dzieci i ja mam prawo do popełniania błędów wychowawczych, ale to są moje dzieci.
- Ty słyszysz, co mówisz, JA, MOJE, MNIE tylko takie słowa umiesz najlepiej wymawiać.
- Dobrze, mamo, poproszę, abyś opuściła mój dom.
- Babciu, zostań!
- Oczywiście, że zostanę, kochanieńka. Poczekamy razem na tatusia, on na pewno się zgodzi na nasz plan;
- Marysiu, idź natychmiast do swojego pokoju, ja muszę z Babcią porozmawiać.
- Ale ja nie mam o czym z Tobą rozmawiać, ale idź wnusiu, tak będzie lepiej, nie ma co złościć matki.
Joanna czuła, że za chwilę eksploduje. Zrozumiała, że jej dążenie do porozumienia z teściową należy do gatunku syzyfowych prac. Postanowiła ostatecznie rozmówić się z mężem.
Ale po powrocie Jędrzeja, zanim została dopuszczona do głosu, zapadła już decyzja, że Marysia będzie przez dwa tygodnie mieszkać u Babci, a Jarek mocno skarcony za to, że zbyt głośno się bawi.
- Słuchaj, Jędrek, ja nie chcę toczyć jakiejś wojny podjazdowej używając do tego dziecka, dlatego Maryśka zostanie te dwa tygodnie u twojej rodziny, ale zapewniam Cię, że to ostatnia taka twoja akcja, ostrzegam.
- Wiesz, jestem bardzo zmęczony, nie mam siły myśleć. Proszę Cię, przestań generować problemy;
- O, proszę, co za słownictwo. Rozwijasz się mój drogi. Pamiętaj. Ostatni raz twoja matka zmieniła moją decyzję co do dzieci.
- Mama jest starsza, doświadczona, wychowała już dzieci, może Ci pomóc, doradzić. – Mówił tak, jakby recytował wyuczony tekst.
- Czy ty naprawdę jesteś na tyle ślepy, że nie widzisz, że ona mi nie doradza, tylko buntuje dziecko przeciw mnie.
- A tam, zaraz buntuje. Chce pomóc.
Rozmowa stawała się coraz bardziej  bezsensowna. Joanna długo myślała, jak postąpić. Gdy Marysia po dwóch tygodniach wróciła do domu, już wiedziała, co zrobi. Znalazła pracę w wydawnictwie edukacyjnym jako przedstawicielka handlowa. Praca ta była może mniej ambitna od pracy w szkole, ale za to lepiej płatna. Pozwoliło jej to pomyśleć o zatrudnieniu opiekunki.
- Co takiego? Obca baba będzie się opiekować moimi wnukami? Po moim trupie! – krzyczała Teściowa.
- Przecież Mama zawsze może się zająć dziećmi – tłumaczył Krzycki.
- Jak ty mogłaś nie pytając męża o zdanie zmienić pracę! – złościła się Longina;
- Przecież to nie jemu zmieniłam pracę, tylko sobie! – krzyczała młodsza Krzycka.
- Ale żona powinna być posłuszna mężowi. Latasz ciągle do Kościoła, na pielgrzymki to powinnaś to wiedzieć. – Teściowa wytoczyła najcięższą ze swoich armat.
I tak minęło kilka miesięcy. Marysia poszła do pierwszej klasy, Joanna celowo nie wpisała teściowej na listę osób upoważnionych do odbierania dziecka. Andrzej całe dnie spędzał w klinice i nie był w stanie tego zmienić. Na pierwszy wybuch nie trzeba było długo czekać.
- Ale proszę pani, ja jestem babcią i mam prawo odebrać swoją wnuczkę! – krzyczała do pani ze świetlicy pani Longina.
- Niestety, pani nie jest osobą upoważnioną przez rodziców, niestety, mnie obowiązuje ich decyzja. – tłumaczyła się młoda nauczycielka;
- Jak to: Ja nie jestem upoważniona? – pani Longina omal nie rzuciła się na kobietę.
W tym czasie nadeszła niewysoka, energiczna blondynka, prowadząc za rękę Jareczka, oznajmiła, że przyszła po Marysię Krzycką.
Okazało się, że jej dane znajdowały się na tej ważnej liście, nauczycielka bez słowa wydała dziecko.
- Jak Pani może oddawać dziecko obcej osobie, a nie babci? – pani Longina niemal zagotowała się ze złości;
- Proszę Pani, powtarzam, mnie obowiązują deklaracje rodziców w tych sprawach. – głos nauczycielki był stanowczy.
- Tak nie może być! Ja zaraz pójdę do Pani Dyrektor.- zagroziła jej Babcia Marysi;
- W tej szkole mamy Pana Dyrektora. – z ledwo wyczuwalną dozą ironii powiedziała nauczycielka;
- Nie szkodzi. Myślę, że dziś był ostatni dzień Pani pracy. – kontynuowała swe groźby starsza pani;
Najpierw pobiegła do szatni, gdzie zaatakowała opiekunkę:
- A pani to przepraszam, kto?
- Luiza Sochan, opiekunka dzieci.- rzeczowo przedstawiła się młoda kobieta – A pani?
- Ja proszę pani jestem Babcią. Zrobimy tak: Pani dzisiaj ma już wolne, a ja zabiorę dzieci. – próbowała nieco łagodniej pani Krzycka
- Nie ma mowy! Ja mam umowę z panią Joanną i tylko ona może mnie zwolnić. – odpowiedziała opiekunka.
- Ja chcę do Babci! -  zaczęła krzyczeć Marysia;
- Uspokój się, Maniu, porozmawiasz o tym z mamą, nie ze mną. –opiekunka stanowczo ucięła dyskusję z dzieckiem.
