Wielkie szczęście

                                   21. Wielkie szczęście
Noc była jasna, spokojna, cicha. Księżyc rozjaśniał wnętrze pracowni Lidki Boruc. Artystka kończyła właśnie ilustracje do swojej kolejnej książki. Od dwóch lat była niezwykle płodna. Artystycznie. Malowała, pisała, głównie nocami, bo w dzień jej całą uwagę pochłaniała gromadka dzieci. Skończyła malować, odeszła od płótna i udała się do łazienki.
Popatrzyła na zgromadzone w koszu na bieliznę łaszki, następnie zwabiona dochodzącymi dźwiękami, udała się do jednego z pokoi. Płakała niespełna dwuletnia Danusia. Zły sen. Mama utuliła ją i ułożyła z powrotem do łóżeczka. Z czułością spojrzała na śpiącą na sąsiednim tapczanie Elżbietkę, rezolutną dziesięciolatkę, pogładziła jasną główkę i cicho zamknęła za sobą drzwi. Pomyślała o matce dziewczynek i ich brata, Joli, która na początku walczyła o dzieci, a gdy tylko znalazły się w domu Boruców, przestała się nimi interesować. Tylko babcia Luizki i Patryka, choć coraz słabsza i bardziej chora jest z nią w ciągłym kontakcie. A Julia, matka Jasia została skazana na cztery lata za znęcanie się nad dziećmi. Odsiedziała już połowę wyroku i niedługo ma wyjść za „dobre sprawowanie”. Dobre sobie. „Dobre sprawowanie!”

