Odnaleziona

                                  23. Odnaleziona
Noc sylwestrowa. Maria Radlińska zakończyła dekorowanie stołu ze szwedzkim bufetem i usiadła na kanapie obok męża. Wysoki, szpakowaty brunet miał wciąż uśmiechniętą twarz. Kończył składanie małego stolika, który mógł być przydatny podczas imprezy. Spodziewali się gości – znajomych z podstawówki z partnerami. Ich klasa liczyła trzydzieści osób, udało się nawiązać kontakt z osiemnastoma. Spodziewali się około trzydziestu osób. Rozległ się telefon.
- Szczęśliwego nowego roku, mamusiu, jest super! – Zygmunt spędzał sylwestra w podróży poślubnej, ze swoją ukochaną Michasią. Wyrósł na odpowiedzialnego młodego człowieka,  kończył prawo i zamierzał pracować w sądzie rodzinnym, nie był jeszcze zdecydowany na jakim stanowisku.
Ledwo Marysia zdążyła odłożyć telefon i zająć się rozkładaniem słonych paluszków do szklanek, aparacik znów zadzwonił.
- Mamuś, szczęśliwego nowego roku, zaraz się zaczyna – najmłodsza córka, Klementyna spędzała tę noc w Pradze, podczas dni młodzieży Taize. Dziewczynka dobrze się uczyła i kończyła szczęśliwie liceum, miała zamiar zdawać na polonistykę. 
Starsza córka, Leokadia, studiowała medycynę, od pewnego czasu spotykała się z Frankiem, studentem socjologii i właśnie z nim miała witać nowy rok na domówce u przyjaciół.
Cała trójka była wdzięczna Marii za udane dzieciństwo.
                                             *
Marysia Witkowska nie była ani ładna, ani brzydka. Taka średnia. Ona sama powiedziałaby o sobie, że jest nijaka. Ale nadrabiała charakterkiem. Chcąc jak najszybciej wydostać się spod pieczy bogatych i wpływowych rodziców, stanowczo odmówiła podjęcia nauki w liceum ogólnokształcącym. Chciała jak najszybciej zdobyć zawód i rozpocząć pracę, aby pracować na własne nazwisko. Wybrała liceum zawodowe o specjalności sprzedawca – magazynier. Właściwie sama nie wiedziała, dlaczego tak zależy jej na samodzielności. Jej tata – mecenas Stefan Witkowski był wziętym adwokatem, posiadał własną kancelarię, w której zatrudniał troje aplikantów.  I miał ambicję, że jego ukochana jedynaczka przejmie kiedyś jego działalność. Jej mama zaś, pani Hanna Witkowska była niedoszłą prawniczką, elegancką kobietą przy mężu. Porzuciła studia, bo wyszła zamąż i urodziła córkę. Twierdzi, że nigdy nie żałowała swojego kroku, ale Marysia wyczuwała w oczach matki taki błysk, który mówił jej, że nie jest to do końca prawdą. Dlatego ona sama podjęła decyzję, że nie będzie się nikomu podporządkowywać.
Po skończeniu liceum, nie chciała słyszeć o żadnych studiach, natomiast szybko znalazła sobie pracę w niewielkim sklepie spożywczym. Była otwarta, energiczna, miała dobry kontakt z klientami, dlatego była ceniona, szybko awansowała na kierowniczkę sklepu. Wtedy zwrócił na nią uwagę jeden z dostawców – Karol Otręba. Był to wysoki, szczupły, energiczny brunet. Zaczęło się od zdawkowych rozmów na temat przywożonych przez niego towarów, które z czasem nabierały coraz bardziej osobistego charakteru. Po dwóch latach zaręczyli się, a po roku odbył się skromny (ku rozpaczy bogatych rodziców panny młodej) ślub. Państwo młodzi wynajęli niewielkie mieszkanko na Woli, które urządzili całkowicie według własnego gustu. Wkrótce okazało się, że będą mieli dziecko. Karol słysząc tę wiadomość niemal oszalał ze szczęścia. Marysia natomiast oczami wyobraźni widziała siebie uwiązaną przy dziecięcym wózeczku, w domu, wiecznie nie mogącą nigdzie wyjść bez dziecka. Dla osoby tak bardzo ceniącej sobie niezależność, było to nie lada wyzwanie. Na początku starała się o tym  nie myśleć. Pracowała jak dotąd. I pewnego dnia dźwignęła kolejną skrzynkę z warzywami, gdy poczuła przeszywający ból i krew między nogami. Właścicielka sklepu natychmiast wezwała pogotowie, ale dziecka nie udało się uratować. Marysia poczuła coś na kształt ulgi. Natomiast jej mąż najpierw zezłościł się tak bardzo, że omal nie zabił najpierw właścicielki sklepu, potem żony. I to był chyba początek końca ich miłości.