- W takim razie ja zaraz zrobię aferę w szkole, ostatni raz tu pani przyszła, gwarantuję pani – groziła pani Luizie;
- Marysia, Jaruś, idziemy! – nie zwracając uwagi na groźby starszej pani, opiekunka dziarsko chwyciła dwójkę dzieci za ręce i opuściła szkołę.
Pani Longina Krzycka udała się zatem, tak jak zagroziła wszystkim, do gabinetu Dyrektora. Tam niemal odepchnęła pulchną sekretarkę i wdarła się do pomieszczenia, następnie stanęła jak wryta.
- Gdzie jest Dyrektor, synku? – zagadnęła widząc siedzącego za biurkiem niewysokiego, bardzo szczupłego blondynka w okularach o bardzo dziecinnym wyrazie twarzy.
Ten stłumił w sobie śmiech, wstał, przybrał poważny wyraz swego młodego oblicza i przedstawił się:
- Janusz Dorata, jestem dyrektorem tej szkoły, w czym mogę pani pomóc?
- A, to dlatego takie rzeczy się tu dzieją? – skwitowała Babcia;
- Pani zechce usiąść i przedstawić mi swoją sprawę od początku – wskazał jej fotel, a gdy usiadła, zajął drugi.
- Nazywam się Longina Krzycka, chciałam dziś odebrać wnuczkę ze świetlicy, ale mi nie pozwolono. Za to bez słowa wydano dziecko jakiejś obcej dziewusze. – żaliła się.
- A czy rodzice dziewczynki upoważnili Panią do odbioru dziecka? - zapytał
- Na pewno tak. Przecież syn by mi tego nie zrobił. – wyraziła swą nadzieję;
Dyrektor wstał, otworzył drzwi do sekretariatu i wydał asystentce polecenie:
- Alu, znajdź mi proszę teczkę… Przepraszam, jak nazywa się wnuczka szanownej Pani? – zwrócił się do swej petentki;
- Maria Krzycka, panie Dyrektorze – jej głos zabrzmiał nieco ironicznie. Młody wiek człowieka, który zarządzał szkołą powodował u niej brak respektu;
- Poproszę o teczkę Marii Krzyckiej – dokończył polecenie;
Po chwili miał już stosowną teczkę w ręku, otworzył i znalazł interesujący go dokument, uważnie przeczytał i powiedział do swej rozmówczyni:
- Bardzo mi przykro, ale do odbioru Marii są upoważnieni jedynie rodzice i pani Luiza Sochan, opiekunka, więcej nikt.
- To nie możliwe. Kto takiego gówniarza posadził na takim stołku. Ciebie tu wszyscy robią w balona, synku. – powiedziała na odchodnym.
Zrzucając przybornik z biurka sekretarki opuściła pomieszczenia.
Joanna odebrała telefon od opiekunki i zaczęła rozmowę od przeprosin za brak ostrzeżenia. Rzeczywiście, naiwnie uwierzyła, że rozwiązała tę sprawę ostatecznie. Nie doceniła swojej teściowej. No cóż.
- Jak ty mogłaś nie upoważnić mamy do odbioru Marysi? – wieczorem zrobił jej wyrzuty szacowny małżonek; - Nie wiedziałem, że ty jesteś taka konfliktowa.
Joanna postawiła na swoim i decyzji nie zmieniła. Zdarzyły się jeszcze może ze dwie afery w szkole i przedszkolu, a potem chyba babcia przyjęła do wiadomości.
Wkrótce wyjechała w delegację. Teściowa próbowała wykorzystać ten czas na przeprowadzenie swego niecnego planu.
Andrzej podpisał upoważnienie dla swej matki do odbioru córki ze szkoły i syna z przedszkola. Nauczycielki miały pewne wątpliwości, ale pisma były sformułowane prawidłowo, więc musiały wydać. Pani Luiza była bardzo niezadowolona, bo została wysłana na przymusowy urlop, pozbawiona więc dochodów. Ale ani Andrzej, ani jego matka nie zawracali sobie tym głowy. Pan Krzycki dalej był weterynarzem, kochał wszystkie zwierzęta tak bardzo, że nie zgadzał się na więzienie ich w domu. To tłumaczyło nieobecność czworonogów w domu. Od pewnego czasu był też biznesmenem i wiele czasu i energii pochłaniały mu sprawy organizacyjno  - finansowe kliniki. Pewnego wieczora wrócił późno do domu, zamówił taksówkę matce i odgrzał sobie spóźnioną kolację.
- Tato, brzuch mnie boli. – słowa małego Jarka bardzo go zaskoczyły, wyrwały z zamyślenia.
- Chodź tu synku, zaraz zrobię Ci mięty!
- Nie chcę mięty. Chcę do mamy! – pięciolatek wtulił się w ojca.
- Ocho, jaki maminsynek, he, he! – Marysia pojawiła się w drzwiach kuchni cicho niczym kot.
- Marysiu, nie dokuczaj bratu. – delikatnie zwrócił jej uwagę ojciec. Wyciągnął do niej rękę – chodź, przytul się do taty.
Oboje marudzili niemal do rana. W pewnym momencie on też zatęsknił za Joanną, bo wiedział,  że przy niej takie noce się nie zdarzają.
Następnego dnia odprowadził dzieci do szkoły i przedszkola, następnie pospieszył do firmy i zajął się jej sprawami. W tym czasie Joanna wróciła do domu. Tuż przed ich domem usłyszała dochodzące z krzaków miauczenie.