                                                          *
Przed kamienicą na warszawskim Mokotowie zgromadził się spory tłumek. Niektórzy stali wokół zaparkowanego na chodniku radiowozu, inni tłoczyli się na klatce schodowej. Wysoka, energiczna szatynka ubrana w zgniłozielony kostium oraz wysoki, barczysty łysielec w czarnej koszulce i jeansach, otoczeni policjantami wyprowadzali z mieszkania trójkę dzieci. Nie było to proste. Stróże prawa musieli najpierw usunąć z korytarza gapiów generujących niepotrzebne zamieszanie. A to wywołało sprzeciw dwóch kumoszek w bawełnianych spódnicach, które uważały, że mają prawo wiedzieć, co się na ICH klatce dzieje. Kilkuletnia blondyneczka w brudnej sukieneczce, która zapewne niegdyś była biała lub kremowa  i rozczochranymi jasnymi kosmykami opierała się łysielcowi, wzywając matkę na pomoc. Szatynka prowadziła za rękę ciemnowłosego przedszkolaka, który z bardzo przestraszoną miną szedł obok niej, a w drugiej ręce trzymała dobrze już siedzące niemowlę. Z mieszkania dochodził krzyk ubranej w strasznie brudne szatki dwudziestokilkulatki o twarzy bardzo zniszczonej:
- Oddajcie mi moje dzieci! Nie daruję wam tego, kidnaperzy! – ale nikt już nie zwracał na nią uwagi.
- Wreszcie się ta Jolka doigrała. – komentowali sąsiedzi tłumnie zgromadzeni na klatce.
- Ciekawe, kto na nią doniósł. – patrzyli na siebie z ciekawością.
- A ciekawe dlaczego dopiero teraz. Można było zareagować już piętnaście lat temu. Jak jeszcze dzieci nie miała. – wtrąciła się elegancka dama w habrowym płaszczyku.
- Phi, mądrala – skiwtowały jej wystąpienie sąsiadki.
Od dłuższego czasu obserwowali swoją sąsiadkę, która prowadziła dość swobodny tryb życia. Miała już trójkę dzieci, każde z innym mężczyzną, które wcale nie motywowały jej do zmiany życia. Najstarsza Ela powinna już od trzech miesięcy chodzić do szkoły, ale wcale się tam nie pojawiła. I to zgubiło jej matkę, która tłumaczyła, że o tym nie wiedziała, że to już trzeba. Ta niewiedza sprowadziła jej kontrolę pracowników Centrum Pomocy Rodzinie, które zobaczyło o wiele więcej problemów niż zaniedbanie obowiązku szkolnego.
Siedmioletnia Ela, czteroletni Fabian, oraz półroczna Danusia trafili do pogotowia opiekuńczego a stamtąd miel trafić do rodziny zastępczej.
Jola na początku złożyła apelacje do decyzji sądu o odebraniu jej dzieci, przychodziła do rodziny zastępczej, ale po jakimś miesiącu zauważyła korzyści płynące z braku dzieci i szybko przyzwyczaiła się do nowego życia.
Właściwie nie było to nie było tak całkiem nowe życie. Dziewczyna nie znała innego. Wychowała się na wsi, w domu pełnym dzieci. Jej matka miała siedmioro dzieci (cztery dziewczyny i trzech chłopaków) tylko jedna siostra i brat mieli wspólnego ojca, a poza tym każde innego. Matka ciągle zmieniała partnerów, nie dbała o gospodarstwo po dziadkach, szybko do domu zajrzała bieda, państwo zabrało jej dzieci, Łucja i Aleks zostali adoptowani we Francji, potem Karol, Mateusz i Jola wychowali się w bidulu, a najmłodsze Beata i Olga trafiły do rodzinnego domu dziecka gdzieś pod Łodzią. Ta trójka, z którą ma kontakt żyje podobnie jak ona, Karol ma chyba z ośmioro dzieci w różnym wieku z kilkoma kobietami, z żadną nie żyje na stałe, Mateusz ma jednego syna, też nie żyje z jego matką, miał wiele partnerek, więc nie wykluczone, że inne dzieci też gdzieś są. A ta pozostała czwórka nie odzywa się do nich, może nawet nie wiedzą, że mają rodzeństwo.
                                                             *
Pani Teresa Morel ze łzami w oczach patrzyła na swoje wnuki stojące nad grobem rodziców. Luizka miała niecałe sześć lat, a Patryk cztery. I teraz przed nimi życie wśród obcych. Centrum Pomocy Rodzinie odrzuciło jej wniosek o ustanowienie jej rodziną zastępczą. Jest zbyt stara, schorowana i biedna. Nie mogła zaprzeczać. Bardzo się bała o ich los.
Prosto z cmentarza pracownica opieki społecznej zabrała dzieci do domu dziecka. To była najtrudniejsza chwila w życiu babci.
Grażyna Misiak, pracownica socjalna, z bólem serca podeszła do dzieci i chwyciła je za ręce.
- Kochani, idziemy, czas na nas. – szepnęła cicho.
- Babciu, my nie chcemy iść. – Luizka żałośnie spojrzała na babcię.
- Robaczki moje, ja będę was odwiedzać, obiecuję. – Babcia tuliła na zmianę Luizę i Patryka. Wreszcie pani Grażyna chwyciła energicznie za ręce i poprowadziła dzieci w kierunku samochodu.
Grażyna, wysoka brunetka od ośmiu lat pracowała w warszawskim centrum pomocy rodzinie i zajmowała się właśnie opieką zastępczą. Miała do tego bardzo osobistą motywację. Mianowicie, sama wychowała się w rodzinnym domu dziecka. Nie może narzekać, dom prowadziła bardzo dobra kobieta, która szybko stała się jej mamą. Dziś staruszka mieszka jeszcze z najmłodszymi dziećmi, które kończą szkołę średnią lub studiują. Wszyscy wyszli na ludzi, rozjechali się po świecie i dziś stanowią zgodną, kochającą się, choć rozproszoną gromadę.  Miała nadzieję, że dla tych dzieci także znajdzie taki dom, w którym będą szczęśliwe, a jednocześnie nie zerwą kontaktu z Babcią, która naprawdę je kocha. Zawsze bardzo angażowała się w  sytuację każdego dziecka, które pozostawało bez opieki. Od pięciu lat sama była mamą, miała dwójkę dzieci i wiedziała, że zrobi wszystko, aby one nigdy nie musiały szukać pomocy w placówkach. Jej mąż, Tomasz był chirurgiem,  prywatnym szpitalu, co gwarantowało jej życie na pewnym poziomie. Ponieważ sama wychowała się w rodzinnym domu dziecka,  bardziej niż inni ceniła sobie życie rodzinne.
                                               *
Pani Wanda Kozerska skończyła niedawno osiemdziesiąt siedem lat. Przez całe życie pracowała z ludźmi, była otwarta, sprawna fizycznie, dlatego wśród swoich rówieśników wyróżniała się dobrym zdrowiem i kondycją fizyczną i umysłową. Właśnie oglądała swój ulubiony serial w telewizji, gdy szydełko wypadło jej z rąk.
- Ratunku!!! – krzyk dziecka rozprzestrzeniał się po całej kamienicy.
Niewiele myśląc zerwała się z miejsca i wybiegła na klatkę schodową. Razem z nią wybiegła inna emerytka mieszkająca piętro wyżej. Uzbrojone w laski kobiety zaczęły się dobijać do mieszkania na drugim piętrze, z którego dobiegały dziecięce prośby o pomoc.
- Julka, otwieraj! – krzyczały z całej siły, tak głośno, że przybiegł jeszcze jeden sąsiad z parteru. Jak się okazało emerytowany policjant. Wypchnął drzwi i weszli do środka. Wszyscy troje domyślali się dzieje za tymi drzwiami.
Julia Orlińska, kobieta około trzydziestoletnia (wszyscy zgromadzeni pamiętali ją jako małą dziewczynkę), trzymała w ręku smycz z kolczatką, (obok ujadał czarny jamnik), machała nią w kierunku kilkulatka, który starał się schować przed razami. Pan Waldemar, bez słowa chwycił za telefon i wezwał policję, staruszki zaczęły laskami studzić złość młodej sąsiadki, patrol przybył błyskawicznie. Okazało się, że to wychowankowie pana Waldemara. Młoda, energiczna policjantka podeszła do Jasia, przytuliła go, następnie wezwała pogotowie, dziecko miało na ciele bardzo różne rany. Jej koledzy zajęli się wyrodną matką. Spisując zeznania świadków sierżant Marek Dąbrowski nie mógł przejść obojętnie wobec ich postawy.
- Wie pan, młodzi teraz w pracy, tylko emeryci siedzą w domu, to słyszą co się dzieje.
Wtedy z mieszkania naprzeciwko wyszła para młodych ludzi, śmiejąc się, obściskując zamknęli drzwi i trzymając się za ręce zbiegli po schodach nie spoglądając nawet w stronę otwartego mieszkania.