Rozwód nastąpił jakiś rok później. Marysia zamieszkała razem z matką, zaczęła pracę w osiedlowym sklepie.  Dobiegała trzydziestki, czuła się niespełniona. Mniej więcej wtedy dotarło do niej, że straciła dziecko, że stało się coś bardzo ważnego. Miała żal do siebie, że dźwigała te skrzynki. Klientów wciąż traktowała profesjonalnie, z uśmiechem, ale nie lubiła ich. Wyjątek zaczęły stanowić dzieci. Nie wiedziała wcześniej, że niedaleko jej domu i sklepu mieści się dom dziecka. Pewnego dnia wpadła do sklepu taka rozkrzyczana grupa, kupili jakieś słodycze, gazetki młodzieżowe, nawet nie zauważyli, że z tyłu została taka nieduża dziewczyneczka  z jasnymi włosami. Marysia dała jej lizaka i chciała wziąć za rękę i odprowadzić do domu, ale wtedy mała uciekła. Ekspedientka zobaczyła, że dogoniła swoją grupkę. Ale zaciekawił ją ten budynek i postanowiła zainteresować się.
Następnego dnia miała na drugą zmianę, dlatego postanowiła odwiedzić tajemniczy dworek. Dom Dziecka numer 3 im. Dziecka Warszawy  przeczytała. Postanowiła wejść do środka. Tam przywitał ją kilkuletni chłopczyk, zapraszając od razu do pokoju cioć.
Gdy stanęła oko w oko z jędzowatą rudowłosą oderwaną od picia kawy i ciasteczek trochę straciła rezon. Zapytała, jak mogłaby dzieciom pomóc.
- Może je pani wziąć do domu. – opryskliwie odpowiedziała Ruda.
- O dzień dobry – w tym momencie do pokoju wszedł wysoki brunet o sportowej sylwetce.
- Dobrze słyszę, pani chciałaby pomagać dzieciakom? A jak? – zapytał;
- No nie wiem… - wydukała będąc pod wrażeniem przystojnego wychowawcy.
- Nudzi się pani w domu? – Ruda była nie wiadomo dlaczego bardzo zgryźliwa.
- Nie, nie nudzi mi się. Ja pracuję w sklepie, tuż obok, czasem dzieciaki wpadają do mnie, pomyślałam, że i ja mogę czasem do nich przyjść, może bajkę poczytać, może w lekcjach pomóc;
- Myślę, że każda para rąk bardzo się przyda. Zapraszamy jutro po południu.
- W tym tygodniu pracuję na popołudniową zmianę; może od poniedziałku?
Mężczyzna zajrzał do wiszącego na korkowej tablicy grafiku.
- O, ja w poniedziałek pracuję od czternastej, zapraszam.
W poniedziałek pogoda była piękna, jak to w maju. Przez sklep przewinął się tłumek maturzystów, którzy odstresowywali się za pomocą piwa i papierosów, Marysia rygorystycznie sprawdzała dowody osobiste, by wreszcie przekazać kasę zmienniczce, poprawiła fryzurę, chwyciła torbę pełną cukierków, pognała do pałacyku przy ulicy Dalibora.
- Kochani, to jest ciocia Marysia, która chce do nas przychodzić, chodźcie, przywitajcie się. Ja jestem wujek Maciek. – zaczął wesoło. Była tak podekscytowana, że mieszały jej się dziecięce dłonie i imiona: Karolina, Adrianna, Justyna, Filip, Henryk, Zygmunt, Leszek, Bartek, Janek. Ocknęła się, przy czterolatce, na którą zwróciła uwagę w sklepie.
- A ty jak masz na imię? – zapytała z serdecznym uśmiechem.
- To jest nasza Lonia czyli Leokadia – wyjaśnił pan Maciek. Dziewczynka zaś milczała.
Marysi przypomniała się ciotka Leokadia. Stojąca przed nią filigranowa blondyneczka niczym nie przypominała starej, sfrustrowanej ciotki.