Podeszła bliżej i zobaczyła malutką, żółciutką kulkę. Gdy podniosła, kuleczka zmieściła się jej w dłoni. Szybko udała się do domu, gdzie zostawiła bagaże i natychmiast zaniosła znalezisko do kliniki swego męża.
- Aśka, co ty tu robisz? – ucieszył się na jej widok; Jej dłuższa nieobecność dała mu się nieźle we znaki.
- Słuchaj, zobacz co znalazłam przed naszym domem. Andrzej fachowo wziął maleństwo i zbadał. Zwierzątko okazało się zdrową, ośmiotygodniową kotką.
- Chyba nie zamierzasz jej zostawić w domu? – usłyszała niepokój w głosie męża.
- No, właśnie nie wiem. Dzieci zawsze chciały mieć psa, ale to by nas bardzo uwiązało. Może kot lepiej się sprawdzi.
- Dobra, przyniosę wieczorem wyprawkę z naszego sklepu. Radość dzieci była niesamowita. Nowa pupilka otrzymała wdzięczne imię Stasia i zamieszkała w domu państwa Krzyckich. Nie wiedzieli tylko, że mała dokona jeszcze tego jednego, tak ważnego cudu.
Wiosna była tego roku piękna. Luiza, która siłą rzeczy została wciągnięta w rozgrywki rodzinne państwa Krzyckich, tego dnia wygrała wyścig z Babcią i odebrała Marysię ze szkoły tuż po zakończeniu lekcji, następnie Jarka z przedszkola tuż po podwieczorku. Następnie korzystając z pięknej pogody została z dziećmi na placu zabaw.
Pani Longina zaś wytrwała w swoim dążeniu do zawładnięcia rodziną syna poszła do szkoły i bardzo się zdenerwowała informacją, że dziecko zostało już odebrane.
- Pani Krzycka wycofała zgodę na odbieranie dziecka przez panią.
- To ja jestem pani Krzycka i wiem, że na pewno mogę odebrać moją wnuczkę. Mówiłam pani, że ta gówniara nie może jej odbierać.
- Przykro mi, ale to rodzice podejmują tego typu decyzje.
- Ty durna służbistko. Jeśli coś się stanie mojej wnuczce, będzie to twoja wina! – zagroziła nauczycielce. W przedszkolu odbyła mniej więcej podobną rozmowę i jak niepyszna wróciła do domu. Ta franca zmieniła zamki, ale ona potrafi zmusić syna do posłuszeństwa. I rad nierad Andrzej dorobił dla niej komplet (w tajemnicy przed żoną oczywiście).
Otworzyła sobie drzwi i ledwo weszła do przedpokoju coś skoczyło jej na głowę.
- Co jest do licha! – oszołomiona  aż przysiadła na podłodze. I wtedy owo coś zeskoczyło na podłogę i słodko zamiauczało.
- O nie, kot! Przecież oni dobrze wiedzą, że jestem uczulona. Specjalnie to zrobiła menda jedna. Łzy napłynęły jej do oczu, zaczęła kichać nie mogła wstać z przerażenia. Czym prędzej uciekła z mieszkania swego syna, rzucając niezbyt cenzuralne słowa pod adresem swojej synowej.

Tak oto malutka Stasia przyczyniła się do przywrócenia spokoju w rodzinie państwa Krzyckich.                           15. Stasia
Lato było udane tego roku. Rodzina państwa Krzyckich zostawiła małą, już kilkumiesięczną żółciutką kotkę Stasię w hostelu przy klinice weterynaryjnej pana Andrzeja i wyruszyli na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Asia i Andrzej po kilkuletniej przerwie na wychowanie dzieci wracali na szlak. Ośmioletnia Marysia i sześcioletni Jarek szli po raz pierwszy. Wszyscy mieli szczególną intencję: podziękowanie za przywrócenie spokoju w rodzinie. I łączyli się z całym narodem wciąż pogrążonym w bólu po śmierci ukochanego Jana Pawła II.
Na pewno nie podzielała tej intencji mama Andrzeja, pani Longina, ani jego siostra – Elżbieta.
Ela, dobiegająca czterdziestki brunetka zapłaciła za spokój w rodzinie brata  tym, że cała troska i kontrola macierzyńska przelała się na nią i na jej życie osobiste. W przeciwieństwie do brata była osobą o bardziej uległym usposobieniu i nie stać jej było na gest typu wyprowadzenie się od matki. Ani tym bardziej na wyjście zamąż wbrew woli rodzicielki. A żaden z dotychczasowych absztyfikantów nie uzyskał aprobaty pani Longiny. Dlatego mimo tak zwanego wieku średniego wciąż była sama.
A Andrzej miał żonę i dwójkę dzieci, a na dodatek sprawił sobie kota, przez którego matka nie może go odwiedzać.
                                           *
280 Warszawska Pielgrzymka Piesza zbliżała się już do stóp Jasnej Góry. Joanna Sokołowska była zmęczona, ale szczęśliwa. Dziękowała za zdaną maturę i prosiła o dobrego męża. Z radością oczekiwała na spotkanie z Ojcem świętym. Dostała się na polonistykę i wiązała swoją przyszłość z literaturą.  Zapewne jak większość dziewczyn w jej wieku, marzyła o wielkiej, prawdziwej miłości i gromadce dzieci. Nie była zbyt urodziwą dziewczyną, ale pełną wdzięku.
Tego dnia dopadł ją ostatni kryzys. Zrobiło się jej za słabo, zatrzymała się.