                                                    *
- Leszek, ja już nie mogę! Tak bardzo chciałabym mieć już dziecko. A tu znowu nic. Zgódź się, proszę na adopcję. – Lidka Boruc, niewysoka, szczupła blondynka ze łzami  w oczach prosiła swego męża, znanego w Warszawie prawnika, Leszka Boruca.
Byli małżeństwem już od siedmiu lat. Lidia, artystka malarka i pisarka, twórczyni różnych projektów artystycznych przekroczyła trzy lata temu tę straszną trzydziestkę i tykanie zegara biologicznego czuła już niemal w każdej chwili.
Leszek Boruc, w ciągu siedmiu lat zrobił karierę jako adwokat, który wygrał kilka bardzo głośnych spraw, odtąd cieszył się nawałem pracy i nie bardzo miał czas na myślenie o dzieciach, których nie ma. Wysoki, dobrze zbudowany brunet o ciemnej karnacji i trzydniowym zaroście, czuł się całkowicie spełniony. W pracy odnosił duże sukcesy, od niedawna zajmował poważną funkcję w radzie adwokackiej, w domu bywał dosyć późno, narzekania żony na brak dzieci bardzo go męczyły.
- Dobrze, pogadam z Justyną, ona jest sędzią sądu rodzinnego i powie mi co i jak zrobić.
Czuła doskonale, że obiecał jej to bez żadnego zaangażowania, tak na „odczep się”, jak to można by kolokwialnie określić.
Ale dobre i to. – pomyślała.
Nie spodziewała się, że los ma dla niej niespodziankę. Jej dom, już wkrótce będzie tętnił życiem. Okazało się, że z kilku nieszczęść można ułożyć jedno wielkie szczęście.

                                       

Komentarze