- Pokażesz mi swój pokój? – zapytała przyjaźnie
- Nie, wynoś się stąd – odpowiedziało dziewczątko;
- No coś ty? – zdziwiła się
- Lonieczko, idź proszę do swojego pokoju. – powiedział Maciek do dziewczynki, następnie zwrócił się do Marii – ona boi się ludzi, swoje przeszła – wyjaśnił;
- A co z jej rodziną? – zapytała
- Jej matka jest osobą bardzo niezaradną życiowo, ma troje dzieci, każde z innym mężczyzną. Jej starszy brat ma siedem lat, jest u nas, to ten blondynek Zygmunt, a najmłodsza Klementyna jest na Nowogrodzkiej, ma dopiero półtora roku.
- Klementyna, Zygmunt Boże Ci ludzie musieli mieć fantazję.
W poniedziałek nie udało się porozmawiać z Lonią. Próbowała nawiązać kontakt z Zygmuntem, ale on też nie był dla niej zbyt rozmowny. Ale wtedy odezwała się jej bojowa natura. Wreszcie miała przed sobą prawdziwe wyzwanie.
Minął tydzień, znów była umówiona w placówce, tym razem zamiast miłego Maćka była Hanna, rudowłosa, niezbyt chętna do współpracy wieloletnia opiekunka.
Praca społeczna Marysi polegała na tym, że odrabiała lekcje z Zygmuntem i obserwowała małą Lonię, szukając sposobu na nawiązanie kontaktu z dzieckiem. W tym czasie wpadł jej w ręce artykuł na temat fas.
- Pani Haniu, mam pytanie – zagadnęła Marysia
- O co chodzi? – kobieta nie była do niej życzliwie nastawiona
- Czy pani wie coś na ten temat, czy matka Loni piła alkohol w czasie ciąży?
- Nie wiem, a co to ma za znaczenie? – odpowiedziała kobieta pytaniem na pytanie.
- Bo ja czytałam ostatnio o zespole FAS … - wyjaśniła rzeczowo;
- Pani się rzeczywiście musi nudzić. – skomentowała Hanna.
- Nie, nie nudzi mi się, ale mam wrażenie, że Lonia może mieć ten problem. – dodała Maria.
- Nie wiem, mnie to nie interesuje, ja mam się nimi opiekować. – poglądy pani Hani na temat jej pracy były specyficzne.
Wiedziała, że z tą kobietą nigdy się nie dogada, poczekała na wspólny dyżur z Maćkiem, który jej powiedział:
- To bardzo prawdopodobne.
Pewnego jesiennego dnia miała okazję  poznać panią Karolinę – biologiczną matkę trójki.  Była to kobieta około dwudziestopięcioletnia, mieszkająca z rodzicami, często zmieniająca partnerów. Aktualnie była sama i postanowiła starać się o odzyskanie praw rodzicielskich. Był to jeden z jej kaprysów, miała to być odmiana w jej rozrywkowym życiu. Jednak sąd nie uwierzył w jej przemianę i wniosek oddalił.  Wtedy Maria po raz pierwszy pomyślała, czy nie zaopiekować się tymi dziećmi całkowicie. Najpierw pojechała na konferencję poświęconą FAS, wróciła z nowymi pomysłami, za które została wyśmiana przez Hannę. Ale udało jej się zapisać dzieci do specjalisty poznanego na konferencji, który potwierdził jej przypuszczenia.  W związku z tym zapisała dzieci na terapię i zobowiązała się do jeżdżenia z nimi na wizyty do specjalistów. Jeżdżąc dwa razy w tygodniu do centrum pomocy psychologicznej (udało jej się załatwić bezpłatną terapię w prywatnej placówce), bardzo związała się z dziećmi. Wracając wstępowali do domu małych dzieci, aby odwiedzić Klementynkę. Uważała bowiem, że trzeba dbać o podtrzymanie więzi rodzinnej. Po pewnym czasie zapisała się na szkolenie dla rodzin zastępczych.  Była jedyną osobą samotną, resztę grupy stanowiły małżeństwa. Zaprzyjaźniła się z państwem Jakubowskimi z Brwinowa, którzy adoptowali czteroletnie bliźnięta. Poddała się różnego rodzaju badaniom psychologicznym, wywiadom środowiskowym i słuchała o tym, jakie to problemy mogą mieć takie dzieci i całą teorię konfrontowała z doświadczeniem z domu dziecka. Gdy skończyła kurs, wystąpiła do sądu o ustanowienie jej rodziną zastępczą dla trójki Boguckich. Szczęśliwie złożyło się, że w międzyczasie odziedziczyła po babci trzypokojowe mieszkanie na Woli, niedaleko owdowiałej matki.  
