Nd Morskim Okiem

                                       
                                       22. Nad Morskim Okiem
- Mamo, ja nie wiem, jak Ci dziękować. Wychowałaś moje córki na wspaniałe dziewczyny, wspierałaś mnie, mimo, że dałam Ci popalić.
- Nie powiem, Kasieńko, że było łatwo, ale na szczęście nie byłam sama. Wiesz, ja dwa lata temu wyszłam zamąż, za wujka Grześka, pamiętasz go?
To było pierwsze po kilku latach terapii spotkanie matki i córki. Katarzyna opuściła ośrodek terapii uzależnień, myślała, że znów zaskoczy matkę rewelacjami ze swojego życia osobistego, zaś to matka zaskoczyła ją. Nie tylko tym, że obie jej córki dalej uczyły się w liceum, starsza przygotowywała się do matury, pomagały jej w domu. Domyśliła się, że to wujek pomógł wprowadzić w domu  konsekwentne przestrzeganie zasad.
- Mamo, ja też nie jestem sama. Jutro poznasz mojego narzeczonego. Ma na imię Adam, był wolontariuszem w ośrodku, spodziewam się dziecka.
                                                  
                                              *
W schronisku nad Morskim Okiem powoli robiło się cicho. Turyści, w większości młodzi wyszli już na zaplanowane szlaki. Przy stole w jadalni siedziała tylko młodziutka, filigranowa dziewczyna o urodzie aniołka. Delikatne loki spływały jej wzdłuż szyi. Z błękitnych, dużych oczu po jasnych policzkach płynęły łzy. W dłoni trzymała blaszany kubek z herbatą, ale nie piła. Patrzyła tępo przed siebie. Nie zauważyła nawet, kiedy przysiadł do niej wysoki szatyn z burzą kręconych włosów wokół podłużnej twarzy.
- Przepraszam, może mógłbym jakoś pomóc. – zagadnął. Śliczna jak obrazek dziewczyna spojrzała na niego wzrokiem zbitego psa. – Jestem Grzesiek
Dziewczyna nic nie mówiła. Pozwolił sobie objąć ją ramieniem. Wówczas dziewczę rozszlochało się na dobre.
- Słuchaj, mam propozycję. Idziemy teraz z kumplami na Rysy, może pójdziesz z nami.
Ania Leśniewska, bo tak nazywało się dziewczę anielskiej urody, przez chwilę zamyśliła się. Ma iść w góry razem z trzema obcymi facetami? Tak się nie robi. A jeśli okażą się bandytami? Przecież przyjechała tu z tym, którego uważała za swojego przyjaciela, któremu oddała serce i ciało. I została sama.
Postanowiła zaryzykować. Grzesiek Madera okazał się pogodnym studentem budownictwa. Drugi z chłopaków, Piotrek Orłowski, taki wysoki brunet o śniadej karnacji, krótko ostrzyżony, szczupły, wysportowany sprawiał wrażenie człowieka życzliwego. Miał za kilka dni zacząć pracę jako kierowca autobusu w Warszawie. Trzeci kolega miał na imię Zbyszek i pracował jako sprzedawca w sklepie spożywczym w Pruszkowie, był niższy i taki trochę misiowaty. Ania czuła, że jest szansa na uratowanie tych kilku dni wakacji.
Przyjechała w Tatry razem ze swoją pierwszą miłością, kolegą z klasy, Darkiem Narukiem. Oboje skończyli właśnie technikum gastronomiczne. Przyjaźnili się niemal od przedszkola. Ten wyjazd miał jakoś tak zacieśnić ich relację, planowali swój pierwszy raz. I mieli go. Zaraz potem pojawiła się ona i chłopak stracił głowę, zostawił Anię niemal bez słowa. Gorzej być nie mogło. Dziwiąc się sama sobie, dołączyła do tercetu chłopców, ze wskazaniem na Grzegorza. Okazało się, że kondycję ma odwrotnie proporcjonalną do gabarytów, na Rysy weszła bez zadyszki, następnego dnia weszli jeszcze na Gerlach i trzeba było wracać do Warszawy.
Jakiś tydzień po powrocie zaprosili ją na prywatkę do Piotra. Ludzi było niewiele, tylko jakieś dwie koleżanki.. Wysoka, szczupła blondynka o imieniu Ewa, była koleżanką z pracy Zbyszka, zaś Justyna, niewysoka brunetka mieszkała niedaleko Piotra, znali się z podwórka.  Mogła więc swobodnie bawić się z Grzegorzem. Jednak zaiskrzyło między nią a Piotrem. To oni zostali wkrótce parą.