- Co jest, siostrzyczko?- wysoki blondyn o niebieskich oczach podał jej swoje ramię. I tak razem weszli do Częstochowy. Andrzej Krzycki był już studentem sggw, wydziału weterynarii. Ujął ją tym ogniem, który błyskał z jego oczu, gdy opowiadał o zwierzętach, zwłaszcza tych, ze schroniska, w którym był wolontariuszem. Wymienili się adresami, telefonami i wrócili, każde do swoich zajęć. W październiku spotkali się po raz pierwszy w Warszawie i odtąd spotykali się dosyć często. Na następną pielgrzymkę poszli już trzymając się za ręce, jako para.
Joanna w bardzo smutnych okolicznościach ukończyła pierwszy rok polonistyki. W wypadku samochodowym zginęła jej mama i brat. Została sama z ojcem, który popadł w depresję. Jędrek okazał się bardzo dobrym przyjacielem. Nie zauważyła wówczas, jak bardzo jest związany ze swoją matką i rodzeństwem.
Zresztą, czy to wada człowieka, że jest związany ze swoimi bliskimi? Wtedy była pewna, że nie. Sama miała wyrzuty sumienia, że ma z ojcem tak kiepską relację. Pan Witold, po śmierci żony i syna wycofał się z życia, przeszedł na emeryturę, do córki mówił: „Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, ja Ci w niczym już nie pomogę, jesteś dorosła”. Moment podejmowania decyzji o wyjściu zamąż za Jędrka był tą chwilą, gdy najbardziej  brakowało jej wsparcia matki, miała żal do ojca, że absolutnie nie może na niego liczyć. Tymczasem teściowa, dystyngowana, elegancka dama, pani Longina Krzycka, non stop udzielała synkowi rad, że należy poczekać, zastanowić się, sprawdzić, czy panna jest posłuszna mężowi, czy nie będzie za bardzo stawiać na swoim, bo go to będzie ośmieszało w oczach ludzi.
No właśnie, co ludzie powiedzą, to był główny motyw wszelkiego działania rodziny Jędrka. Im mocniejszy stawał się ich związek, tym bardziej Asia obawiała się, czy podoła.
Pobrali się, gdy Joanna była na trzecim roku studiów. Na piątym zaczęła pracę w szkole podstawowej. Tuż po obronie pracy magisterskiej (Rola kobiety prezentowana w literaturze okresu pozytywizmu) stwierdziła, że spodziewa się dziecka. I tak, w czerwcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku urodziła się Maria. Teściowa zaoferowała pomoc. Którą młoda matka przyjęła z radością. Dzięki temu już po roku mogła wrócić do pracy. Została wychowawczynią klasy czwartej, zaprzyjaźniła się z drugą polonistką, Jolą Gajdą, która też miała wtedy małą córeczkę Olę, bardzo zaangażowała się w pracę. Była zdziwiona, gdy jej przyjaciółka dwa lata po urodzeniu córki znów spodziewała się dziecka. Mimo swojego chrześcijańskiego podejścia do spraw rodziny nie wyobrażała sobie drugiego dziecka. Ale wierzyła w Boży plan względem każdego człowieka, dlatego z radością przyjęła drugie dziecko, Jarka, który urodził się dwa i pół roku po Marysi. Joanna szybko wróciła do pracy, znów zaangażowała się w życie swoich uczniów, co rano podrzucała dwójkę dzieci do teściowej, biegła do szkoły, zarażała młode umysły czystą miłością do poezji i literatury, wymyślając coraz to nowe metody na co bardziej opornych. Zdarzało się, że dzięki niej nawet najbardziej ścisły i skłonny do konkretów umysł popełnił przynajmniej jeden wiersz.
Pewnego dnia pojawiła się, jak zwykle, u teściowej, gdzie została poczęstowana obiadem i usłyszała od pięcioletniej wówczas córeczki:
- Mamo, czy ja mogę zamieszkać tu z Babcią, Dziadkiem i Ciocią Elą? – Totalnie zaskoczona, nie potraktowała tych słów zbyt poważnie.
Wkrótce zaskoczył ją własny mąż:
- Słuchaj, mama chciałaby, żeby Marysia z Jarkiem zamieszkali u nich przez jakiś czas, myślę, że jest to bardzo dobry pomysł;
- Czyś ty się z głupim na głowę zamienił, człowieku? Przecież to są nasze dzieci, a nie twojej matki, nigdy ich nie oddam, zrozumiano? – wtedy pokłócili się po raz pierwszy.
- Ależ, kochanie, pomyśl. Ja teraz zakładam swoją klinikę, spędzam tam coraz więcej czasu, ty prawie nie wychodzisz ze szkoły, dzieci i  tak przez cały dzień są u Dziadków. Ela już dowiedziała się o szkołę, bo Marysia będzie musiała przecież od września iść do zerówki. – tłumaczył jak nakręcony.
- Przestań! – nie wytrzymywała Asia.
Oczywiście nie zgodziła się, ale zaczęła zauważać pewne dziwne zachowania dzieci.
- Marysiu, chciałabym, abyś zanim pójdziemy na plac zabaw posprzątała swój pokój.
- Nie, chcę iść już teraz! – krzyknęła dziewczynka. Asia jako doświadczony pedagog, wiedziała, że w wychowaniu dziecka bardzo ważna jest konsekwencja, dlatego zapowiedziała, że nie wyjdą, dopóki dziewczynka nie wykona polecenia.
Asia postanowiła wykorzystać czas, który dała córce na wykonanie zadania na obranie ziemniaków na obiad, siedziała właśnie w kuchni, gdy usłyszała z przedpokoju głos córki, mówiącej do telefonu:
- Babciu, proszę Cię, zabierz mnie. Ona nie chce ze mną pójść na dwór, tylko każe mi sprzątać, ja już tego nie wytrzymam! – usłyszała artystyczny szloch biednego, krzywdzonego dziecka;
Wiedziała, że cokolwiek zrobi, będzie tą wyrodną matką. Dlatego konsekwentnie czekała na wykonanie polecenia. Zamiast tego, doczekała się zgrzytu klucza w zamku.