Pani Hanna słuchając o planach córki, była przerażona.
- Marysiu, w co ty się pakujesz, dziecko? Trójka dzieci, bez męża, wiesz kim byli ich rodzice? Wiadomo, co może z nich wyrosnąć? – próbowała ją zniechęcać;
- Ale przynajmniej będę miała dla kogo żyć; - odpowiadała jej córka.
Maria wciąż pracowała w sklepie spożywczym, a w pozostałym czasie odwiedzała dzieci i urządzała mieszkanie na ich przyjście.
Wreszcie na początku czerwca dwutysięcznego roku sąd wydał wyrok. W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej Maria Otręba została ustanowiona rodziną zastępczą dla małoletnich Zygmunta, Leokadii i Klementyny Boguckich. Prosto z Sądu pojechała na Nowogrodzką, zabrała Klementynkę, a następnie na Dalibora po Zygusia i Lonię.
- Witajcie w domu, dzieci – powiedziała stawiając ich torby na podłodze w przedpokoju. Szybko pospieszyła do kuchni, aby podgrzać im pierwszy domowy posiłek.
Jednak dzieci nie były głodne. Wolały zająć się oglądaniem swoich pokoi, bieganiem po mieszkaniu, włażeniem w różne kąty. A ona była szczęśliwa i pełna nadziei. Zygmunt miał od września iść do pierwszej klasy w tej samej szkole, w której chodził do zerówki, zaś Lonia miała jeszcze na rok iść do przedszkola na Brożka. Klementynka zaś miała zostać przez rok w domu z nową mamą, która na tę okoliczność dostała urlop wychowawczy w swojej pracy.
I tak zaczęło się codzienne życie nowej, nietypowej rodziny.  Maria wstawała co rano, przygotowywała śniadanie dla Zygmusia i Kleni (Lonia miała posiłki w przedszkolu), doglądała toalety, wreszcie mniej więcej ok wpół do ósmej wychodziła z całą trójką. Najpierw szli do szkoły, gdzie należało zostawić najstarszego. Potem w przedszkolu zostawała Leokadia, a wreszcie z Klenią szły na bazarek, aby zrobić zakupy. Dla opiekunki była to okazja, aby poszerzać słownik dziecka, dlatego bez przerwy tłumaczyła jej mijany kawałek świata.
- Zobacz kochanie, to są pomidorki, z których zrobimy dziś pyszną zupę, a to kalafior będzie na drugie danie z panierką. O, zobacz jakie pan ma tutaj śliczne obrazki, a to bardzo stare krzesełka.
- Sełka? – dopytywała się Klementynka
- Tak, córeczko, krzesła. O, a widzisz te naczynia? Moja babcia miała bardzo podobne. – I tak mijała im droga do domu. Klementynka miała teraz czas na samodzielną zabawę w kuchni, zaś jej mama przygotowywała obiad i znów musiały iść po starsze dzieci. Drogę powrotną zaczynały od przedszkola.
Tam odbierając Leokadię zadawała pani Sylwii Rostek mnóstwo pytań:
- Czy Lodzia dziś jadła obiad, a co było? A czy spała? Czy pozwolono jej spać z ulubioną przytulanką (Pani przecież wie, jaką ona ma przeszłość, ona musi przytulić przed snem swojego misia).
- Tak, proszę Pani, ja wiem, ale ona sobie dosyć dobrze radzi i nie zawsze chce tego misia – odpowiadała wychowawczyni.
W szkole najczęściej zastawała Zygusia przy odrabianiu pracy domowej. Tam mama nie zwracając uwagi na to, że dziewczynki w butach wbiegają do świetlicy i zaczynają bawić się zabawkami, odbywała lekturę dzienniczka.
Gdy coś ją zaniepokoiło, dopadała panią Dorotę Gilowską, nauczycielkę i pytała:
- Jak to nie znał dni tygodnia? Przecież w domu wczoraj potrafił bez problemu.
- Nie było mnie wczoraj u państwa w domu, sprawdzałam znajomość dziś na lekcji i wiem, że nie umiał. – odpowiadała asertywnie szczupła blondynka uczesana w kucyk.