Ania skończyła technikum gastronomiczne i rozpoczęła pracę jako kucharka w przedszkolu. Piotr był zadowolony z pracy kierowcy autobusu.  Okres ich narzeczeństwa przypadł na bardzo trudny czas. Rodzice Piotrka zostali internowani, ślub wzięli dopiero w osiemdziesiątym trzecim roku. Zamieszkali w mieszkaniu rodziców Ani, ale starali się o przydział własnego m.  Wkrótce urodziła się Kasia. Śliczna, różowiutka dziewczynka ze złotymi loczkami Ani i lekko śniadą karnacją Piotra. Rosła zdrowo, rozwijała się, jak każde dziecko swej epoki. Gdy skończyła trzy lata, pojawiła się w przedszkolu swej mamy, następnie, w stosownym czasie  rozpoczęła edukację w szkole. Była dzieckiem żywym, rezolutnym, odważnym. Jej rodzice ciągle byli wzywani do szkoły, bo córeczka coś narozrabiała.
Ledwo skończyła szkołę podstawową, rozpoczęła naukę w szkole krawieckiej. Ukończyła edukację  z trudem, długo nie mogła znaleźć pracy. Anna pomagała jej jak mogła, polecając usługi krawieckie Kasi swoim przyjaciółkom, sąsiadkom, ale często nie były one zadowolone z usług młodej krawcowej. Dziewczyna była bardziej zaangażowana w życie towarzyskie, często nie dotrzymywała terminów, traktowała pracę mało poważnie. Związała się z Arkiem, chłopakiem lubiącym alkohol, narkotyki oraz nocne życie towarzyskie. Szybko okazało się, że jest w ciąży. Na chwilę zmieniła tryb życia, aż do urodzenia Łucji. Dziewczynka urodziła się (Dzięki Bogu) zdrowa, po kilku miesiącach okazało się, że będzie miała rodzeństwo. Znów urodziła się dziewczynka, Zuzanna. Kasia mieszkała razem z Arkiem, starali się  żyć jak normalna rodzina. Jednak organizm Arka w końcu upomniał się o swoje prawa, chłopak zaczął chorować, jego serce nie wytrzymało mieszanki alkoholu i narkotyków.
To był cios. Dziewczyna, która raczej nie traktowała swego życia poważnie, stanęła oko w oko z tragedią. Miała na utrzymaniu dwie kilkuletnie dziewczynki, zero doświadczenia zawodowego.
Wtedy Anna, mimo sprzeciwów Piotra, który twierdził, że córka powinna wypić piwo, które sobie nawarzyła, postanowiła pomóc Kasi. Jednak i ona coraz częściej zaczęła topić smutki w alkoholu, zdarzyło się  kilkakrotnie, że sąsiedzi widząc samotnie wędrujące dzieci zawiadomili pomoc społeczną i policję. Przyznano im kuratora, który po pewnym czasie wystąpił o pozbawienie Kaśki praw do opieki nad dziećmi. Mniej więcej w tym samym czasie zmarł Piotr, co bardzo utrudniło starania o ustanowienie babci rodziną zastępczą.
Gdy Łuśka miała siedem lat, a Zuza sześć sąd zobowiązał Katarzynę do leczenia odwykowego, a jej matkę ustanowił opiekunem prawnym.
Anna, która przez lata pracowała w przedszkolnej kuchni, miała pewne doświadczenie w kontaktach z dziećmi, miała cichą nadzieję, że sobie poradzi. Z czasem dziewczyny zaczęły dorastać, sprawiać coraz więcej problemów.
- Zuzia, jak ty się ubrałaś?! – pytała prawie każdego ranka;
- Babcia, wszyscy tak się ubierają, teraz tak się nosi! – odpowiadało rezolutnie jedenastoletnie dziewczę;
- Łuśka, dlaczego ty jesteś umalowana? – makijaż to był kolejny powód do porannych kłótni;
- Bo jestem kobietą – odpowiadało dwunastoletnie dziewczę.
- Kobieto, ty idziesz do szkoły, zmywaj to natychmiast! – takie awantury odbywały się coraz częściej. Znów Kasia musiała chodzić na wywiadówki, na których słyszała, że dziewczyny dokuczają innym dzieciom, biją, wagarują.