- Marynia, Babcia przyjechała, zabieram Cię, kochanie!
- Babcia! - radośnie zawołało dziecko rzucając się wybawicielce na szyję.
No tak, Jędruś dorobił dla mamusi klucze. To wyjaśniało, dlaczego czasem znajdowała pozmywane przez krasnoludki naczynia, albo gdy wchodziła na drabinę, aby odkurzyć wysokie szafki, okazywało się, że powierzchnie są lśniąco czyste. I pomyśleć, że podejrzewała męża o to, że sprząta potajemnie. Ha! Ha!
- Ubieraj się, córeczko, tatuś już się zgodził, jedziesz do Babci! – Teściowa zdawała się nie zwracać uwagi na Joannę.
- Mamo! To jest moja córka, a nie Twoja i ja też decyduję o jej wychowaniu! – próbowała protestować;
- Wszystko uzgodnione z Jędrkiem, on też jedzie dziś do nas  na obiad. – Longina nie podjęła dyskusji.
- Przecież miał zrobić zakupy – Joanna westchnęła ciężko.
- Co? To on po to tyle lat studiował,  uczył się, żeby zakupy robić? – Obruszyła się Teściowa.
- Zdaje się, że ja też się tyle lat uczyłam. – Nieśmiało wspomniała kobieta;
- Ale ty jesteś kobietą. – Skwitowała krótko.
- Ach, zapomniałam. – Trudno było dyskutować z takim stwierdzeniem faktu.
Kiedy Jędrek wrócił z dzieciakami, nie bardzo rozumiał, co się dzieje.
- Ale jestem skonany. Przez siedem godzin odbierałem poród klaczy, tam w tym gospodarstwie niedaleko mamy.
- Ach, to dlatego nie zrobiłeś zakupów?
- O, Jezu, zapomniałem. Zresztą mogłaś przyjechać z dziećmi do mamy. A propos, dlaczego ją tak źle potraktowałaś?
- Słucham? Ja ją źle potraktowałam? A możesz mi wyjaśnić, dlaczego ona ma klucze do naszego mieszkania? Dlaczego przyjeżdża i bez uzgodnienia ze mną chce zabrać dziecko do siebie?- Czuła, że traci panowanie nad sobą.
- Bo uzgodniła to ze mną, nie myślałem, że zaczniesz robić takie problemy?
Krew się w niej wzburzyła. Już miała na końcu języka dosyć ostrą wypowiedź, gdy zobaczyła córkę, która wybiegła ze swego pokoju i wtuliła się w ojca, jakby nie widziała go nie wiadomo ile. A przecież dopiero wróciła z nim od Babci.
- Tatusiu, jak dobrze, że jesteś? – Jędrzej natychmiast zapomniał o przedmiocie swej rozmowy z żoną i przytulił płaczącą córeczkę.
- Co jest, kochanie? – czule zapytał dziewczynkę.
- Ona… - mała wskazała palcem na zdezorientowaną matkę – kazała mi sprzątać pokój i nie pozwoliła mi wyjść na dwór, ani… - tu szloch uległ wzmocnieniu – pojechać do Ba… babci..
- Maryśka, idziesz do swojego pokoju natychmiast! – W Joannie wezbrały potoki trudnej do okiełzania złości.
- Tato! – Marysia obdarzyła ojca błagalnym spojrzeniem. Na matkę nie odważyła się spojrzeć, jakby obawiała się porażenia gromem błyskającym z oczu.
- Córciu, idź może do pokoju, ja spróbuję porozmawiać z mamą, dobrze? – obiecał jej łagodnie;
- No dobrze. – zgodziła się uprzejmie dziewczynka i powoli, zdradzając nadzieję, że polecenie zostanie cofnięte wstała i udała się do celu.
- Jak ty tak możesz? – Joanna ledwo panując nad sobą zaatakowała męża pytaniem;
- Ale o co Ci chodzi? – jej mąż nic nie rozumiał;
- Jak to o co Mi chodzi? Po pierwsze: Dlaczego twoja matka ma klucze do naszego mieszkania?
- Przecież zawsze podlewała nam kwiatki, gdy wyjeżdżaliśmy, w ogóle czasem sprzątała. – tłumaczył się Jędrek;
- No nie, jak to ona u nas sprzątała? Zawsze wtedy, gdy ty to miałeś robić, tak? – wreszcie zrozumiała Aśka.
- No, tak. – Przyznał się niczym uczniak przyłapany na gorącym uczynku.
- Jędrek, proszę Cię! Czy ty słyszysz sam siebie? – krzyczała;
- Co w tym dziwnego, że mama chce nam pomagać?  Przecież sama cieszyłaś się, że możesz u niej zostawić dzieci.
- Ale nie przyszło mi do głowy, że ona zacznie buntować Maryśkę, o tobie nie wspomnę. Chociaż faktycznie, po tobie mogłam się tego spodziewać od początku.
- Aśka, przestań. Nie rób z igły widły. Marysia skarży się, że jej nie rozumiesz, więc mama chciała pomóc.
-  Pomóc, zmieniając moje polecenia, ustawiając dziecko przeciw mnie? Ty to nazywasz pomocą? – Joanna krzyczała coraz głośniej;
- Jak to? – Jędrzej wciąż nie rozumiał;
- Czy uważasz, że sprzątnięcie pokoju jest taką krzywdą dla dziecka, że należy ją przed tym chronić? – zapytała retorycznie;
- Mańka mówiła, że nie chcesz jej puścić na dwór i karzesz siedzieć w domu.- tłumaczył jej mętnie mąż.