W następnym roku do szkolnej zerówki poszła Lodzia, zaś Klementynka do przedszkola. W związku z tym, pani Maria zostawiwszy najmłodszą dziewczynkę w przedszkolu, szła ze starszą dwójką do szkoły i tam nie spiesząc się odprowadzała do klasy, udzielała rad:
- Pamiętaj, zgłoś się dzisiaj, aby Cię pani zapytała z nazw miesięcy.
- A ty, Lodziu, odzywaj się na lekcjach, nie możesz milczeć jak ta sierota.
Gdy odprowadziła Zygmunta do jego klasy, szła do zerówki, nie zważając na to, że jest już po dzwonku, zwracała się do nauczycielki:
- Pani Marto, mogę na słówko?
- Już jest lekcja, teraz nie mogę. – odpowiadała Marta Bieniek, niewysoka, krótkoostrzyżona szatynka.
Marysia rozsiadała się więc na ławce na korytarzu i słuchała odgłosów z lekcji w zerówce. Pewnego dnia, gdy tak czekała na rozmowę z wychowawczynią Loni, z sąsiedniej klasy wybiegł nieduży chłopczyk w okularkach i trzasnął drzwiami.
- Ej, ciszej trochę, lekcje są – zwróciła mu uwagę.
- Zamknij się głupia babo! – odpowiedziało jej dziecko.
- Słuchaj, nie będziesz się do mnie w ten sposób odzywał. – próbowała złapać chłopca za rękę, ale wyrwał się jej i pobiegł w stronę szatni.
Po chwili z Sali wyszła młoda kobieta z długimi, jasnorudymi włosami i zaczęła z niepokojem rozglądać się po korytarzu.
- Pobiegł do szatni – powiedziała jej Maria
- Dobrze, ale ja bardzo proszę, aby pani nie wtrącała się. Dziecko wyszło po to, aby się wyciszyć, a nie kłócić się z Panią. -  Zwróciła jej uwagę
- Ale trzasnął drzwiami – broniła swojej racji Maria;
- To się zdarza, proszę, aby Pani na przyszłość nie wtrącała się.
- Pani jest za młoda, aby mnie uczyć. – jak zwykle ostatnie słowo musiało należeć do niej;
Kobieta pospieszyła w kierunku szatni. Po chwili wróciła trzymając chłopca za rękę. Udała się w kierunku mniejszego korytarza, gdzie spacerowali w milczeniu. Maria wiedziała, że gdyby jej tu nie było, nauczycielka chodziłaby po dużym korytarzu, ale nie przejmowała się. Skupiła się na podsłuchiwaniu zajęć z zerówki. Po dzwonku weszła nie czekając na otwarcie drzwi i zaatakowała panią Martę.
- Dlaczego Pani ani razu nie zapytała Lodzi. Musi pani pamiętać, że ona sama się nie zgłosi, a na pewno też umie. Pani pyta tylko te śmiałe, przebojowe dzieci, a o Loni zapomina.
- Po pierwsze, nie powinna pani podsłuchiwać pod klasą, a poza tym ja wiem, które dzieci mam kiedy pytać.
- Ależ Pani jest arogancka. Chyba pójdę do Pani dyrektor.
- Bardzo proszę.
Prosto ze szkoły szła na bazarek, robiła zakupy, zanosiła je do domu, przygotowywała kolację, obejrzała odcinek serialu i już musiała iść po dzieci. Zaczynała od przedszkola, odbierała Klementynkę domagając się szczegółowych opowieści o tym, jak minął dziewczynce dzień. Wchodząc do szkoły minęła rudą Hannę, odbierającą gromadkę podopiecznych. Wymieniły grzeczności i minęły się obojętnie. Niektóre dzieci uśmiechnęły się na widok Marysi. Ucieszyła się, że jeszcze ją pamiętają. Pozwoliła Kleni wbiec do szkoły, sama udała się w kierunku świetlicy, gdzie zastała swoje dzieci zaaferowane układaniem puzzli. Kiedy Klenia do nich dołączyła, postanowiła znaleźć jeszcze panią Dorotę, aby wyjaśnić z nią znaczną kwestię.
- Pani Doroto, ja przepraszam, że przeszkadzam… - zaczęła dyplomatycznie
- Ja już wychodzę, spieszę się dziś bardzo. – Dorota poza tym, że była nauczycielką, była też matką, która spieszyła się do przedszkola po swoje dzieci.
- To w takim razie szybciutko. – Bo wczoraj Zygmunt powiedział mi, że Pani nie pozwala mu wchodzić do świetlicy w czasie przerwy, a on potrzebuje trochę się odizolować.