- Słuchajcie, moje drogie. Wiecie, że ja was kocham ponad życie i ostatnią rzeczą, którą chciałabym zrobić to oddanie was, ale jeśli nie zaczniecie mnie szanować, nie będę miała wyboru. – powiedziała pewnego ranka, gdy panienki samowolnie wybrały się na całonocną imprezę. Ona nie spała, próbowała się dodzwonić do wszystkich koleżanek, których numery posiadała w swoim notesie, potem dzwoniła po szpitalach, czy dziewczynki nie trafiły do któregoś po dramatycznym napadzie, a one doskonale się w tym czasie bawiły. Potem było jeszcze gorzej. Pewnego dnia wezwała ją szkolna psycholog.
- Dzień dobry, pani Anno.  Chciałabym  z panią porozmawiać o dziewczynkach.
- A coś się stało? – zapytała wówczas przerażona.
- Obserwujemy od pewnego czasu, że dziewczynki są jakieś smutne, izolują się, bywają agresywne w stosunku do innych dzieci, a ostatnio nawet Zuzia uderzyła panią woźną, która próbowała rozdzielić.
- Mam nadzieję, że nic się nie stało tej pani? – zapytała przerażona;
- Nie, pchnęła tylko panią Olbicką na ścianę, na szczęście skończyło się na lekkim stłuczeniu. Potem długo rozmawiałam z dziewczynkami. I dowiedziałam się, że one bardzo boją się, że pani je odda, nie radzą sobie ze swoimi emocjami, trudnościami. Stąd ich niepohamowana agresja, histeria.
No tak. Rzeczywiście od pewnego czasu miała poczucie, że nie radzi sobie z dziewczynami, nie rozumie ich tęsknoty za matką, one nie rozumieją jej bólu matki, której dziecko nie poradziło sobie z życiem.
- I co ja według pani powinnam zrobić? – pytała Babcia głosem pełnym bezsilności.
- Przede wszystkim musi Pani zrozumieć ich świat, dużo z nimi rozmawiać.
- Pani kochana! Jak ja mam zrozumieć ich świat, jak one chcą w podartych spodniach iść do szkoły.
Wracała ze spotkania ze szkolną pedagog pełna złych myśli. Nie sprawdziła się jako matka, nie radzi sobie jako babcia, przegrała na każdym polu.
- Anusia?! – z zamyślenia wyrwał ją okrzyk starszego pana o pogodnym uśmiechu. Nie, to niemożliwe.
- Grześ, to ty? – od razu poznała przyjaciela swojego męża.
- Piękna jak zawsze, tylko czemu taka smutna? – zapytał ściskając i całując jej dłoń.
- A, takie tam problemy. Ale co u Ciebie? – zapytała z uśmiechem;
- A tam, stara bieda, owdowiałem niedawno, syn wyjechał do Kanady na studia, córka skończyła technologię żywienia, wyszła za mąż, spodziewa się dziecka, drugi syn kończy stomatologię.
- To dobrze, udały Ci się dzieci?
- A wy też mieliście córkę, prawda?
- No mieliśmy.  -  twarz Anny posmutniała gwałtownie.
- Piotrek kiedyś mówił, że macie z nią problemy, ale miałem nadzieję, że przejściowe.
- Oj, dużo by opowiadać.  Piotr nie żyje, a ja opiekuję się dwiema nastoletnimi wnuczkami.
- No tak, słyszałem, ale nie mogłem być na pogrzebie, bo pracowałem za granicą.
Czas zatrzymał się w miejscu. Ania znów poczuła się młodą, atrakcyjną dziewczyną, która zainteresowała studenta budownictwa. On też czuł podobnie.
Wymienili się numerami telefonów. Teraz mieli już komórki, kontakt był więc ułatwiony. Spotkali się jeszcze kilka razy i doszli do wniosku, że chcą być razem. Zdecydowała się przedstawić ukochanego wnuczkom.
- Ale lol. Babcia ma fagasa – stwierdziła Łuśka
- Nie, no spoko, Babcia- dodała Zuzia.

Trzeba przyznać, że na zapoznawczy obiad dziewczyny ubrały się bez zarzutu, nawet pomagały w przygotowaniach. Nie wiedziały, co dla nich oznacza ta zmiana w życiu Babci.

Komentarze