- Tak? A to ciekawe? To szanowna mamusia, albo ty nie mogliście zadzwonić i poznać mojej wersji zdarzeń, tylko umawiać się z dzieckiem za moimi plecami?! – krzyczała Joanna głośno wywołując tym samym dzieci z łóżek.
- No, nie  pomyśleliśmy. Trudno, nie rób afery, chodźmy spać. – Jędrzej tłumaczył cichym, spokojnym tonem;
- Ja dopiero zrobię aferę, ale wtedy ty i twoja mamusia nie pozbieracie się, zapewniam;
Próbował ją przytulić, ale poszła spać do salonu. W nocy długo modliła się, a rano obudziła w bardzo bojowym nastroju.
- Posłuchaj – zaczęła do męża przy śniadaniu – podjęłam decyzję, że od dziś twoja rodzina będzie miała ograniczony kontakt z moimi dziećmi;
- Nie zapominaj, że są to również moje dzieci. Porozmawiamy o tym wieczorem, teraz spieszę się do kliniki. – Chwycił teczkę w dłoń i zamknął za sobą drzwi.
Joanna wróciwszy ze szkoły, w której powszechną uwagę zwróciła jej wyjątkowo bojowa postawa, oraz ogólne roztargnienie (na pierwszej lekcji poszła zamiast do piątej b, do czwartej a, a na drugiej zaczęła omawiać „W pustyni i w puszczy” w czwartej a, a jest to lektura szóstej przecież), zastała w domu teściową.
- O, witaj, kochana, odebrałam już dzieci i ugotowałam wam obiad.
- Och, dziękuję, mamo, ale nie trzeba było, ja wczoraj nasmażyłam kotletów na trzy dni. – odpowiedziała kobieta sarkastycznie;
- I co, będziesz takim starymi dzieci karmić? – matka Jędrzeja nie dawała za wygraną.
- Tak. Proszę, aby mama uprzejmie mnie raz w życiu posłuchała. – zaczęła energicznym głosem;
- Jak to? Ja Ciebie po raz pierwszy mam słuchać? Gdybym ja Ciebie nie słuchała, to dawno bym Ci dzieci zabrała i tyle byś miała.
- Póki co nie ma takiego prawa, które by ci na to pozwoliło. To są moje dzieci i ja mam prawo do popełniania błędów wychowawczych, ale to są moje dzieci.
- Ty słyszysz, co mówisz, JA, MOJE, MNIE tylko takie słowa umiesz najlepiej wymawiać.
- Dobrze, mamo, poproszę, abyś opuściła mój dom.
- Babciu, zostań!
- Oczywiście, że zostanę, kochanieńka. Poczekamy razem na tatusia, on na pewno się zgodzi na nasz plan;
- Marysiu, idź natychmiast do swojego pokoju, ja muszę z Babcią porozmawiać.
- Ale ja nie mam o czym z Tobą rozmawiać, ale idź wnusiu, tak będzie lepiej, nie ma co złościć matki.
Joanna czuła, że za chwilę eksploduje. Zrozumiała, że jej dążenie do porozumienia z teściową należy do gatunku syzyfowych prac. Postanowiła ostatecznie rozmówić się z mężem.
Ale po powrocie Jędrzeja, zanim została dopuszczona do głosu, zapadła już decyzja, że Marysia będzie przez dwa tygodnie mieszkać u Babci, a Jarek mocno skarcony za to, że zbyt głośno się bawi.
- Słuchaj, Jędrek, ja nie chcę toczyć jakiejś wojny podjazdowej używając do tego dziecka, dlatego Maryśka zostanie te dwa tygodnie u twojej rodziny, ale zapewniam Cię, że to ostatnia taka twoja akcja, ostrzegam.
- Wiesz, jestem bardzo zmęczony, nie mam siły myśleć. Proszę Cię, przestań generować problemy;
- O, proszę, co za słownictwo. Rozwijasz się mój drogi. Pamiętaj. Ostatni raz twoja matka zmieniła moją decyzję co do dzieci.
- Mama jest starsza, doświadczona, wychowała już dzieci, może Ci pomóc, doradzić. – Mówił tak, jakby recytował wyuczony tekst.
- Czy ty naprawdę jesteś na tyle ślepy, że nie widzisz, że ona mi nie doradza, tylko buntuje dziecko przeciw mnie.
- A tam, zaraz buntuje. Chce pomóc.
Rozmowa stawała się coraz bardziej  bezsensowna. Joanna długo myślała, jak postąpić. Gdy Marysia po dwóch tygodniach wróciła do domu, już wiedziała, co zrobi. Znalazła pracę w wydawnictwie edukacyjnym jako przedstawicielka handlowa. Praca ta była może mniej ambitna od pracy w szkole, ale za to lepiej płatna. Pozwoliło jej to pomyśleć o zatrudnieniu opiekunki.
- Co takiego? Obca baba będzie się opiekować moimi wnukami? Po moim trupie! – krzyczała Teściowa.
- Przecież Mama zawsze może się zająć dziećmi – tłumaczył Krzycki.
- Jak ty mogłaś nie pytając męża o zdanie zmienić pracę! – złościła się Longina;
- Przecież to nie jemu zmieniłam pracę, tylko sobie! – krzyczała młodsza Krzycka.
- Ale żona powinna być posłuszna mężowi. Latasz ciągle do Kościoła, na pielgrzymki to powinnaś to wiedzieć. – Teściowa wytoczyła najcięższą ze swoich armat.