- W czasie przerwy w świetlicy nie ma nauczyciela, dlatego dzieci nie mogą tam być same: - wyjaśniła wychowawczyni;
- To nie może pani z nim tam chodzić? – dopytywała się przybrana matka;
- Nie, ponieważ ja też mam przerwę, a dziećmi opiekuje się nauczyciel dyżurujący na korytarzu;
 Po chwili dostrzegła idącą do toalety panią psycholog Kingę Racławską. Pospieszyła za nią i zaczęła rozmowę przez drzwi.
- Pani Kingo, ja dziś chciałabym panią nieco pomęczyć. – mówiła śmiejąc się ze swojego żartu.
- Dziś nie mam czasu, zaraz jestem umówiona na rozmowę z rodzicami dziecka – odpowiadała kobieta załamana tym, że nie ma dokąd uciec przed natrętną matką. – a poza tym pani nie słucha tego, co mówię, więc nasze spotkania są bezpodstawne.- dodała już myjąc ręce i wychodząc z toalety.
- No wie pani co. Ja nic innego nie robię, tylko słucham specjalistów. – pani Otręba próbowała udawać poczucie humoru.
- Tak, ale znowu słyszałam, że odrabiała pani za Zygmunta pracę domową i to z błędami. – powiedziała psycholog grożąc jej palcem;
- Dlatego, że on w ogóle nie umiał tego ugryźć. A błędy były po to, żeby pani Dorota wiedziała, że jemu trzeba jeszcze raz wytłumaczyć.
- Ach, to pani będzie jeszcze nauczycieli uczyć. Proszę, proszę. O, już są państwo, zapraszam do gabinetu. – Pani psycholog z ulgą dostrzegła rodziców ucznia czwartej klasy, z którymi zamierzała odbyć rozmowę na temat trudnych zachowań syna i bez skrupułów zostawiła panią Otrębę.
Maria doszła do wniosku, że w tej szkole pracują sami niekompetentni ludzie, którzy nie chcą z nią współpracować. Zmobilizowała dzieci do opuszczenia budynku.
W pewnym momencie zorientowała się, że nauczyciele przed nią chowają się. Przychodząc podczas przerwy mogła jedynie dopaść ofiarę, która miała akurat dyżur na korytarzu i nie miała pola manewru.
Pewnego dnia wychodziła z placówki bardzo zdegustowana, ponieważ pani Dorota wciąż zadawała Zygmuntowi pracę domową, nie słuchając jej tłumaczenia, że on jeździ na terapię i nie zdąży.
- Zadaję mu znacznie mniej niż innym. – próbowała jej wytłumaczyć nauczycielka, ale Maria wiedziała swoje. Dlatego regularnie odrabiała pracę domową za syna, robiąc błędy, które, jak jej się wydawało mógłby zrobić Zyguś. Nie doceniała doświadczenia nauczycielki, która z każdego zadania potrafiła przepytać dziecko podczas lekcji i szybko orientowała się, że chłopiec nie odrabiał pracy domowej samodzielnie.
Innym razem dopadła panią Dorotę wychodzącą ze szkoły.
- Pani Doroto, ja muszę Panią o coś zapytać.
- Pani Marysiu, ja się bardzo spieszę, zapraszam w środę na zebranie. – jak zwykle asertywnie odpowiedziała nauczycielka.
- To w takim razie pozwolę sobie odprowadzić panią na przystanek. – nie dawała za wygraną.
- O co chodzi? – bezradnie zapytała nauczycielka patrząc w kierunku, z którego miał nadjechać autobus.
- Otóż Zygmuś mi powiedział, że pani wczoraj podczas lekcji powiedziała, że czosnek jest niezdrowy. A ja im tłukę do głowy, że czosnek jest zdrowy i często go używam, a wczoraj on powiedział, że nie będzie jadł zupy z dodatkiem czosnku.
- Powiedziałam, że nie wszyscy lubią ten zapach i niektórzy są uczuleni. O, mam już autobus. – nauczycielka wsiadła bez pożegnania.
- A, to zmienia postać rzeczy – powiedziała już tylko do siebie i wróciła do szkoły po dzieci.
W przedszkolu zrobiła awanturę o to, że Klementynka musiała jeść zupę mleczną, której bardzo nie lubi. Poza tym zażądała, aby jej dziecko było zwolnione z leżakowania.