I tak minęło kilka miesięcy. Marysia poszła do pierwszej klasy, Joanna celowo nie wpisała teściowej na listę osób upoważnionych do odbierania dziecka. Andrzej całe dnie spędzał w klinice i nie był w stanie tego zmienić. Na pierwszy wybuch nie trzeba było długo czekać.
- Ale proszę pani, ja jestem babcią i mam prawo odebrać swoją wnuczkę! – krzyczała do pani ze świetlicy pani Longina.
- Niestety, pani nie jest osobą upoważnioną przez rodziców, niestety, mnie obowiązuje ich decyzja. – tłumaczyła się młoda nauczycielka;
- Jak to: Ja nie jestem upoważniona? – pani Longina omal nie rzuciła się na kobietę.
W tym czasie nadeszła niewysoka, energiczna blondynka, prowadząc za rękę Jareczka, oznajmiła, że przyszła po Marysię Krzycką.
Okazało się, że jej dane znajdowały się na tej ważnej liście, nauczycielka bez słowa wydała dziecko.
- Jak Pani może oddawać dziecko obcej osobie, a nie babci? – pani Longina niemal zagotowała się ze złości;
- Proszę Pani, powtarzam, mnie obowiązują deklaracje rodziców w tych sprawach. – głos nauczycielki był stanowczy.
- Tak nie może być! Ja zaraz pójdę do Pani Dyrektor.- zagroziła jej Babcia Marysi;
- W tej szkole mamy Pana Dyrektora. – z ledwo wyczuwalną dozą ironii powiedziała nauczycielka;
- Nie szkodzi. Myślę, że dziś był ostatni dzień Pani pracy. – kontynuowała swe groźby starsza pani;
Najpierw pobiegła do szatni, gdzie zaatakowała opiekunkę:
- A pani to przepraszam, kto?
- Luiza Sochan, opiekunka dzieci.- rzeczowo przedstawiła się młoda kobieta – A pani?
- Ja proszę pani jestem Babcią. Zrobimy tak: Pani dzisiaj ma już wolne, a ja zabiorę dzieci. – próbowała nieco łagodniej pani Krzycka
- Nie ma mowy! Ja mam umowę z panią Joanną i tylko ona może mnie zwolnić. – odpowiedziała opiekunka.
- Ja chcę do Babci! -  zaczęła krzyczeć Marysia;
- Uspokój się, Maniu, porozmawiasz o tym z mamą, nie ze mną. –opiekunka stanowczo ucięła dyskusję z dzieckiem.
- W takim razie ja zaraz zrobię aferę w szkole, ostatni raz tu pani przyszła, gwarantuję pani – groziła pani Luizie;
- Marysia, Jaruś, idziemy! – nie zwracając uwagi na groźby starszej pani, opiekunka dziarsko chwyciła dwójkę dzieci za ręce i opuściła szkołę.
Pani Longina Krzycka udała się zatem, tak jak zagroziła wszystkim, do gabinetu Dyrektora. Tam niemal odepchnęła pulchną sekretarkę i wdarła się do pomieszczenia, następnie stanęła jak wryta.
- Gdzie jest Dyrektor, synku? – zagadnęła widząc siedzącego za biurkiem niewysokiego, bardzo szczupłego blondynka w okularach o bardzo dziecinnym wyrazie twarzy.
Ten stłumił w sobie śmiech, wstał, przybrał poważny wyraz swego młodego oblicza i przedstawił się:
- Janusz Dorata, jestem dyrektorem tej szkoły, w czym mogę pani pomóc?
- A, to dlatego takie rzeczy się tu dzieją? – skwitowała Babcia;
- Pani zechce usiąść i przedstawić mi swoją sprawę od początku – wskazał jej fotel, a gdy usiadła, zajął drugi.
- Nazywam się Longina Krzycka, chciałam dziś odebrać wnuczkę ze świetlicy, ale mi nie pozwolono. Za to bez słowa wydano dziecko jakiejś obcej dziewusze. – żaliła się.
- A czy rodzice dziewczynki upoważnili Panią do odbioru dziecka? - zapytał
- Na pewno tak. Przecież syn by mi tego nie zrobił. – wyraziła swą nadzieję;
Dyrektor wstał, otworzył drzwi do sekretariatu i wydał asystentce polecenie:
- Alu, znajdź mi proszę teczkę… Przepraszam, jak nazywa się wnuczka szanownej Pani? – zwrócił się do swej petentki;
- Maria Krzycka, panie Dyrektorze – jej głos zabrzmiał nieco ironicznie. Młody wiek człowieka, który zarządzał szkołą powodował u niej brak respektu;
- Poproszę o teczkę Marii Krzyckiej – dokończył polecenie;
Po chwili miał już stosowną teczkę w ręku, otworzył i znalazł interesujący go dokument, uważnie przeczytał i powiedział do swej rozmówczyni:
- Bardzo mi przykro, ale do odbioru Marii są upoważnieni jedynie rodzice i pani Luiza Sochan, opiekunka, więcej nikt.
- To nie możliwe. Kto takiego gówniarza posadził na takim stołku. Ciebie tu wszyscy robią w balona, synku. – powiedziała na odchodnym.
Zrzucając przybornik z biurka sekretarki opuściła pomieszczenia.
Joanna odebrała telefon od opiekunki i zaczęła rozmowę od przeprosin za brak ostrzeżenia. Rzeczywiście, naiwnie uwierzyła, że rozwiązała tę sprawę ostatecznie. Nie doceniła swojej teściowej. No cóż.
- Jak ty mogłaś nie upoważnić mamy do odbioru Marysi? – wieczorem zrobił jej wyrzuty szacowny małżonek; - Nie wiedziałem, że ty jesteś taka konfliktowa.
Joanna postawiła na swoim i decyzji nie zmieniła. Zdarzyły się jeszcze może ze dwie afery w szkole i przedszkolu, a potem chyba babcia przyjęła do wiadomości.
Wkrótce wyjechała w delegację. Teściowa próbowała wykorzystać ten czas na przeprowadzenie swego niecnego planu.
Andrzej podpisał upoważnienie dla swej matki do odbioru córki ze szkoły i syna z przedszkola. Nauczycielki miały pewne wątpliwości, ale pisma były sformułowane prawidłowo, więc musiały wydać. Pani Luiza była bardzo niezadowolona, bo została wysłana na przymusowy urlop, pozbawiona więc dochodów. Ale ani Andrzej, ani jego matka nie zawracali sobie tym głowy. Pan Krzycki dalej był weterynarzem, kochał wszystkie zwierzęta tak bardzo, że nie zgadzał się na więzienie ich w domu. To tłumaczyło nieobecność czworonogów w domu. Od pewnego czasu był też biznesmenem i wiele czasu i energii pochłaniały mu sprawy organizacyjno  - finansowe kliniki. Pewnego wieczora wrócił późno do domu, zamówił taksówkę matce i odgrzał sobie spóźnioną kolację.
- Tato, brzuch mnie boli. – słowa małego Jarka bardzo go zaskoczyły, wyrwały z zamyślenia.
- Chodź tu synku, zaraz zrobię Ci mięty!
- Nie chcę mięty. Chcę do mamy! – pięciolatek wtulił się w ojca.
- Ocho, jaki maminsynek, he, he! – Marysia pojawiła się w drzwiach kuchni cicho niczym kot.
- Marysiu, nie dokuczaj bratu. – delikatnie zwrócił jej uwagę ojciec. Wyciągnął do niej rękę – chodź, przytul się do taty.
Oboje marudzili niemal do rana. W pewnym momencie on też zatęsknił za Joanną, bo wiedział,  że przy niej takie noce się nie zdarzają.
Następnego dnia odprowadził dzieci do szkoły i przedszkola, następnie pospieszył do firmy i zajął się jej sprawami. W tym czasie Joanna wróciła do domu. Tuż przed ich domem usłyszała dochodzące z krzaków miauczenie.
Podeszła bliżej i zobaczyła malutką, żółciutką kulkę. Gdy podniosła, kuleczka zmieściła się jej w dłoni. Szybko udała się do domu, gdzie zostawiła bagaże i natychmiast zaniosła znalezisko do kliniki swego męża.
- Aśka, co ty tu robisz? – ucieszył się na jej widok; Jej dłuższa nieobecność dała mu się nieźle we znaki.
- Słuchaj, zobacz co znalazłam przed naszym domem. Andrzej fachowo wziął maleństwo i zbadał. Zwierzątko okazało się zdrową, ośmiotygodniową kotką.
- Chyba nie zamierzasz jej zostawić w domu? – usłyszała niepokój w głosie męża.
- No, właśnie nie wiem. Dzieci zawsze chciały mieć psa, ale to by nas bardzo uwiązało. Może kot lepiej się sprawdzi.
- Dobra, przyniosę wieczorem wyprawkę z naszego sklepu. Radość dzieci była niesamowita. Nowa pupilka otrzymała wdzięczne imię Stasia i zamieszkała w domu państwa Krzyckich. Nie wiedzieli tylko, że mała dokona jeszcze tego jednego, tak ważnego cudu.
Wiosna była tego roku piękna. Luiza, która siłą rzeczy została wciągnięta w rozgrywki rodzinne państwa Krzyckich, tego dnia wygrała wyścig z Babcią i odebrała Marysię ze szkoły tuż po zakończeniu lekcji, następnie Jarka z przedszkola tuż po podwieczorku. Następnie korzystając z pięknej pogody została z dziećmi na placu zabaw.
Pani Longina zaś wytrwała w swoim dążeniu do zawładnięcia rodziną syna poszła do szkoły i bardzo się zdenerwowała informacją, że dziecko zostało już odebrane.
- Pani Krzycka wycofała zgodę na odbieranie dziecka przez panią.
- To ja jestem pani Krzycka i wiem, że na pewno mogę odebrać moją wnuczkę. Mówiłam pani, że ta gówniara nie może jej odbierać.
- Przykro mi, ale to rodzice podejmują tego typu decyzje.
- Ty durna służbistko. Jeśli coś się stanie mojej wnuczce, będzie to twoja wina! – zagroziła nauczycielce. W przedszkolu odbyła mniej więcej podobną rozmowę i jak niepyszna wróciła do domu. Ta franca zmieniła zamki, ale ona potrafi zmusić syna do posłuszeństwa. I rad nierad Andrzej dorobił dla niej komplet (w tajemnicy przed żoną oczywiście).
Otworzyła sobie drzwi i ledwo weszła do przedpokoju coś skoczyło jej na głowę.
- Co jest do licha! – oszołomiona  aż przysiadła na podłodze. I wtedy owo coś zeskoczyło na podłogę i słodko zamiauczało.
- O nie, kot! Przecież oni dobrze wiedzą, że jestem uczulona. Specjalnie to zrobiła menda jedna. Łzy napłynęły jej do oczu, zaczęła kichać nie mogła wstać z przerażenia. Czym prędzej uciekła z mieszkania swego syna, rzucając niezbyt cenzuralne słowa pod adresem swojej synowej.
Tak oto malutka Stasia przyczyniła się do przywrócenia spokoju w rodzinie państwa Krzyckich.

Komentarze