Pani Julia, bardzo sympatyczna brunetka wierna zasadzie, że klient nasz pan, posłusznie spełniała jej życzenia. Pokornie znosiła też uwagi w stylu:
- Tej małej blondyneczce trzeba zdjąć bluzę, bo jest za gorąco – lub:
- Ten chłopczyk ma zbyt drobne elementy w rączce, proszę uważać, bo może połknąć.
- Ojej, co ty robisz, nie bij dziewczynki mały,  łobuziaku! – zwracała uwagę na zachowanie każdego dziecka w przedszkolu.
Pewnego majowego ranka, gdy wychodziła już ze szkoły po zostawieniu dzieci, minęła w drzwiach Macieja, wychowawcę domu dziecka.
- O, Marysia, cześć, co tam słychać kochana?
- A, zostawiłam dzieci, wracam do domu. A ty?
- A do mnie dzwonili, że Henio Janiszewski źle się czuje, muszę go odebrać. Jeśli możesz, to poczekaj na nas.
Przysiadła więc na ławce na korytarzu i obserwowała biegające na przerwie dzieci. Nagle zobaczyła rozłoszczonego ośmiolatka, który kopnął koleżankę.
- Ej, ej, kolego, chodź no tu do mnie – wyciągnęła w jego kierunku palec wskazujący;
- Spadaj, stara jędzo! – odparło dziecko. Kopnięta dziewczynka usiadła na podłodze i zaczęła rozdzierająco płakać, a chłopiec schował się za duży kosz na śmieci. Maria podeszła do niej, przykucnęłam i  w tym momencie usłyszała nad głową:
- Hanka, przestań wyć i wstań z podłogi. Gdzie jest Krystian? – szczupła nauczycielka z warkoczem pobiegła w stronę, którą wskazało jej jakieś dziecko.
- Czy pani naprawdę nie ma serca? – zapytała Maria – jak można było tak zbesztać tę małą?
- Prosiłam już panią kiedyś, aby pani nie wtrącała się w zachowania dzieci.
- Jak nikt nie reagował, to chyba musiałam. – Maria była stanowcza;
- Nie, nie musiała pani, wszystko było pod kontrolą. – odpowiedziała jej nauczycielka.
W tym momencie pojawili się Maciek z Heniem.
- Co się stało? – zapytał wychowawca;
- A, szkoda gadać. Sami nie reagują, a potem mają pretensję, jak ktoś chce pomóc.
- Coś ty, tu są bardzo dobrzy nauczyciele, wiem coś o tym. – Maciej mówił z przekonaniem;
- Ta blondyna z warkoczem też? – zapytała nieco złośliwie?
- Pani Amelia?  Oczywiście, ona ma dużo serca do tych dzieci, wiem, bo mamy u niej w klasie trójkę naszych.
- Aha, przed chwilą widziałam, jak zbeształa tę małą, zamiast przytulić jak dziecko płakało.
- Marysiu, ja wiem, że ty chcesz dobrze, ale oni znają te dzieci lepiej niż my. Ta Hania jest bardzo rozpieszczona i często prowokuje tych chłopaków, a potem tak rozpaczliwie płacze, żeby wzbudzić litość takich osób postronnych jak ty. – tłumaczył jej Maciej.
- Ale jak można patrzeć, jak chłopak kopie dziewczynkę i jeszcze na nią krzyczeć. – Maria nie kryła oburzenia.
- Oni wiedzą, co robią, uwierz mi. Ta mała bywa okropna i czasem trzeba ją przywrócić do pionu.
- Oj, ale nie tak ostro. – pani Otręba nie była przekonana;
Maciek na zmianę ze swoimi współpracownikami często przyprowadzał i odbierał dzieci ze szkoły. Zdarzało się, że widział Marię w akcji, gdy zwracała uwagę nauczycielom, tłumacząc im jak należy postępować z dziećmi. Widział, że teraz rozmawiają z nią tylko mniej przebojowi nauczyciele, ci bardziej sprytni chowają się przed nią. Kasia Burzyńska, wychowawczyni jednej z grup opowiadała mu, że kiedyś Maria szkolną psycholog ścigała w toalecie, dopiero wybawili ją rodzice innego ucznia. Sam niegdyś skończył psychologię, trochę jeszcze pamiętał naukę o mechanizmach obronnych i widział, że Maria angażując się bez reszty broni się przed myśleniem o swojej samotności, bądź o jakiejś traumie. Wprawdzie tuż po dyplomie zaczął resocjalizację, ale zainteresowanie tajnikami ludzkiej psychiki pozostało mu.
Zaprosił Marię do domu dziecka na herbatę. Przed południem miał wolną chwilę. Szczęśliwie poza Heniem wszystkie dzieci były w szkole albo w przedszkolu. Postanowił porozmawiać szczerze z Marią, bo nawet Jaś Kornicki, kolega z klasy Zygmunta skarżył się, że ciocia Marysia krzyczy na wszystkie dzieci w szkole i na wszystko zwraca im uwagę. Wiedział, że kobieta lubi go i darzy zaufaniem, więc miał nadzieję, że będzie mógł jej pomóc.
- Jak oni mogą pozwalać na to, żeby te dzieci tak biegały bez sensu. – zżymała się Marysia.
- Zapewniam Cię, że oni dbają o bezpieczeństwo dzieci, tylko nie mogą ich trzymać na sznurku, jak ty chciałabyś.
- Widziałeś dzisiaj, jak ta cała Amelia czy jak jej tam nakrzyczała na dziewczynkę, że płacze, jak ją ten łobuziak kopnął. – broniła swego stanowiska Maria;
- Widziałaś tylko fragment sytuacji. Ta mała jest strasznie rozpuszczona i przyzwyczajona, że cała uwaga skupia się na niej. Dlatego starają się nie przejmować każdym jej płaczem. – tłumaczył jej Maciej;
- Ale przecież to jest nieludzkie, tak stać i patrzeć jak dziecko płacze; - wciąż nie była przekonana;
- Na histerię jest to najlepsze rozwiązanie. – Maciej był pewien swojej racji, ale wobec przekonań Marii czuł się bezsilny;
- A tam, oczywiście, trzeba dziecku stawiać granice, ale nie można tak publicznie upokarzać tak jak to robi ta Amelia. – Mama Zygmunta wciąż była przekonana, że racja jest po jej stronie.
- Marysiu, chciałbym Ci coś powiedzieć, tylko nie obrażaj się na mnie… - zaczął niepewnie.
- Jak nie będzie powodu, to się nie obrażę, nie bój się! – odpowiedziała z charakterystycznym dla siebie śmiechem;
- Wydaje mi się, że powinnaś trochę zadbać o siebie, wyjść gdzieś do ludzi, pójść do kina, teatru, spotkać się z kimś. – powiedział zdecydowanie;
- A gdzie ja mam czas na spotkania z ludźmi przy trójce dzieci – odpowiedziała;
- Niezła wymówka, przecież to nie są niemowlęta, dużo czasu spędzają w szkole i przedszkolu, a ty masz czas dla siebie. – mówił z dużym przekonaniem;
- Co ci przyszło do głowy? – Maria była zaskoczona propozycją znajomego;
- Bo ja widzę, że ty się za bardzo angażujesz w te dzieci, wchodzisz w paradę nauczycielom, angażujesz się w nie swoje sprawy, bo nie masz własnych. Tak mi się wydaje.- słowa Macieja były bardzo szokujące dla Marii, widział niepokój w jej oczach;
Maria szybko wyszła z domu dziecka. Chyba po raz pierwszy od lat, ktoś tak nazwał po imieniu jej stan ducha. Wracając zrobiła zakupy na obiad, a po powrocie do domu, zanim zabrała się  do obiadu usiadła przy komputerze (prezent ślubny od rodziców, wielkodusznie zostawiony przez byłego męża), weszła na stronę facebook. Jadąc kiedyś autobusem słyszała rozmowę młodych ludzi o takim forum społecznościowym, postanowiła sprawdzić, czy nie znajdzie tam jakichś dawnych znajomych, zalogowała się i nie bardzo wiedziała, jak dalej szukać. Jakąś godzinę potem sprawdziła, z czystej ciekawości, bez nadziei, czy ktoś się do niej odezwał. Okazało się, że odezwało się do niej kilkanaście osób. Pięcioro znajomych z podstawówki, w tym jej pierwsza miłość niejaki Boguś Radliński kolega z ławki przez pierwsze trzy lata, czworo znajomych z liceum zawodowego, koleżanka ze sklepu,  trzy osoby, których nie za bardzo kojarzyła no i wiadomość od Maćka, który napisał: Brawo! I oczywiście zaprosił do grona swoich znajomych. Po chwili Boguś zapytał, co u niej słychać, okazało się, że niedawno owdowiał, ma dwoje dorosłych dzieci, które mieszkają za granicą. Jej decyzję o adopcji uznał za coś bardzo wielkiego. Postanowili się spotkać.



Komentarze